Fakty, mity i wszystko pośrodku. Recenzujemy premierę 4. sezonu "Masters of Sex"

"Masters of Sex" (Fot. Showtime)

0

Poprzedni sezon "Masters of Sex" był ciągiem niespełnionych oczekiwań, a jak będzie teraz? Premiera wypadła lepiej, niż się spodziewałam, ale też nie spodziewałam się już niczego wielkiego. Spoilery!

Dawno, dawno temu "Masters of Sex" było jedną z najlepszych, najświeższych nowości na małym ekranie, ale po prawie trzech latach od premiery wiele z tego nie zostało. Scenarzyści roztrwonili potencjał, uparcie krążąc wokół tych samych tematów - romanse, dzieci, jeszcze więcej romansów i kolejne dzieci - i unikając głębszego spojrzenia na to, co rzeczywiście jest tu fascynujące. Czyli na przełomowe badania Mastersa i Johnson oraz na to, jak ta niezwykła, angażująca, pełna poświęceń praca odebrała tej dwójce wszystko inne. Niby cały czas przewijały się problemy rodzinne Billa, totalne niepoukładanie Virginii, jak i chora relacja pomiędzy nimi obojgiem, ale serial bardzo rzadko zaglądał głębiej pod powierzchnię, skupiając się raczej na tym, co uważał za "atrakcyjne". Jak wzajemne przyciąganie się i odpychanie dwójki naukowców, które zrobiło się nudne mniej więcej w połowie 2. sezonu.

Bardzo wiele zmieniono w porównaniu do prawdziwej historii i zazwyczaj niestety nie były to korzystne zmiany. Jednym z najbardziej absurdalnych przykładów jest kolejne dziecko Virginii, podobno wprowadzone do serialu "ze względów prawnych". Widzieliśmy je nawet przez chwilę na ekranie, ale teraz najwyraźniej wychowuje się samo - podobnie jak pozostała dwójka - bo matka a to bierze kolejny ślub, a to spędza czas w hotelowych barach, a to jeździ do Hugh Hefnera, przepraszam: Hefa. Jest w tym sporo prawdy - życie prawdziwej Virginii Johnson, kiedy już ona i Bill stali się sławni, rzeczywiście miało w sobie dużo z dekadenckiej imprezy - ale ona wtedy nie była matką malutkiego dziecka, a jedynie starszej dwójki.

Serialowy Bill Masters też nie widział swoich dzieci od jakiegoś czasu - podobnie jak kliniki. W przeciwieństwie do Virginii, która wyjechała w poszukiwaniu szczęścia i wylądowała w łóżku z barmanem, on zwyczajnie się stoczył i dorobił się siwej brody. Przeplatanka scen, w których oboje opowiadają w barach podkręcone historie na swój temat (Miss Missouri, ach!), ma sporo komediowego wdzięku - przy czym to niezbyt wesoła komedia - ale prawdziwą gwiazdą otwierającej odcinek sekwencji jest Betty (świetna jak zawsze Annaleigh Ashford), przepędzająca z kliniki każdego, kto postawi tam nogę, od pacjentów aż po księży.

Akcja rusza do przodu, kiedy Gini przypomina sobie, że przecież wciąż jest tą sławną badaczką, którą ludzie proszą o autografy, i postanawia to wykorzystać. W tym momencie powraca porzucony w poprzednim sezonie - na co strasznie psioczyłam! - wątek Hefnera, który zaprasza oboje badaczy do swojej willi. Virginia Johnson rzeczywiście spędzała tam czas, imprezując z Hefem, króliczkami i celebrytami, którzy przewijali się przez to miejsce. Bill Masters, ten prawdziwy i ten serialowy, zdecydowanie tu nie pasuje. A jednak Hef chce ich tylko razem, co dla serialu staje się pretekstem do tego, żeby znów kazać im ze sobą nie tylko rozmawiać, ale też pracować.

Ma to wszystko sens, jest w tym potencjał, są fajne pomysły - jak tytuł felietonu Virginii, który brzmi jak coś rodem z dzisiejszego internetu - ale pytanie, czy nie skończy się jak zwykle. Interakcje w duecie Masters/Johnson były fascynujące na początku, ale te czasy niestety już za nami. Dziś to najbardziej przewidywalne duo, jakie można zobaczyć w telewizji. Jemu się wydaje, że ją kocha, a tak naprawdę traktuje ją jak coś pomiędzy swoją własnością, sekretarką i kochanką, ona patrzy na niego jak na zło konieczne i choć próbuje odejść, to jednak w końcu nigdy tego nie czyni. Ich relacja do najzdrowszych nie należy, a jednak z wielu względów musi być kontynuowana. Serial w tym momencie powinien nie tyle skupiać na ich wzajemnych gierkach, co po prostu pokazać, dlaczego oni z jednej strony nie mają wyjścia - rozstanie oznacza zaprzepaszczenie ogromnego dorobku, bo w świadomości Ameryki istnieją jako para - a z drugiej jest to dla nich obojga niszczące. Niby to wiemy, ale "Masters of Sex" uparcie nie chce wniknąć jeszcze trochę głębiej w psychikę tej dwójki.

Nieco świeżości do serialu wniosła Niecy Nash, której charyzmatyczna bohaterka uparła się, żeby pomóc Billowi wyjść z alkoholizmu, a także nowe koleżanki Libby. Niby to już nie jest historia Libby, która praktycznie zniknęła z życia Billa, ale o dziwo to właśnie ona potrafi wnieść do całości coś interesującego. Ta dosłownie święta kobieta, żyjąca przez lata w cieniu męża, zasługuje na coś w stylu happy endu albo chociaż zemsty. Jej feministyczna grupa wsparcia - jedna z pań mocno przypominała Glorię Steinem - nie jest może najbardziej oryginalna na świecie, ale ma świetną energię i wydaje się być miejscem idealnym dla niej w tym momencie. Ciekawostką, choć nie wiem, czy w tym momencie potrzebną, był Rich Sommer z "Mad Men" w roli cierpiącego miłośnika butów na obcasach.

Całość wypadła nieco chaotycznie, ale i obiecująco. Czekam na imprezy w willi Hefa, feministyczne marsze, przełomowe momenty w relacji Masters/Johnson i świeży powiew klimatu lat 70., który zapowiadano w zwiastunach. Nie spodziewam się cudów, ale miłosne wielokąty i nieudane historie rodzinne, jak te z poprzedniego sezonu, zdecydowanie mi nie wystarczą. Biografię Mastersa i Johnson przeczytałam kiedyś w dwa wieczory i chciałabym, żeby serial znów potrafił być choć w połowie tak angażujący. Początek prezentuje się całkiem przyzwoicie, ale ileż już widzieliśmy takich początków...