Nic nowego pod słońcem. Recenzujemy powrót "Fear the Walking Dead"

"Fear the Walking Dead" (Fot. AMC)

0

Powrót do 2. sezonu "Fear The Walking Dead" nie jest przełomem, ale też nie jest wielkim rozczarowaniem. Odcinek "Grotesque" skoncentrowany na Nicku pozwala nam go poznać, ale niewiele ponad to. Spoilery!

Nihil novi sub sole - łacińska maksyma oznaczająca "nic nowego pod słońcem" idealnie pasuje do powrotu "Fear the Walking Dead". I to nie tylko dlatego, że większość odcinka to desperacka walka Nicka o przetrwanie w spiekocie i słońcu Meksyku. Przede wszystkim "Grotesque" mógłby z powodzeniem należeć do oryginału, czyli "The Walking Dead". Spin-off miał być czymś oryginalnym ze względu na umiejscowienie serialu w chwili, gdy apokalipsa dopiero się zaczynała. Jednak im dłużej oglądaliśmy drugi sezon, tym bardziej ta różnica przestała być istotna. Najnowszy odcinek jest tego koronnym dowodem.

To nie oznacza, że jest to bardzo zły odcinek. Wędrówka Nicka (Frank Dillane) - jednej z najciekawszych, o ile nie najciekawszych postaci z całego serialu - poprzez pustynię i bezdroża nie była tak nudna, jak mogłoby się to wydawać. Nick jest postacią, której najbliżej (i to dosłownie) do szwendaczy ze wszystkich głównych bohaterów serialu. Oczywiście nie jest to nic nowego - w "The Walking Dead" wielokrotnie mieliśmy do czynienia z takimi postawami, ale przynajmniej scena, w której Nick jako element hordy jest bliski śmierci z rąk bandytów, to coś nowego wizualnie.

Szkoda tylko, że niewiele z tego wynika. Już wcześniej wiedzieliśmy, że Nick ma specyficzny sposób na przetrwanie. Jego kamuflaż też nie jest zaskoczeniem dla widza, bo takie zagrania widzieliśmy wielokrotnie w oryginale. Niewielka społeczność, do której Nick trafia pod koniec odcinka, też nie jest niczym nowym. Poza lokalizacją geograficzną o trwającej apokalipsie nie dowiedzieliśmy się w tym sezonie nic szczególnie nowego. Tak, to ludzie są największym zagrożeniem. Tak, niektórzy uznają szwendaczy za następny etap ewolucji lub swoje zbawienie, ewentualnie chorobę, z której można wyleczyć. Tylko co z tego?

To wszystko już przecież było. Skoro jest to spin-off, to chyba można oczekiwać, że będzie czymś innym niż oryginał? Oczywiście można powiedzieć, że pod względem wizualnym i "artystycznym" ten serial rzeczywiście w wielu chwilach próbuje być oryginalny. I rzeczywiście i w tym, i w poprzednim sezonie kilka scen zasługuje na wyróżnienie. Ale to cały czas za mało.

Skupienie się na Nicku ma też swój efekt uboczny w postaci "zawieszenia" w próżni tego, co wydarzyło się z resztą jego rodziny. Mamy tu do czynienia z typowym zagraniem, które sprawi, że cliffanger z poprzedniego odcinka może być "rozwiązywany" w zasadzie do końca sezonu. Zamiast tego możemy się przyglądać, jak Nick próbuje wypić wodę z kaktusa.

"Fear the Walking Dead" szybko stało się bardzo konwencjonalnym zamiennikiem oryginału. I biorąc pod uwagę, że nie udało się stworzyć postaci, które byłyby chociaż w połowie tak ciekawe jak w "The Walking Dead", przy tym serialu dobrze bawić mogą się tylko nieliczni. Dla pozostałych będzie to zbyt konwencjonalna lub po prostu nudna wersja tematu, który już wcześniej został pokazany dużo lepiej.