"Difficult People" (2x01-02): Ku klęsce z uśmiechem

"Difficult People" (Fot. Hulu)

"Difficult People" (Fot. Hulu)

"Difficult People" powróciło po blisko rocznej przerwie i niewiele się zmieniło. Bohaterowie wciąż bywają okropni, żarty niekiedy ostre, a wszystko wydaje się sensownie zaplanowane i nieźle napisane. Owszem, nie jest idealnie, ale bycie niezłą komedią nie powinno nikomu przynosić ujmy. Spoilery.

Z perspektywy blisko roku, w zasadzie jedyne, co pozostało w po 1. sezonie "Difficult People", to ten szalenie kontrowersyjny żart o Blue Ivy z pilota produkcji Hulu. Może trochę szkoda, bo serial Julie Klausner, w którym wśród producentów wykonawczych znajdziemy Amy Poehler, miewał swoje momenty. Główni bohaterowie – Julie (Julie Klausner) i Billy (Billy Eichner) – stosunkowo szybko znaleźli swoją niszę wśród wielu innych okropnych komediowych postaci. Co kilka chwil rzucano tu także przyjemnymi popkulturowymi odniesieniami, a i nie da się nie wspomnieć o owych cudownych telewizyjnych spotkaniach z logiem PBS w tle. Nawet imprezy pracownicze mieli wspaniałe. Dokładnie tak sobie wyobrażam 67. urodziny Serialowej, o ile ktokolwiek do nich dożyje.

Wracając jednak do współczesności, w otwierającym 2. serię "Unplugged" obserwujemy próbę dostania się Julie do kolejnej grupy dzierżącej telewizyjną władzę – tym razem w synagodze. Uwaga skupiona została też na Billym i jego na miłosnym podboju – romansie, który szybko zamienił się w jedną wielką próbę zerwania. Ponadto Marilyn (Andrea Martin) postanowiła nakręcić swój testament, co ważne z pomocą Tiny Fey, reżyserującej akurat w okolicy odcinek "The Blacklist". James Spader podobno nie miał gdzie płakać…

W drugim z wyemitowanych odcinków – "Kessler Epstein Foundation" – bohaterowie w znanym już nam stylu zmierzyli się z działalnością charytatywną i jeszcze nigdy ich plan nie przyniósł aż tak opłakanych skutków – patrz Nathan Lane. Nie była to jedyna atrakcja owych 25 minut. Tłuczono się patelniami, przytrzaskiwano piersi drzwiami od lodówek, a Julie i Arthur (James Urbaniak) próbowali zmienić mieszkanie. Z kolei w D's Cafe zatrudniono nową osobę, a dodatkowo zaliczyliśmy przyjęcie zaręczynowe, wizytę w Central Parku oraz w więzieniu. Billy dodał za to do kolekcji kolejny nieudany romans i bardzo długą drzemkę.

Z dwóch rozpoczynających ten sezon odcinków to właśnie ten drugi jest znacznie lepszy. Słabsze "Unplugged" po prostu znacznie lepiej sprawdziłoby się jako uzupełnienie ubiegłorocznych odcinków niż początek sezonu. W dużej części historia Julie jest lustrzanym odbiciem tego, z czym jakiś czas temu mierzył się jej najlepszy przyjaciel. Z drugiej strony trzeba przyznać, że odcinek trzymały na odpowiednim poziomie gościnne występy. Tina Fey była świetna, a John Mulaney bardziej znośny niż w każdej sekundzie swojego dawno skasowanego i zapomnianego sitcomu.

Również główni bohaterowie wciąż wypadają dobrze, szczególnie w momentach, kiedy znajdują się w swoim pobliżu, a sama scena zmierza w rejony podszytego rozczarowaniem absurdu. Oczywiście tego, obok wspomnianych występów gości i ogromnej liczby odniesień do światka telewizji, komediowych i serialowych grajdołków czy bezdennej studni wypełnionej celebrytami, akurat można się było spodziewać.

"Kessler Epstein Foundation" wypada korzystniej, bo poza tym co znane, nie tylko dzieje się w nim więcej, ale i cały odcinek jest znacznie lepiej skonstruowany. Udaje się połączyć wypracowaną już formułę z odrobiną chaosu, a kiedy dochodzimy do wyjawienia ostatecznego losu Nathana Lane'a, wszystkie wątki bardzo ładnie układają się w naprawdę spektakularną klęskę naszego duetu.

W kontekście całego sezonu ciekawym zabiegiem jest dodanie do obsługi D's Cafe Loli (Shakina Nayfack), której obecność może ciekawie zmienić dość spokojne i nudne miejsce. Nie ma jak teorie spiskowe do lekkiego lunchu. Z drugiej strony dalej czekam, aż Billy wreszcie zostanie wymęczony przez Denise (Gabourey Sidibe). Oczywiście tuż po tym, jak w jej chwilową niełaskę wpadnie Matthew (Cole Escola). To przecież musi się zdarzyć.

Podsumowując, jeżeli komuś przypadł do gustu 1. sezon, to początek drugiej serii również sprawi przyjemność. "Difficult People" wciąż bywa dostatecznie wyraziste, zabawne i na tyle dobrze napisane, że warto od czasu do czasu poświęcić te około 20 minut. Choćby po to, aby sprawdzić, jak wiele z tego, o czym oni tam właściwie mówią, jesteśmy w stanie pojąć.

REKLAMA