"Dead of Summer" (1x01): Nieudolne straszenie

"Dead of Summer" (Fot. Freeform)

"Dead of Summer" (Fot. Freeform)

Najnowszy serial stacji Freeform, "Dead of Summer", bardzo chciałby nam udowodnić, że jest takim poważnym horrorem i umie widza solidnie przestraszyć. Owo straszenie jednak wypada raczej nieudolnie – podobnie jak wiele innych elementów w tej produkcji. Spoilery.

Wyrywający się domu nastolatkowie, strachy, mary, satanistyczne kulty, spiski, zwidy, zgony, dzieci z balonikami; stare lasy, morderstwa, lata 80., martwi ludzie w jeziorach – w tej nowości od stacji Freeform próbuje się naprawdę wszystkiego, aby zbudować napięcie. Wykorzystywana jest nawet ta mysz, którą co pewien czas spotykamy. Nawet Bambi nie miał łatwo – przyjmijmy, że tak się owo zwierzątko nazywało – i niechybnie musiał zginąć jako zapowiedź kolejnego zgonu.

Jednak podobnie jak w przypadku innego serialu Edwarda Kitsisa i Adama Horowitza – mam na myśli oczywiście "Once Upon a Time" – nagromadzenie wielu elementów, które mają dać jakiś efekt, nie przekłada się na konkretne rezultaty. I naprawdę nie da się uciec od wspomnienia o tym jakże bajkowym obiekcie do pastwienia się. Trzeci z twórców, Ian Goldberg, również tam dorabia.

Akcję "Dead of Summer" umiejscowiono w roku 1989. Nie niesie to jednak za sobą zbyt wielu konsekwencji. Jest to jedynie liczba, która pozwala bohaterom nosić nieco inne ciuchy i co istotne pozbawia ich także komórek oraz chęci wrzucania fotek na liczne profile w serwisach społecznościowych. W pilocie zatytułowanym "Patience" poznajemy grupę naszych bohaterów, która zmierza do Camp Stillwater, ponownie otwartego przez Deb Carpenter (Elizabeth Mitchell). Dla większości owo miejsce letniej pracy wiąże się z wieloma ważnymi, wakacyjnymi przygodami z dzieciństwa.

Już na miejscu szybko okazuje się, że dzieją się rzeczy dziwne. Giną zwierzęta i ludzie, zaczynają być odkrywane tajemnice, w tym dziwne papierzyska i fotografie. Równocześnie w kolejnych minutach nasi bohaterowie powoli pokazywali się nam się w pełni w swoich wymuskanych, pociesznie dwuwymiarowych postaciach. Zastępca szeryfa – Garrett (Alberto Frezza) – musiał mieć smutne dzieciństwo i przeszłość w związaną z naszym obozem. Z kolei Amy (Elizabeth Lail), której towarzyszymy przez znaczną część odcinka, musiała przed przyjazdem stracić przyjaciółkę. Widzimy to zresztą w retrospekcjach – przecież serial panów wspomnianych w pierwszym akapicie nie mógłby się bez nich obejść.

Ostatecznie pomimo wszystkich ofiar, pożarów, dziwnych zdarzeń, zwłok w jeziorze – Camp Stillwater zostaje otwarty, a już w następnym odcinku przybędą do niego dzieci. Poważnie – dzieci. Można by się w tym momencie zastanawiać, jak niewiele sensu ma to po wszystkim, co zobaczyliśmy, ale darujmy sobie. Przyjmijmy, że taka jest logika gatunku, do którego serial aspiruje.

W pewnym sensie "Dead of Summer" może nawet chciałoby być, hmm, slasherem (?), ale utrudnia to jego własna, przepraszam za określenie, freeformowatość. Jak w kilku innych serialach tej stacji, także tutaj pojawia się nieznośna powaga, słabe dialogi i brak dystansu, które torpedują jakiekolwiek inne zamysły twórców. Znowu też mnóstwo czasu spędza się na udowodnianiu, że nasi wymuskani bohaterowie są zdolni cokolwiek przeżywać, co zwyczajnie kończy się klęską. Nie pomaga także, że w wielu momentach inteligencja bohaterów została obniżona do poziomu leśnej fauny – tak, aby nawet okoliczne wiewiórki miały równe szanse na przetrwanie. Horrory czasem muszą żywić się głupotą. Wiadomo przynajmniej, że akurat ten nigdy nie padnie z głodu.

Co więcej, próbuje się nas straszyć przy pomocy możliwie najprostszych środków. Horrorowe abecadło ma się tutaj całkiem nieźle, i to w wersji prosto z letniej szkoły dla (wciąż) gimnazjalnych operatorów i reżyserów in spe. Atmosfera zagrożenia jest wręcz narzucana i wymuszana, mimo że raczej powinno się ją żmudnie budować. Z drugiej strony za bardzo twórcy chyba nie mają wyboru. Jedyne co pozostaje po wspomnianych wyżej wypucowanych bohaterach to trochę tajemnic, kilka kłamstw, trupy w szafach i jeden porzucony aparat ortodontyczny. Skoro więc nawet ewentualne zgony mogłyby budzić co najwyżej rozbawienie, w arsenale pozostają tylko tanie sztuczki.

"Dead of Summer" nie ma więc zbyt wiele do zaoferowania ani fanom gatunku, ani miłośnikom np. seriali młodzieżowych. Jasne, raz w tygodniu można tu zajrzeć i pogapić się na drzewa, ale chyba nie o to chodzi w całym tym przedsięwzięciu.

REKLAMA