"Gra o tron" (6x07): Przyćmiony powrót

"Gra o tron" (Fot. HBO)

"Gra o tron" (Fot. HBO)

Odcinek "The Broken Man" stał pod znakiem powrotów. Pojawili się bohaterowie, za którymi tęskniliśmy, tacy, o których zdążyliśmy zapomnieć i tacy, na których powrót nikt chyba już nie liczył. Spoilery.

To już kolejny odcinek, gdzie twórcy zdecydowali się skupić swoją uwagę wyłącznie na kilku bohaterach – znów nie zobaczyliśmy Tyriona, z radarów zniknęła też Daenerys (na szczęście!), dużo działo się za to w okolicach Muru i Królewskiej Przystani. I nie, nie było tu specjalnie dużo akcji, postawiono raczej na w budowanie sojuszy i planów zemsty. Dzięki temu otrzymaliśmy kolejny dowód, że odcinek oparty głównie na dialogach może być niemal tak dobry, jak te najbardziej spektakularne – wystarczy przyłożyć się do pisania.

Świetne dialogi w dużej mierze zapewnił nam pojawiający się pierwszy raz w tym sezonie Bronn. Ostatnio widzieliśmy go, gdy ślinił się do Żmijowych Bękarcic (ktoś jeszcze o nich pamięta?) na przystani w Dorne, później przepadł jak kamień w wodę, zapewne lecząc złamane serce w którymś z burdeli w Królewskiej Przystani, a odnalazł się dopiero dziś, towarzysząc Jaimemu pod Riverrun. Scena z jego udziałem jest fantastycznie napisana – niemal każde wypowiadane przez niego zdanie nadawałoby się na memy, które internet hurtowo produkuje po kolejnych odcinkach. On i Jaime doskonale uzupełniają się na ekranie – Lannister próbuje mówić pięknym językiem, z kolei Bronn w krótkich, żołnierskich słowach potrafi podsumować całą sytuację. Zdecydowanie brakowało tego duetu w poprzednich odcinkach.

A skoro już jesteśmy przy Riverrun, nie możemy zapomnieć także o powrocie Blackfisha, ostatnio widzianego tuż przed odprawieniem "ceremonii" Krwawych Godów. Wujek Edmure'a i Catelyn pokazał, że będzie wymagającym przeciwnikiem. W jednej scenie ustawił Jaimego do pionu i udowodnił, że nie boi się potęgi rodu Lannisterów. Jego występ tylko utwierdził nas w przekonaniu, jak bardzo niepotrzebny i upchnięty na siłę był cały wątek Dorne w poprzednim sezonie – przecież Jaime już wtedy, zgodnie z oryginałem Martina, mógł udać się do Dorzecza. Wyszłoby to na dobre nam wszystkim. Teraz cały ten wątek, choć zapowiada się bardzo interesująco, wprowadził nieco chaosu do fabuły – zupełnie nie sygnalizowany pojawił się w poprzednim odcinku i może nieco dezorientować widzów. Oto nagle Riverrun, które popadło w zapomnienie na trzy sezony, staje się jednym z kluczowych miejsc w "Grze o tron". Kto wie, może to tutaj odbędzie się zapowiadana wielka bitwa? Nawet gdyby miało do niej dojść w Winterfall, mam nadzieję, że Jaime udowodni wreszcie w jakiś sposób, że ma jaja – bicie po twarzach pomagierów Freyów to wciąż trochę za mało.

Powrócił Bronn, powrócił Blackfish, ale zdecydowanie najważniejszym wydarzeniem całego odcinka był powrót Ogara. Przed premierą 6. sezonu "Gry o tron" cały świat skupiał się wyłącznie na Jonie, co pewnie pomogło w utrzymaniu tajemnicy. Bohater zostawiony przez Aryę na pewną śmierć jednak przeżył, a jego losy poza ekranem poznaliśmy za pomocą kilku monologów. Zabieg najprostszy z możliwych, poza tym okazało się, że za bardzo nie ma jednak o czym mówić – Ogar umierał, znalazł go Ray (Ian McShane z "Deadwood") – septon, któremu Clegane towarzyszy do dziś. Nie ma tu żadnej szczególnej głębi, a fani powrotów z zaświatów też mogą poczuć się rozczarowani.

Oczywiście, skoro już Ogar wrócił, to nie po to, żebyśmy oglądali go, jak rąbie drewno przez cały sezon. W kolejnych odcinkach siekiery będzie używał już pewnie tylko po to, aby odrąbywać kończyny swoim przeciwnikom. Szkoda, że zapowiedziany już jakiś czas temu występ McShane'a okazał się tylko jednoodcinkowym epizodem, ale cóż, taki już los trzecioplanowych bohaterów "Gry o tron". Choć sceny z udziałem Ogara to tylko prolog do jego wielkiego powrotu, pojawia się po nich kilka pytań. Dokąd zamierza on się teraz udać? A przede wszystkim, kim są ludzie, którzy odpowiadają za wymordowanie jego towarzyszy? Być może było to znane z książek Bractwo bez chorągwi. Jeśli faktycznie to oni, czy istnieje szansa, że w serialu zobaczymy… No dobra, zaznajomieni z książkami powinni wiedzieć, o kogo chodzi.

Powrót Ogara do serialu bardzo mnie cieszy. Co prawda spekulowano o nim już kiedyś, ale później ogarnęła nas gorączka związana ze "śmiercią" Jona i ten bohater popadł w totalne zapomnienie. Niesłusznie, bo to bardzo niejednoznaczna postać i dziś można chyba o nim powiedzieć, że jest jednym z niewielu pozytywnych bohaterów. Trzymam kciuki, żebyśmy mogli jeszcze kiedyś zobaczyć go w walce z Górą. Na marginesie, w tym odcinku pokazano na ekranie Ogara, a dopiero później zaprezentowano nam czołówkę, co zresztą doskonale zaostrzyło apetyt na dalszą część. To chyba pierwszy taki przypadek w historii serialu. Poprawcie mnie, jeśli się mylę…

Choć o powrotach męskich postaci będzie mówiło się po emisji tego odcinka bardzo dużo, w tym tygodniu najjaśniej świeciły kobiety. Zresztą nie pierwszy raz – ten sezon od początku jest bardzo feministyczny, a scenarzyści pokazują, że panie nie mają tutaj służyć wyłącznie jako dekoracja. Nawet Arya wreszcie zaczęła przypominać dawną siebie – dziewczynę, która potrafi poradzić sobie w niemal każdej sytuacji. Wygląda na to, że absurdalny wątek w Braavos wreszcie zmierza ku końcowi. Została już tylko zemsta, bo nie sądzę, by młoda Starkówna tak po prostu pogodziła się z tym, co jej uczyniono w tym odcinku.

W zeszłym tygodniu nie byłem jeszcze pewny, czy Margeary faktycznie ma plan, by zemścić się na Wielkim Wróblu, czy tylko improwizuje, ale teraz zostałem odarty z jakichkolwiek wątpliwości. Jestem wręcz przekonany, że to kompleksowy plan obejmujący także jej teściową, przez którą królowa trafiła do niewoli. Sama Cersei nie ma w Królewskiej Przystani już praktycznie nikogo, komu mogłaby ufać, stąd próba przekonania Olenny, że potrzebują one siebie nawzajem. Nieprawda, to Cersei potrzebuje teraz jakiejkolwiek pomocy i jakichkolwiek sojuszników, bo jeden zmutowany Góra to może być za mało.

U Greyjoyów za to nastąpiła kompletna zamiana ról. Odkąd Theon stracił po spotkaniu z Ramsayem swój największy skarb, to Yara jest tą, która może cieszyć się najlepszymi tyłkami w Volantis. Pomijam fakt, że bohaterowie dotarli tam nadzwyczaj szybko – nagle Westeros i okolice bardzo się skurczyły i wygląda na to, że wszędzie jest blisko. Oczywiście możemy tłumaczyć to posiadaniem najszybszej floty w Westeros, ale tak naprawdę chodzi wyłącznie o popchnięcie fabuły do przodu. W końcu nikt nie chciałby obserwować, jak Theon i Yara przez cały sezon płyną do Wolnych Miast. Zgodnie z przewidywaniami, zamierzają oni udać się do Meereen – Daenerys to teraz ich jedyna nadzieja na powrót do Westeros i liczenie się w grze. Podejrzewam, że jeszcze w tym sezonie spotkają się oni z Matką Smoków, która tym samym zdobędzie drewniane konie dla swojej armii.

Jak zwykle, do czego mogliśmy już przywyknąć w tym sezonie, błyszczy Sansa – to kolejny odcinek, w którym przyćmiła ona swojego brata. W ogóle Jon jest dla mnie sporym rozczarowaniem, choć zdecydowanie popycha on fabułę do przodu, a najciekawsze wydarzenia mają miejsce z jego udziałem, to kompletnie nie rozwinął on się jako postać. Można było myśleć, że śmierć i powrót do żywych odmienią go diametralnie, ale póki co jedyną tego konsekwencją było odrzucenie czarnego płaszcza. Jeśli uda mu się zebrać armię zdolną do odbicia Winterfell, będzie to głównie zasługa jego siostry i tajemniczego listu, który wysłała.

O dziwo, nawet Sansa nie dawała sobie rady, gdy bohaterowie trafili przed obliczę młodej Lyanny Mormont. Grająca ją Bella Ramsey była w swojej roli niesamowita i to o niej powinno się po tym odcinku mówić zdecydowanie więcej niż o Ianie McShane. Trzeba nie lada talentu, aby tak wiarygodnie przedstawić silną, władczynię, która ma może z dziesięć lat. Scenarzyści naprawdę odwalili kawał dobrej roboty, pisząc tę postać, i trzymam kciuki, abyśmy mogli jeszcze kiedyś zobaczyć ją na ekranie. To niecodzienny widok, gdy nawet Davos, mający najwięcej doświadczenia z małymi księżniczkami (bez skojarzeń proszę!), jest zupełnie bezradny w trakcie rozmowy z bądź co bądź dzieckiem.

"The Broken Man" to bardzo dobrze rozpisany odcinek – poukładany, bez tak często wyzierającego z "Gry o tron" chaosu, gdy przez ekran co dwie minuty przewijają się nowe postacie. Zobaczyliśmy solidne podwaliny pod końcówkę sezonu i muszę przyznać, że zapowiada się on doskonale – wystarczy spojrzeć na zwiastun kolejnego odcinka. Oby tylko nie skończyło się na zapowiedziach, bo choć "Gra o tron" poniżej pewnego poziomu nie schodzi nigdy, to wierzę, że za tydzień będzie jeszcze lepiej.

REKLAMA