"Guilt" (1x01-03): Seks, mydło i morderstwo

"Guilt" (Fot. Freeform)

"Guilt" (Fot. Freeform)

Opera mydlana na lato? Z morderstwem w samym centrum opowieści? Ze wszystkich miejsc na świecie, akurat w Londynie? Wykorzystująca elementy jednej z najgłośniejszych spraw ostatnich lat? Niech będzie – cóż innego pozostało robić latem. Spoilery.

Jest jedna rzecz, o której powinno się wspomnieć w związku z "Guilt", czyli kolejną letnią nowością od stacji Freeform. Serial stosunkowo mocno i równie swobodnie inspiruje się prawdziwą historią morderstwa Meredith Kercher i batalią sądową z Amandą Knox w roli głównej oskarżonej. Sprawa ta finalnie stała się symbolem klęski i świadectwem niekompetencji włoskich organów ścigania, a i postawiła w nie najlepszym świetle cały tamtejszy wymiar sprawiedliwości, co zresztą uznać należy za wielki wyczyn. Mówimy przecież o państwie, w którym sąd pierwszej instancji skazał sześciu naukowców na kary więzienia, bo nie przewidzieli trzęsienia ziemi.

Sprawa Amandy Knox miała również drugą stronę – medialną. Ogromny wpływ na wydarzenia miały tabloidy tak włoskie, jak i brytyjskie. Wykreowane obrazy, medialne fakty i teorie okazały się najtrwalszą rzeczą, jaka pozostała po tej serii procesów. To właśnie wizja całego tego medialnego cyrku jest najbardziej widocznym zapożyczeniem w nowości stacji Freeform.

Od tego jednak mocniej się będzie rzucać w oczy samo zawiązanie akcji. Oto przebywająca na studiach w Londynie Amerykanka, Grace Attwood (Daisy Head), zostaje jedną z głównych podejrzanych w sprawie zabójstwa swojej współlokatorki – zamordowanej zresztą w wynajmowanym przez nie mieszkaniu. To przestępstwo z jednej strony powoduje, że w Wielkiej Brytanii pojawia się m.in. starsza z sióstr Attwood – Natalie (Emily Tremaine), a z drugiej, otwarta zostaje prawdziwa puszka pandory. Na jaw wychodzą dziwne wątki, układy i powiązania. Od razu więc należy z głowy wyrzucić sny o jakichkolwiek ramach prawdopodobieństwa czy o w miarę logicznym rozwoju akcji. Będą nam tylko przeszkadzać.

Dotychczas wyemitowane odcinki najlepiej można opisać za pomocą określenia jazda bez trzymanki. Co kilka chwil serwuje się nam nową tajemnicę, a każda z postaci ma jakiś sekret. Bardzo szybko sprawa zahaczyła także o brytyjską rodzinę królewską. Po trzech odcinkach można odnieść wrażenie, że prawie każdy może być potencjalnym winowajcą, a ci, którzy są niewinni, też chcą coś ugrać na tej sprawie. Dużo więc czasu bohaterowie spędzają na wprowadzaniu się w błąd, zastraszaniu i szantażowaniu.

Równie prędko dochodzi się do wniosku, że zadziwiająco bogate życie erotyczne mają ludzie żyjący w Londynie. W pewnych momentach ma się wrażenie, że bohaterowie częściej lądują w łóżkach w różnych konfiguracjach, niż jedzą. Co kilka chwil tworzone są nowe pary, a i najwidoczniej nie ma złych momentów na porządny flirt. Policjanci i rodzina oskarżonych, prokuratorzy i podejrzani w innej sprawie, książęta i ofiary, szantażyści i szantażowani – wszyscy, naprawdę wszyscy. Do tego dodać należy jeszcze przerysowany wątek prostytucji i elitarnego klubu dla wymagającej klienteli.

Nieprzypadkowo kilka akapitów wyżej wspomniałem o mediach. Bardzo często historia popychana jest do przodu właśnie przez medialne wrzutki, filmiki czy posty w serwisach społecznościowych itp. Mamy oczywiście obowiązkową chmarę dziennikarzy rzucającą się przy każdej okazji na bohaterów dramatu. Kilka scen wręcz przypominało medialne obrazki z realnego śledztwa w Perugii, czasem też zwyczajnie odwracano to, co zaszło w prawdziwym świecie. Tak było np. ze sceną uroczystości, na której wspominano Molly. W realnym świecie Knox nie pojawiła się na tego typu spotkaniu – co obróciło się przeciw niej. Tutaj Grace była obecna, a efekt był równie zły.

Jednocześnie przy tak dużej liczbie zwrotów akcji często można odnieść wrażenie, że przynajmniej część wątków na razie do siebie nie pasuje. Niektóre pomysły scenarzystów deprymują swoją niezbornością: zestaw paszport, urzędnik ambasady i podryw przy piwie nigdy nie powinien się zdarzyć. Absurdalnie wypadały także sceny przesłuchań – były zbyt przesadzone, aby przykuwać uwagę, a i bezużyteczne, bo nasi śledczy niczego w nich nie osiągnęli. Czasem trafiały się po prostu wyjątkowo nieudane sceny lub dialogi, a niektóre postacie, jak książę Theo (Sam Cassidy), chwilowo bardziej śmieszą, niż interesują. Trudno poważnie traktować postać, która zachowuje się, jakby zbyt często do poduszki czytała "Pięćdziesiąt twarzy Greya". Nie jestem za bardzo przekonany do aż tak plastikowej wizji Londynu, ale to pewnie wina niejakiego Johna Luthera. Same zdjęcia z kolei nie są złe.

Z drugiej strony przyjemne momenty zalicza Billy Zane jako Stan Gutterie. Byłem też mile zaskoczony szybkim rozwojem i w sumie końcem wątku profesora Linleya (Mark Letheren). Nie spodziewałem się broni palnej w rękach jego żony ani późniejszego dobicia przez nią w szpitalu tego gustującego w studentkach podstarzałego podrywacza. Pozwala to wierzyć, że twórczynie serialu – Kathryn Price i Nichole Millard – nie pozwolą poszczególnym historiom ciągnąć się nieskończoność. W niektórych momentach ścieżka dźwiękowa bywa niezła, choć jak zawsze tłumaczenie emocji bohaterów przy pomocy piosenek do końca mnie nie przekonuje.

W swych gatunkowych ramach "Guilt" nie jest najgorszą rzeczą, na jaką można natrafić w telewizji. Jednak co najmniej kilka rzeczy musiałoby ulec poprawie, aby ta mieszanka opery mydlanej, kryminału, thrillera i czegokolwiek, co akurat rozdawano za półdarmo w pobliskim markecie, miała szansę kogokolwiek zainteresować. Na razie, przynajmniej dla mnie, na zbyt dużo rzeczy trzeba przymknąć oczy, aby można było w pełni czerpać satysfakcję z tej produkcji. Mimo wszystko spróbować można, w końcu mamy lato, a o tej porze roku serialowe potrzeby są nieco inne niż zwykle.

REKLAMA