"Uncle Buck" (1x01-02): Kolejna klęska wujaszka

"Uncle Buck" (Fot. ABC)

"Uncle Buck" (Fot. ABC)

Można zrozumieć, dlaczego ktokolwiek chciałby raz jeszcze spróbować przenieść całkiem przyzwoity film z Johnem Candym na telewizyjne ekrany. Podobnie jednak jak ćwierć wieku wcześniej, obecna przygoda wujaszka Bucka z telewizją to jeden wielki, wręcz makabryczny, koszmar. Spoilery.

Najmocniejszą stroną "Wujaszka Bucka" – komedii Johna Hughesa z 1989 roku – nie były gagi czy niesamowicie porywający scenariusz, a John Candy. To ten szalenie utalentowany i w zasadzie zapomniany komik i aktor uczynił z Bucka postać wartą oglądania niezależnie od tego, czy ów groził komuś wiertarką, czy akurat wyjmował pranie z piekarnika. Nawet odpowiadanie przez niego na setki pytań zadawanych przez niezmęczonego jeszcze życiem Macaulaya Culkina miało mnóstwo uroku.

Zresztą już raz próbowano przenieść zmagania Bucka z triem najmłodszych Russellów na ekrany telewizorów i straszliwie się pomylono. W 1990 roku CBS postanowiło spróbować zawojować świat sitcomem, w którym drogiemu wujaszkowi na stałe przyszło opiekować się dziećmi po niespodziewanej śmierci Boba i Cindy. Niestety Kevin Meaney w głównej roli wypadł fatalnie, a już w pilocie zepsuto kilka znanych z filmu scen, jak wizyta u dyrektorki szkoły, w której uczyła się Maizy. Na szczęście emisję zakończono po 16 odcinkach – ktoś pomyślał, że dobrym pomysłem będzie konkurowanie z "Pełną chatą". Nie było.

Powstała na zamówienie ABC współczesna wersja przygód Russellów również doczekała się szeregu zmian. Russellowie są tutaj przede wszystkim rodziną zamożnych Afroamerykanów, a ktoś z twórców chyba uznał, że w związku z tym warto bardzo mocno zainspirować się Johnsonami z "Black-ish". Buck staje się tutaj w zasadzie mieszkającą z nimi niańką, a przynajmniej na taki status zapracował w pilocie.

We współczesnej wersji popełnia się jednak te same błędy co wcześniej. Przy okazji tych pierwszych 20 minut ponownie zmarnowano potencjał wątków znanych z filmu. Szybko postanowiono kompletnie pozbawić Tię (Iman Benson) jakiegokolwiek powodu do buntu. Jej życie uczuciowe i konflikt z wujkiem albo takie drobnostki, jak seria pytań autorstwa Milesa (Sayeed Shahidi), niesamowicie tutaj rozczarowują. Przypadkiem też rozbrojono przyzwoicie zapowiadający się konflikt Bucka z Alexis (Nia Long). Z kolei w drugim odcinku, "Li'l Scarface", akcja skupia się na masowej sprzedaży ciasteczek oraz na nieśmiałości Maizy (Aalyrah Caldwell), oszukiwaniu i dziurze w ścianie. Znaczy zwykła nuda.

Od początku do końca w "Uncle Buck" zawodzi praktycznie wszystko. Nie mam przez to jedynie na myśli, że słabe są scenariusze, klęskę ponoszą aktorzy, a i większość z tego, co widzimy, pozbawione jest jakiegokolwiek polotu. Serial ABC zwyczajnie zawodzi na każdym możliwym poziomie. Jak tu np. napisać, że żarty nie śmieszą, skoro ciągle ktoś gubi rytm, i to jeszcze zanim wybrzmi puenta? Jak ocenić część bohaterów, skoro twórcy z niezwykle dbają, aby umieścić w jednym kadrze jak największą liczbę bezbarwnych postaci jednocześnie? Konkurs jakiś?

Co więcej, inspiracje filmem Hughesa są wręcz nieznośne, a na tle tego, co ABC zwykło robić z komediami, całość wypada groteskowo źle. Porównywanie z "Black-ish" to jeszcze głupszy pomysł. Z jednej strony komedia, której odcinki wywoływały dyskusje, poruszały ważne tematy i najzwyczajniej bawiły. Z drugiej strony nowość, w której praktycznie nikt nie ma nic do powiedzenia. Wynik wydaje się oczywisty.

Osobnym problemem bardzo szybko staje się sam Buck. Grający go Mike Epps przez większość czasu sprawia wrażenie, jakby wciąż wcielał się w innego wujka – Juliusa – w "Survivor’s Remorse", i to w wersji ocenzurowanej na potrzeby ogólnodostępnej stacji, pozbawionej resztek humoru czy radości z życia. Nie ma najmniejszego powodu, aby los Bucka miał tutaj widza zainteresować, a jego motywacje czy ewentualna ewolucja kogokolwiek i w jakikolwiek sposób poruszyły.

Podsumowując, najnowsza komedia stacji ABC jest wręcz makabryczną pomyłką, której nie da się polecić nawet komuś, za kim bardzo się nie przepada. Produkcja ta zawodzi tak bardzo, że cieplej zaczyna się wspominać najsłabsze momenty ostatniego sezonu. Jest najgorszą rzeczą, jaka mogła się przytrafić telewizyjnym komediom od czasu… No dobrze, zbyt wiele tych koszmarków było, aby ostatnie zdanie zabrzmiało dostatecznie spektakularne.

Pozostańmy więc na serdecznych wyrazach współczucia dla wszystkich, którym kiedykolwiek przyjdzie zetknąć się z tym serialem.

REKLAMA