Najseksowniejszy serialowy melodramat powraca. Recenzujemy premierę 2. sezonu "Poldarka"

"Poldark" (Fot. BBC)

0

Intrygujące nowe twarze, jeszcze większe dramaty i jeszcze lepsza scena z Aidanem Turnerem bez koszulki. "Poldark" dobrze wie, czego chcą widzowie, i potrafi to dostarczyć. Uwaga na spoilery!

Ostatnio Mateusz pisał o 2. sezonie "Narcos", że został zrobiony jak hollywoodzkie sequele - czyli według zasady "więcej, szybciej, efektowniej" - i dokładnie to samo myślałam o "Poldarku", oglądając premierę nowej serii. Telewizja BBC dostarczyła widzom tego wszystkiego, co sprawiło, że wiosną 2015 roku oszaleli na punkcie serialu - tylko w jeszcze większej ilości. Były więc porządne dramaty, intrygi, była gorąca scena seksu dwojga pięknych ludzi, w potem równie miły dla oka spacer nad brzegiem morza. Pojawiły się nowe twarze, nowe zmartwienia i nowa scena z Aidanem Turnerem bez koszulki, która sprawiła, że Twitter rozgrzał się do czerwoności.

A na deser zafundowano jeszcze mocny cliffhanger, żeby wszyscy siedzieli jak na szpilkach, czekając na drugi odcinek. Bo oto biedny Francis, po tym jak próbował wrócić na właściwą drogę i nie do końca mu wyszło, w desperacji strzelił sobie w głowę, a my przez tydzień nie będziemy wiedzieć, czy trafił. Wypada tylko powtórzyć komentarz pana z BBC: "Oh dear!". Traktowanie czegokolwiek w "Poldarku" ze śmiertelną powagą byłoby niewskazane, bo to przecież "tylko" guilty pleasure, ale jednak napięcie jest.

Oglądając "Poldarka" po kilkunastu miesiącach przerwy, znów trzeba mu oddać jedno: nie tylko wciąga niczym klasyczne powieścidło, ale i zachwyca realizacją na najwyższym poziomie. Wyśmienici aktorzy, doskonałe kostiumy, wspaniałe widoki i literackie dialogi w zupełności wystarczą, by produkcję BBC można było postawić na wyższej półce niż seriale o podobnej tematyce - miłość, obyczaje, wichry losu - z krajów innych niż Wielka Brytania. To, co gdzie indziej byłoby synonimem tandety, tutaj wydaje się magiczne i bliższe literackiej klasyki niż oper mydlanych. Coś takiego potrafi zrobić tylko BBC.

Na początku 2. sezonu dramatów w "Poldarku" uzbierało się sporo, bo przecież mamy tu i tego dzielnego, wspaniałego Rossa szykującego się do procesu (a mógłby uciec!), i miłosne wielokąty z Elizabeth w roli głównej, i walkę Francisa z własnymi demonami oraz resztą świata, i tego okropnego George'a Warleggana, wytaczającego coraz to większe działa. A na dokładkę Poldarkowie nie tak dawno pochowali córkę, Verity dopiero co uciekła z domu, by wyjść za mąż, w mieście zbliżają się wybory, zaś w sąsiedztwie pojawiają się nowi bohaterowie, w tym jeden mops.

Wzrok przyciąga jak zwykle przede wszystkim dwójka głównych bohaterów - Ross (Aidan Turner) i Demelza (Eleanor Tomlinson) - którzy tak samo atrakcyjnie wypadają osobno i w duecie. On, taki emocjonalny i szlachetny, i szczery, i sprawiedliwy, i dziki, i temperamentny - i ona, najlepsza, najsłodsza, najpiękniejsza istota na świecie. Nie da się ich nie kochać, zwłaszcza teraz, kiedy nieszczęścia spadają na nich jedno po drugim. Demelza wyrosła na mądrą kobietę, która wie, za jakie sznurki musi pociągnąć, żeby osiągnąć swój cel, a jednocześnie nie ma w niej ani odrobiny wyrachowania, samo dobro i słodycz. Ross to wcielenie charyzmatycznego outsidera, który tak naprawdę jest najszlachetniejszym człowiekiem na świecie. Razem stanowią duet nie do pokonania.

Po drugiej zaś stronie mamy George'a Warleggana (Jack Farthing), wyrastającego na pełnokrwistego łotra, przekraczającego kolejne granice, gotowego na wszystko i obdarzonego zaskakującym talentem literackim, który dałoby się pewnie spożytkować w którymś we współczesnych brukowców. Farthing zawsze miał swoje momenty, ale dopiero teraz rzeczywiście błyszczy w tej roli, zwłaszcza że jego motywacje są bardziej skomplikowane, niż mogło się wcześniej wydawać.

Gdzieś pośrodku tkwią Francis (Kyle Soller) i Elizabeth (Heida Reed), oboje niezbyt szczęśliwi w małżeństwie i poza nim, smutniejsi niż wskazywałaby ich pozycja społeczna, rozdarci pomiędzy dobrymi chęciami a piętrzącymi się przeszkodami. Jego wzloty i upadki prawdopodobnie zrobiłyby wrażenie na niejednym protagoniście "Mody na sukces", zaś ona, bohaterka w gruncie rzeczy pozytywna, raz mnie irytuje swoim niezdecydowaniem, innym razem ujmuje autentyczną dobrocią. Teraz na przykład zadaję sobie pytanie, czemu nie posłała George'a do wszystkich diabłów, skoro przecież świetnie wie, o co mu chodzi. Ale oczywiście biorę pod uwagę możliwość, że to kobieta, której nigdy do końca nie zrozumiem. Podobnie zresztą jest z jej małżonkiem, przypadkiem wyjątkowo chwiejnym i skorym do szukania dramatów tam, gdzie niekoniecznie każdy by je znalazł. Taki już urok tej pary, która oby żyła długo i choć trochę szczęśliwie (no nie daje mi spokoju ten cliffhanger!).

To tego emocjonalnego miszmaszu dołączyli nowi w ekipie Ray Penvenen (John Nettles, czyli Bergerac we własnej osobie), jego piękna i rozpuszczona bratanica Caroline (Gabriella Wilde), a także pies, który już na dzień dobry potrzebował lekarza. Oraz ogromne pieniądze, które za nimi wszystkimi stoją.

2. sezon "Poldarka" przyniesie więc jeszcze więcej intryg i miłosnych wielokątów, ale do tego zapewne się nie sprowadzi. Początek miał być i jest mroczny. Ross znalazł się w fatalnym położeniu - zrozpaczony po śmierci córki, oskarżony o morderstwo i parę drobniejszych przestępstw, nie jest w stanie ratować kopalni ani pomagać ludziom, którzy go potrzebują. Demelza zmuszona jest wziąć sprawy w swoje ręce, choć przecież też właśnie pochowała dziecko. Francis chce dobrze, ale jak zwykle mu nie wychodzi, i w efekcie znów ląduje na dnie (przynajmniej na moment). Za chwilę do tego pewnie dojdą rozmaite knowania związane z wyborami. Cała beztroska gdzieś uleciała, zostały tylko problemy, problemy i jeszcze więcej problemów.

Serial BBC oczywiście nie traci przy tym lekkości, wtrącając a to pełne humoru dialogi, a to Aidana bez koszuli, a to gorącą scenę erotyczną, a to pocztówkowy widok. Nawet w mroczniejszych momentach pozostaje tym seksownym melodramatem, w którym się zakochaliśmy, i nawet w momentach lekkich, łatwych i przyjemnych nie daje zapomnieć, że jest czymś więcej niż banalnym guilty pleasure.

Jakimś cudem udało się tutaj znaleźć idealny balans i oby tak już zostało. Bo wichry losu wichrami losu, ale czasem człowiek po prostu potrzebuje do szczęścia przystojnego górnika bez koszuli.