"Person of Interest" (5x13): Ostatnia bitwa Bogów

"Person of Interest" (fot. CBS)

"Person of Interest" (fot. CBS)

Zdecydowanie zbyt szybko przychodzi nam pożegnać "Person of Interest", w końcu premiera sezonu miała miejsce raptem niecałe dwa miesiące temu. Po finałowym odcinku pozostaje jednak mnóstwo emocji i poczucie, że każda minuta poświęcona w ostatnich tygodniach była tego warta. Całkiem nieźle jak na koniec, prawda? Spoilery.

Po wydarzeniach, których świadkami byliśmy w ".exe", kończący sezon i serię "return 0" stawia przed bohaterami jeszcze dwa zadania. Zadbać o to, aby kopie Samarytanina nigdzie się nie uchowały, oraz… przeżyć. Nie najprostsza to lista rzeczy do zrobienia, ale chyba nikt się nie spodziewał, że lubująca się w kontroli młodsza z dwóch sztucznych inteligencji tak zwyczajnie przestanie sobie istnieć.

Z drugiej strony, obecności pewnych elementów można się było domyślać. Wręcz musieliśmy wrócić do otwierającego sezon monologu, który, jak już teraz wiemy, wypowiedziała Maszyna. Nasi bohaterowie nie mogli nie ratować siebie nawzajem czy poświęcać dla innych. Było też raczej pewne, że nie wszyscy dożyją do końca, bo to nigdy nie był serial za wszelką cenę chroniący swoich bohaterów. Ostatnie ostrzeżenie, jeśli chodzi o spoilery. Musimy porozmawiać o poległych oraz o samym zakończeniu. Jest ono jedną z największych zalet tego odcinka, więc (niestety) musi zostać zdradzone.

Zacznijmy może od tego, że "return 0" nie tylko kończył historię naszych bohaterów, ale też był tym, w którym w samym centrum stanęła Maszyna. Tutaj już nie tylko mówi się o niej czy do niej, ale to ona nam, a także bohaterom, stara się coś opowiedzieć doskonale znanym głosem Root (Amy Acker). W halucynacjach Harolda (Michael Emerson) występuje również w jej ciele, co było świetną decyzją. Acker w tej roli wypadła świetnie.

Sama akcja odcinka rozgrywa się po tym, jak wypuszczony na świat wirus Ice-9 na dobre zabrał się za niszczenie tak dwóch sztucznych inteligencji, jak i całego internetu. Chaos, protesty – jak tu żyć bez netu. Szczątkowe bezpieczeństwo, jakie poszczególnym bohaterom zapewniała Maszyna, trzeba było zapisać do przeszłości. Nawet dobrze nam znany posterunek okazał się mniej bezpieczny niż zwykle. Nasi bohaterowie podzieleni zostali na dwie drużyny. Harold i Reese (Jim Caviezel) starali się ostatecznie pozbyć Samarytanina, a Shaw (Sarah Shahi) i Fusco (Kevin Chapman) chronili wagon metra, w którym stał klaser zbudowany z Playstation 3 będący domem Maszyny. Również świetna decyzja.

Najważniejsze w tym wszystkim, że od początku do końca "return 0" dostarczało wszystkiego, co najistotniejsze. Otrzymaliśmy wiele cennych momentów: wracano do starych umów, jak i do trzymania ludzi w bagażnikach. Niekiedy wspominano początki, swobodne i nieco chaotyczne opowiadanie Maszyny zachwycało, a Lionel był po prostu sobą – co uznać należy za wręcz idealne. Co najmniej kilka scen da się oglądać w nieskończoność – jak moment, gdy Maszyna zapomina, co właściwie chciała powiedzieć albo kiedy pokazuje nam, w jaki sposób uczyła się ludzi i ludzkości. Niektóre sceny ogląda się zresztą jak w transie – duża w tym zasługa tak scenariusza, jak i samych aktorów.

Równocześnie nic z tego, co się wydarzyło, nie wydawało się wymuszone. Należy to docenić, bo jeżeli miałbym przed odcinkiem zrobić listę rzeczy, które chciałem w nim zobaczyć, to pojawiło się prawie wszystko. Nie tylko zobaczyliśmy, jak Samarytanin zostaje zmasakrowany w pozaziemskiej batalii, ale nawet wagon metra wreszcie ruszył ze swojej stacji. Znaleziono czas na ostatnie zwroty akcji, a Shaw usłyszała głos, którym zaczęła się posługiwać Maszyna. Na dodatek John mógł odejść z tego świata, ratując kogoś… – poprzedzająca to rozmowa z Finchem w obecności Maszyny naprawdę warta jest każdej sekundy.

W końcu, gdyby wszyscy przeżyli, nie byłoby to zgodne z tym, do czego "Person of Interest" przyzwyczaiło nas przez wszystkie lata. Ze wszystkich bohaterów przyszedł właśnie czas na to, aby to jego historia się zakończyła. Umówmy się, że nawet uszanowano to, że ów wydawał się praktycznie nieśmiertelny. Tutaj nie tylko osaczyła go grupa podwładnych Samarytanina wyposażona w broń maszynową, ale jeszcze na koniec oberwał rakietą wystrzeloną z pokładu statku. W normalnym wypadku byłaby to przesada, ale tutaj… chwała bohaterom.

Zresztą finałowe losy naszych bohaterów, jak i niektórych postaci drugoplanowych pozostawiają z głębokim poczuciem satysfakcji. Kandydat do ewentualnego rozpoczęcia nowego życia, czyli Jeffrey (Josh Close), ginie zastrzelony przez Shaw. Dobrze, że historie odkupienia takie jak ta będąca jej udziałem czy ta zakończona śmiercią Johna są niezwykle rzadkie a przez to cenne. Harold otrzymuje wreszcie swoje szczęśliwe zakończenie, na które po prostu zasłużył, wspomniana Sameen kontynuuje doskonale znaną nam misję, Fusco dalej może być sobą, a kopia Maszyny wraca do nas, aby ratować kolejne numery.

Ostatecznie więc zatoczyliśmy swoiste koło w tej niesamowitej podróży. Samo "return 0" jest finałem wartym wspominania jeszcze przez bardzo długi czas. Róbmy więc dokładnie to.