"BrainDead" (1x01): Kosmiczne jaja

"BrainDead" (Fot. CBS)

"BrainDead" (Fot. CBS)

Wydawało się, że serial twórców "Żony idealnej" o robaczkach z kosmosu zżerających mózgi waszyngtońskich polityków może być albo wyjątkowo zły, albo tak zły, że aż dobry. A tu niespodzianka - państwu Kingom udało się jakimś cudem stworzyć dzieło doskonale nijakie.

Michelle i Robert Kingowie znów mnie zaskoczyli. Bo czego jak czego, ale tego, że oglądając ich odjechany serial o politykach, którym coś rodem z kosmosu zżera mózgi, będę ziewać i zerkać na zegarek, się nie spodziewałam. Niestety - wytrzymanie do końca pilota "BrainDead" okazało się wielką sztuką, bo serial na tym etapie kompletnie nie wie, czym chce być, więc na wszelki wypadek hamuje się na wszystkich frontach.

Przede wszystkim przesadzono z ekspozycją, większość czasu w pilocie poświęcając na mozolne wyjaśnienia, kto jest kim i jaką tu pełni rolę, oraz jak kosmiczne robale dostały się do Waszyngtonu i skąd wzięły się w mózgach tych a nie innych osób. Zwłaszcza tego ostatniego można było nam oszczędzić, bo sceny z otwartymi oknami okazały się zwyczajnie głupie - nie odjechane, nie porąbane, a tak po prostu bezbrzeżnie głupie. I dokładnie takie jest całe "BrainDead".

Co by mi zupełnie nie przeszkadzało, gdyby z tonu wynikało jasne, że nic tu nie jest na poważnie. Problem w tym, że wcale nie wynika! Akcentów jednoznacznie komediowych jest w serialu zdecydowanie za mało, a te, które są, wprowadzone zostały z subtelnością młota pneumatycznego. "BrainDead" nie ma nic wspólnego ani z inteligentną satyrą na Waszyngton - wątki typowo polityczne są banalne i poprowadzone bez finezji - ani z dobrą parodią strasznych seriali czy filmów. Nie sprawdza się jako thriller, bo thriller powinien wciągać. Nie sprawdza się jako komedia, bo nie ma tu nic śmiesznego. Nie sprawdza się też jako horror, bo horror jednak mógłby choć trochę straszyć.

To łopatologicznie skonstruowany i źle poprowadzony miszmasz niedokończonych pomysłów, w którym nawet obsada zdaje się specjalnie nie orientować. Dwójka średnio interesujących głównych bohaterów, pracujących w biurach kongresmenów - Laurel (Mary Elizabeth Winstead) i Gareth (Aaron Tveit) - zajmuje się głównie bezsensowną bieganiną i powtarzaniem frazesów. Średnio przekonujący jest Danny Pino w roli kongresmena, brata Laurel. Zach Grenier - który gra ojca Laurel - w praktyce powtarza tu rolę Davida Lee z "Żony idealnej". Wpaść w oko zdążył mi tylko Tony Shalhoub - niegdyś detektyw Monk - który swoją charyzmą mógłby obdzielić całą resztę obsady. Problem w tym, że jego bohater ciekawszy mi się wydawał, zanim robaczki przeżarły mu mózg. Ech...

Gdzieś w tle całego tego rozgardiaszu poustawiane są telewizyjne ekrany, na których non stop leci prawdziwa amerykańska kampania wyborcza. Donald Trump i Hillary Clinton przerzucają się słówkami, cały czas rozemocjonowani, a tymczasem mózgi serialowych kongresmenów zamieniają się w jakąś nieokreśloną papkę. Pomysł świetny. Wykonanie... no cóż. Żeby takie absurdalne wstawki działały, to po prostu musiałby być inny serial. Mocniejszy, ostrzejszy, odważniejszy. I przede wszystkim taki, który nie zastanawia się co chwila, czy aby na pewno widzowie wszystko rozumieją.

"BrainDead" wyraźnie bardzo by chciało być jednym z tych odcinków "Żony idealnej", gdzie cały świat wokół Alicii Florrick stawał się farsą, jedno idiotyczne wydarzenie goniło drugie, zaś Julianna Margulies samym tonem głosu potrafiła zamienić to wszystko w perełkę. Problem w tym, że takie odcinki czasem się udawały, a czasem nie. Kiedy "Żona idealna" za bardzo się starała, to było widać. I tu też niestety to widać.

Nie twierdzę, że "BrainDead" jest - a tym bardziej, że będzie - całkiem złe. Przeciwnie, jestem niemal pewna, że prędzej czy później Kingowie mnie pozytywnie zaskoczą, zapewne jakimś wyjątkowo cynicznym pomysłem. Ale niestety pilot sprawia wrażenie pijackiego snu początkującego scenarzysty, który bardzo chciałby odlecieć w kosmos, tylko się boi.