"I Love Dick", "Jean-Claude Van Johnson" i "The Tick". Oceniamy nowe piloty Amazona

"I Love Dick" (Fot. Amazon)

0

Kilka dni temu światło dzienne ujrzały pilotowe odcinki trzech nowych produkcji Amazona. Sprawdziliśmy, które z nich mają szansę przemienić się w pełnowymiarowe seriale.

Tym razem ocenie publiczności, która swoimi głosami zadecyduje o ich dalszym losie, poddane zostały trzy półgodzinne odcinki w pewien sposób wpisujące się w charakterystykę szeroko pojętej komedii. Z takimi produkcjami w Amazonie bywa różnie, co doskonale wiecie, jeśli widzieliście choćby "Transparent" czy "Mozart in the Jungle", które było nie było również podpadają pod tę ogólną klasyfikację. Jak daleko im do tradycyjnych sitcomów, nie trzeba chyba jednak nikomu tłumaczyć. Z "I Love Dick", "The Tick" i "Jean-Claude Van Johnson" jest podobnie, bo choć różni je bardzo dużo, to łączy fakt, że do żadnego nie pasuje etykieta "zwykłej komedii".

Zacznijmy od pierwszego z wymienionych, czyli nowej produkcji Jill Soloway, twórczyni wspomnianego już "Transparent". Samo jej nazwisko jest wystarczającą rekomendacją i gwarancją jakości, więc po ekranizacji powieści "I Love Dick" autorstwa Chris Kraus spodziewałem się czegoś wyjątkowego. I nie zawiodłem się ani trochę.

Pilot serialu o tym samym tytule to na pozór prosta historia. Poznajemy w nim małżeństwo Chris (Kathryn Hahn) i Sylvere'a (Griffin Dunne), gdy przenoszą się do miasteczka w Teksasie, gdzie poznają tytułowego Dicka (Kevin Bacon), który mocno namiesza w ich życiu. Proste, prawda? Ale to przecież serial Jill Soloway, więc musi być jakiś haczyk. A nawet haczyki. Dodajmy więc, że Chris to reżyserka kina niezależnego, jej mąż jest autorem piszącym o "reinterpretacji Holokaustu", a przyjechali do ukrytej pośród teksaskiej pustyni artystyczno-hipstersko-akademickiej oazy. Nie zmienia się tylko Dick.

No właśnie, kim właściwie jest Dick? Pilot nie odpowiada na to pytanie, kreując bohatera na tajemniczą postać, która przyciąga tłumy swoją charyzmą. Nic więc dziwnego, że Chris szybko ulega jego urokowi i w tym momencie zaczynają się problemy. Romans? Nie, to byłoby za proste, ale niewątpliwie Dick mocno pociąga bohaterkę. Jest to jednak fascynacja, którą trudno jednoznacznie ocenić, bo zarówno czysto fizyczna, jak i intelektualna. Dick to facet łączący w sobie różne archetypy męskości – jednocześnie ceniący swoją wolność kowboj (ma nawet konia) oraz twardo stąpający po ziemi intelektualista. Ile w tym pozerstwa, a ile prawdziwego geniuszu, możemy się tylko domyślać.

Niewątpliwie jednak jest w nim coś, co przyciąga wzrok i sprawia, że cała, skrupulatnie budowana osobowość Chris rozpada się pod jego spojrzeniem, a bohaterka nie ma pojęcia, co się właściwie dzieje. Podobnie jest z widzami, dla których "I Love Dick" stanowi niewątpliwe wyzwanie. To serial wymykający się wszelkim konwenansom, nawet określenie "komediodramat" wydaje się przy nim płytkie. Czyli Jill Soloway w formie, bo to produkcja jeszcze bardziej wymagająca niż "Transparent", wręcz przesiąknięta klimatem kina indie (zarówno w treści, jak w formie) i oczywiście skazana na śladową oglądalność. Znaczące, że ma najniższą ocenę ze wszystkich pilotów, ale zdecydowanie najwyżej cenią ją sobie krytycy – również dlatego trudno przypuszczać, by na jednym odcinku miało się skończyć. Drogi Amazonie, potrzebujemy takich seriali!

Wydaje się natomiast, że spokojnie możemy się obejść bez kolejnego serialowego podejścia do komiksowej postaci znanej jako "The Tick". Ubrany w niedorzeczny niebieski strój bohater był już obecny na ekranach zarówno w wersji animowanej, jak i aktorskiej (w skasowanym po dziewięciu odcinkach serialu FOX-a sprzed 15 lat tytułowego bohatera grał Patrick Warburton), a że teraz mamy modę na superbohaterów, to ktoś uznał, że to dobra pora, by spróbować jeszcze raz. Nie przeczę, parodystyczne spojrzenie na ten pstrokaty i często przesadnie nadęty świat wygląda na naprawdę niezły pomysł, ale w tym przypadku coś ewidentnie nie wyszło.

Głównych bohaterów mamy tu dwóch, bo obok Kleszcza, w którego wciela się Peter Serafinowicz, pojawia się niejaki Arthur (Griffin Newman), chłopak z problemami i traumą z przeszłości, który dość przypadkowo staje się pomocnikiem superbohatera w jego walce z przestępczością. Tą natomiast na ekranie reprezentuje The Terror (Jackie Earle Haley), którego nasi bohaterowie podejrzewają o kontrolowanie całego miasta zwącego się The City (tak, dostrzegam schemat). Trzeba więc zakasać rękawy i zmierzyć się ze swoim przeznaczeniem.

Brzmi to wszystko nawet obiecująco i mogłoby się sprawdzić jako kpina z utartych superbohaterskich schematów, ale niestety "The Tick" nie bardzo potrafi się zdecydować, czym właściwie chce być. Balansuje gdzieś pomiędzy oczywistą parodią (bo każde pojawienie się Kleszcza na ekranie pod taką podchodzi), a poważnym serialem (sporo miejsca poświęca się Arthurowi i jego historii), ale zamiast uczynić to źródłem humoru, mieszając ze sobą obydwie konwencje, wybiera kompromis i pogrąża się w nijakości. Przez to nie wiadomo właściwie, kiedy ktoś sobie z nas żartuje, a kiedy naprawdę ma coś do powiedzenia.

Efektem tego jest zwyczajna nuda, która wręcz bije z półgodzinnego pilota. Nie pomaga serialowi ani twórca oryginału za sterami (Ben Edlund), ani reżyseria Wally'ego Pfistera (autor zdjęć do filmów Christophera Nolana), ani Barry Sonnenfeld ("Faceci w czerni") wśród producentów. "The Tick" może zainteresować fanów komiksów, sądząc po opiniach w sieci nawet im się spodobał, ale postronni widzowie raczej nie znajdą tu niczego ciekawego.

Prędzej uda się to w ostatnim z pilotów. "Jean-Claude Van Johnson" jest z całej trójki najbliższy typowej komedii, bo to parodia hollywoodzkiego kina akcji sprzed lat, z którego, a tym samym w dużej mierze z samego siebie, z upodobaniem nabija się gwiazdor kopanych filmów, Jean-Claude Van Damme. Gra tu rzecz jasna siebie, ale w nieco innej wersji. Okazuje się bowiem, że pod maską aktora kryje się tajny agent, który pod przykrywką kolejnych filmów rozpracowuje najgroźniejszych przestępców na świecie.

Brzmi absurdalnie i dokładnie takie jest, ale muszę przyznać, że to absurd na naprawdę niezłym poziomie. Można pogratulować Van-Damme'owi, bo w życiu bym się nie spodziewał, że w belgijskim twardzielu znajdują się takie pokłady autoironii. "Jean-Claude Van Johnson" to teatr jednego aktora, bo tytułowy bohater kpi zarówno z samego siebie, jak i z kolegów po fachu (oj, dostało się Nicolasowi Cage'owi) oraz schematów kina akcji, nieustannie puszczając jednak do widzów oko. Jeśli więc z rozrzewnieniem wspominacie takie produkcje jak "Krwawy sport" i regularnie przypominacie sobie "Kickboxera", będziecie się przy tym serialu bawić znakomicie.

Jeśli nie, to również spokojnie możecie rzucić okiem, bo "Jean-Claude Van Johnson" z pewnością sprawi, że kilka razy się uśmiechniecie. Fani "Galavanta" czy "Angie Tribeki" poczują się jak w domu, gdy zobaczą Hucleberry'ego Finna w nieco innej wersji niż klasyczna, czy wysłuchają garści autotematycznych dowcipów (na poziomie, żadnego toaletowego humoru).

Inna sprawa, że poza humorem i pomysłem na wykorzystanie Van-Damme'a serial nie oferuje praktycznie niczego innego. Pilota oglądało się przyjemnie, ale czy potrzeba nam czegoś więcej? Wydaje się, że to produkcja oparta na jednym dowcipie, który raczej nie ma szczególnego potencjału – bo co tu więcej wymyślić? Dalsze brnięcie w absurdy może być jeszcze przez jakiś czas zabawne, ale znudzi się raczej prędzej niż później. Z drugiej strony, zawsze to jakaś odmiana od sitcomowej mizerii, więc kilka odcinków więcej nikomu nie powinno zaszkodzić.