Proces stulecia – podejście drugie. Recenzja 7. odcinka "Długiej nocy"

"Długa noc" (Fot. HBO)

0

Choć "Długa noc" zbliża się ku końcowi, sprawa Naza Khana wcale nie staje się jaśniejsza. Jest za to nadal równie fascynująca co na początku. Uwaga na spoilery.

"Ordinary Death" kontynuuje rozpoczęty przed tygodniem proces, przedstawiając kilka nowych faktów w sprawie, ale nie można powiedzieć, by któryś z nich był rozstrzygający. Wręcz przeciwnie, tylko mnożą one wątpliwości, nie dając spokoju ani nam, ani bohaterom. I to zarówno tym broniącym Naza, jak i stojącym po drugiej stronie barykady, bo wśród przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości także trudno mówić o stuprocentowym przekonaniu do swoich racji.

Twierdzenie to dotyczy rzecz jasna detektywa Boxa, na którym w dużym stopniu skupiał się odcinek, łącząc jego zbliżające się wielkimi krokami przejście na emeryturę z ostatnim procesem w zawodowej karierze. I choć zmęczony stróż prawa zmagający się z jeszcze jedną sprawą to jedna z bardziej popularnych klisz w kryminałach, "Długa noc" nie byłaby sobą, gdyby poszła tu na łatwiznę. Morderstwo Andrei Cornish wprawdzie wyraźnie dręczy Boxa, ale nieco inaczej, niż można by sobie to wyobrażać.

dluga02

Detektyw nie jest bowiem szczególnie przejęty losem Naza Khana – serial w żadnym momencie nie dał nam do zrozumienia, by pomiędzy tą dwójką zawiązała się jakakolwiek nić porozumienia. Mężczyzna prowadził śledztwo, a że to wskazywało chłopaka jako najbardziej prawdopodobnego mordercę, to trzeba było go wsadzić za kratki. Nic osobistego. Od początku można jednak było odnieść wrażenie, że Box nie jest w stu procentach przekonany do pozornie oczywistych wniosków. Według oklepanego schematu powinien więc drążyć sprawę, w ostatniej chwili odnajdując prawdziwego zabójcę. Ale wiecie przecież, że "Długa noc" nie lubi schematów.

Brak przekonania Boxa nie brał się wcale z jakiegoś górnolotnego poczucia niesprawiedliwości, która dotknęła Naza, ale z najzwyklejszego niedopełnienia policyjnych obowiązków. Detektyw doskonale wiedział, że w sprawie są luki. Nie na tyle ewidentne, by wykluczały udział Khana, ale wystarczające, by wzbudzić lekkie wątpliwości co do jego winy. A już na pewno domagające się wyjaśnienia. Czemu więc je przeoczył i czy było to działanie celowe?

Myślę, że tak, choć daleki jestem od osądzania bohatera. Całkiem możliwe, że w sedno trafiła Chandra, odnosząc się podczas procesu do podświadomego działania Boxa. Choć ten obrócił kwestię w żart, trudno nie zauważyć, że słowa prawniczki go dotknęły. Na tyle, by nie mógł w pełni cieszyć się zasłużoną emeryturą, w końcu nie dopełnił obowiązku.

Pytanie jednak, co nim kierowało? Prawdy możemy się tylko domyślać, ale wskazałbym na bardzo prozaiczną przyczynę – zmęczenie. Swego rodzaju apatię, która po około trzystu śledztwach dopadłaby każdego. Box wyraźnie chce jak najszybciej zakończyć sprawę i mieć święty spokój, ale coś nie pozwala mu się z tym pogodzić. Nie w taki sposób. Mało spektakularne wyjaśnienie? A czego innego się spodziewać po serialu, w którym nawet śmierć wybiera się całkiem zwyczajną?

ordinary-ew456

Wątpliwości Boxa nie przesądzają jednak kwestii winy Naza, bo ta nadal nie da się jednoznacznie ocenić. A jeszcze twórcy bawią się z nami w kotka i myszkę, tym razem używając do tego niepozornego inhalatora na astmę. Można się tylko ironicznie uśmiechnąć, widząc, jak w kilka minut zmienia się znaczenie tego rekwizytu. Chandra używa go na sali sądowej, by dowieść niewinności Naza, ten natomiast przy jego pomocy pośrednio przyczynia się do morderstwa w więzieniu. Przewrotne, ale też dające do myślenia. Bo obraz chłopaka, jaki teraz mamy, w niczym już nie przypomina tego z początku serialu. Ten, o ile był prawdziwy, wydaje się już na dobre stracony.

Nie chodzi tylko o więzienną metamorfozę bohatera, ale również o jego wizerunek w świecie zewnętrznym, który runął w gruzach. Najbardziej jaskrawym przykładem jest oczywiście matka (świetna, choć niemal całkowicie milcząca Poorna Jagannathan), już nie tyle targana wątpliwościami, co praktycznie pozbawiona wiary we własnego syna. Wykonująca swoje obowiązki automatycznie, oszukana, do głębi zraniona przez najbliższą osobę Safar Khan jest jedną z najtragiczniejszych pośrednich ofiar całej sprawy. Pisałem już poprzednim razem o skutkach, jakie ma ona na innych bohaterów, co tym razem było jeszcze wyraźniej widoczne. Życie Khanów (i nie tylko ich – znów pojawiły się aluzje do przestępstw na tle rasowym) rozsypało się na drobne kawałeczki, których poskładanie najprawdopodobniej nie będzie już możliwe.

dluga03

Bo jak wrócić do normalności, wiedząc to wszystko, co wypłynęło w trakcie procesu? Procesu, który był jednocześnie fascynującym, jak i niezwykle brutalnym spektaklem, w którym liczy się tylko efekt końcowy. W pełnej krasie mogliśmy zobaczyć, jak bardzo sądowe wystąpienie przypomina pokaz socjotechnicznych umiejętności prawników chcących stworzyć pewien wizerunek oskarżonego. Zarówno prokurator Weiss, jak i Chandra sięgały po wszelkie możliwe chwyty, by wykreować obraz odpowiednio bezwzględnego mordercy lub niewinnej ofiary bezdusznego systemu. Nic ich przy tym nie ograniczało, bo przecież gdy się zastanowić, informacje, że Naz rozprowadzał silne leki, a Andrea kupowała prochy, nie mają żadnego znaczenia dla sprawy.

Poza tym że stawiają oskarżonego w konkretnym świetle i służą takiemu kształtowaniu rzeczywistości, by ta przyjęła wersję najkorzystniejszą dla danej strony. Twórcy "Długiej nocy" jeszcze raz podkreślają więc z całą mocą, że obiektywna prawda nie ma tu żadnego znaczenia. Liczy się ta, w którą uwierzy ława przysięgłych. Nieprzypadkowo przecież została tu przywołana sprawa O.J.-a Simpsona, o której dobrze wiemy, że była największym sądowym spektaklem w historii USA (swoją drogą, kto by się spodziewał, że tak szybko znowu usłyszymy w serialu zdanie "If it doesn't fit, you must acquit"?). Proces Naza Khana to przedstawienie na mniejszą skalę, ale toczone na dokładnie tych samych zasadach.

dluga04

Zasadach, które obowiązują jednakowo obie strony, bo o ile w procesie Simpsona łatwo było wskazać "złych" i "dobrych", tak tutaj klasyfikacja jest niemożliwa. I obrona, i oskarżenie robią wszystko, by przekonać przysięgłych do swojej wersji zdarzeń, odkładając na bok kwestie moralne i doskonale orientując się w realiach sądowej sali. A że czasem trafi się ktoś jeszcze, kto w tychże czuje się jak ryba w wodzie, to dochodzi do tak fantastycznych słownych potyczek, jak ta Helen Weiss z doktorem Katzem (Chip Zien) – tę dwójkę chciałoby się oglądać znacznie dłużej. Znaczące jednak, że najlepiej z procesu zapamiętuje się właśnie te najbardziej spektakularne fragmenty, zamiast tych dotyczących twardych, niepodważalnych dowodów.

Takich jednak w sprawie praktycznie brak, więc pole do popisu dla prawników i ich umiejętności jest ogromne. Rozumie to pani prokurator, rozumie to John Stone, który odsunął się nieco w cień, skupiając się na polowaniu na ojczyma Andrei (który może wcale nie być tak łatwym kąskiem do połknięcia jak się wydawało), rozumie też Chandra, co nie przeszkodziło jej jednak popełnić gigantycznego błędu. Relacja prawniczki z Nazem przybrała dla mnie dość nieoczekiwany obrót, bo nie sądziłem, że może ona zrobić takie głupstwo. Choć trudno tu mówić o uczuciach, prędzej o zauroczeniu i swego rodzaju fascynacji, z której bezsensu Chandra szybko zdała sobie sprawę, wątpię, by pozostało to bez echa. Jeśli coś może jeszcze zagrozić sprawie Naza, to właśnie tutaj szukałbym najsłabszego ogniwa. A Stone ostrzegał, by nie angażować się emocjonalnie.

Wszystko to sprawia, że na finał tej opowieści (będzie trwał aż półtorej godziny!) czekam z olbrzymią niecierpliwością, bo twórcy zaskakują nawet wtedy, gdy wydaje się, że już rozgryźliśmy ich plan. Cokolwiek mieliby jeszcze ukryte w rękawie, wiem już, że pod jednym względem "Długa noc" jest serialem wyjątkowym. To pierwszy kryminał, w którym nie czekam z wypiekami na twarzy na odpowiedź na pytanie "kto zabił?". Bardziej dręczy mnie kwestia, kto zostanie za to ukarany.