Miało być zaskoczenie - i jest! Recenzujemy premierę 6. sezonu "American Horror Story"

"American Horror Story" (Fot. FX)

Nowa formuła opowiadania historii i więcej straszenia. 6. sezon "American Horror Story" może być najlepszy od lat. Spoilery!

6. sezon "American Horror Story" autorstwa Ryana Murphy'ego i stacji FX zapisze się w historii przynajmniej z jednego powodu: to pierwsza sytuacja we współczesnej telewizji, gdzie o nowej serii przed jej premierą nie wiedzieliśmy dosłownie nic. Zero! Ani jednego zdjęcia, ani jednego trailera z fragmentami, ani nawet krótkiej notki prasowej ujawniającej, o czym będą nowe odcinki antologii. W zamian otrzymaliśmy solidną porcję różnorodnych, przerażających mniej lub bardziej teaserów, które oczywiście okazały się jedną wielką zmyłką.

Efekt tego zabiegu ocenić należy pozytywnie. Oglądając premierowy odcinek 6. serii, tak naprawdę nie wiedziałem, czego się spodziewać. Kogo zagra Lady Gaga? W jaką postać wcieli się Sarah Paulson?  I najważniejsze – czym straszyć będą twórcy? Odpowiedzi – przynajmniej częściowo – uzyskałem po obejrzeniu 1. odcinka. I z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić – tego się nie spodziewałem!

"American Horror Story" jako serial dokumentalny

W 6. sezonie "American Horror Story" zrywa z klasyczną narracją i opowiada historię w stylu dokumentalnym. Już na samym wstępie widz otrzymuje krótką zapowiedź wydarzeń, a jednocześnie pojawiają się informacje w stylu: "historia inspirowana jest prawdziwymi wydarzeniami" oraz "opowieść może zawierać niepokojące obrazy". Jak w klasycznym dokumencie, który nazwano "My Roanoke Nightmare". I właśnie nazwę zaginionej kolonii możemy traktować jednocześnie jako podtytuł dla 6. sezonu "American Horror Story". Okazuje się więc, że przecieki amerykańskich mediów, sugerujące, że akcja "AHS" może skupiać się na zaginionej kolonii na wyspie Roanoke okazały się prawdziwe.

Ryan Murphy zdawał sobie sprawę, że po pięciu latach musi zaproponować widzom coś nowego, co odkryje markę na nowo. Postawienie na dokumentalny styl opowiadania historii jest dość odważną decyzją, którą kupiłem od pierwszej chwili, gdy zobaczyłem postać graną przez Lily Rabe, jedną z moich ulubienic w całej antologii. "My Roanoke Nightmare" rozgrywa się bowiem w dwóch przedziałach czasowych, w których występują różni aktorzy. Sekwencje współczesne realizowane są w stylu kryminalnych dokumentów, gdzie "prawdziwi ludzie" opowiadają w formie wywiadu o wydarzeniach, jakich byli świadkiem. Z kolei doświadczenia z nieodległej przeszłości przedstawiane są w klasycznej formie, w której bohaterowie, Shelby i Matt, wyruszają do Karoliny Północnej, szukając nowego startu w swoim życiu.

Wspomniana przeze mnie Lily Rabe wciela się w tę "prawdziwą" Shelby, a jej odpowiednikiem z niedalekiej przeszłości jest z kolei Sarah Paulson. Współczesnego Matta gra Andre Holland, a w retrospekcjach w bohatera wciela się Cuba Godding, Jr. Nawet jeśli wydaje się Wam to skomplikowane, to po kilku minutach szybko zorientujecie się w całej historii. Nie jest ona przesadnie trudna do przetrawienia, nie jest też tak dzika i zwariowana, jak miało to miejsce w poprzednich dwóch sezonach, co jest dla mnie niezaprzeczalnym atutem. W całym tym zamieszaniu z formą opowiadania historii najważniejszy jest również fakt, że "American Horror Story" znów straszy jak najlepsze horrory. W większości scen czuć wyraźne inspiracje wieloma klasycznymi dziełami gatunku, na czele z "Blair Witch Project", "Lśnieniem" czy też "Dziećmi kukurydzy". To coś, czego w poprzednich sezonach "AHS" bardzo mi brakowało, ale z drugiej strony już dziś wiem, że "My Roanoke Nightmare" nie jest serialem, który warto oglądać przed snem (a przy "Coven", czy "Freak Show" nie miałem z tym problemu).

Rabe i Holland, opowiadając o swoich przeżyciach w formie wywiadów, są jednocześnie narratorami całej historii. W trakcie odcinka dołącza do nich jeszcze Adina Porter (Angela Bassett w retrospekcjach), wcielająca się w Lee - siostrę Matta. Twórcom udało się dzięki temu zachować pewien balans w konstrukcji sezonu. Z jednej strony oglądamy normalny serial i śledzimy wydarzenia w klasycznej formie, a z drugiej słyszymy, jak do danych scen bohaterowie ustosunkowują się po pewnym czasie. Oczywiście nie brak tutaj rozbieżności w postrzeganiu pewnych spraw i szczerych wyznań do kamery. Forma dokumentalna dzięki temu nie przeszkadza w odbiorze serialu, a jednocześnie jest fajnym urozmaiceniem tego, co oglądamy na ekranie. Jestem oczywiście świadom, że w kolejnych odcinkach może się to zmienić, ale póki co nie ma co martwić się na zapas.

Deszcz z ludzkich zębów

Historia zaproponowana w "My Roanoke Nightmare" wcale nie jest jakoś specjalnie odkrywcza i zaskakująca. Szczęśliwe małżeństwo zmuszone rozpocząć życie od nowa przeprowadza się z dużego miasta w miejsce nieco spokojniejsze. Przemierzając Karolinę Północną natrafiają na wybudowany w XVIII wieku dom umiejscowiony w gęstym lesie, który udaje im się zdobyć po trwającej kilkadziesiąt sekund aukcji. W momencie gdy bohaterowie po raz pierwszy wchodzili do budynku, kamera pokazywała go w bardzo podobny sposób do scen z "Murder House". Nawiązanie do 1. sezonu nie jest tutaj przypadkowe (pamiętacie monolog Billie Dean Howard z 1. sezonu na temat zaginionej kolonii na wyspie Roanoke?) i nieszczególnie zdziwił mnie fakt, że w domu, który Matt i Shelby kupili, będą dziać się dziwne i przerażające rzeczy.

Jak na pierwszy odcinek nie są one aż tak zwariowane i szalone, jak miało to miejsce we "Freak Show" czy "Hotel". Przerażające odgłosy słyszane nocą, deszcz z ludzkich zębów czy w końcu duchy i mocna scena podczas kąpieli na świeżym powietrzu zrobiły swoje. Atmosfera w "My Roanoke Nightmare" jest gęsta, ponura, ciężka, a historia skrywa wiele tajemnic. Kim są ludzie z pochodniami i dlaczego tak bardzo walczą o swój dom? Oczywiście najprościej odpowiedzieć, że chodzi o zaginionych kolonistów, którzy w niewytłumaczalny sposób zniknęli ze swojej osady na wyspie Roanoke w latach 1585-1587. Zauważcie jednak, że ich obecność namacalnie wyczuwa wyłącznie Shelby (Matt widział ich tylko przez obraz z kamery), której nadzwyczajne moce mogliśmy zobaczyć już na samym początku odcinka, gdy wybudzała ze śpiączki Matta. Jedyny problem mam tylko z końcówką odcinka, która wydała mi się trochę nazbyt odjechana w stosunku do wcześniejszych wydarzeń, a moje obawy potwierdziły się, gdy rzuciłem okiem na zapowiedź kolejnych odcinków.

Po premierowym odcinku historia wydaje mi się dość kameralna, a jednocześnie nieco przewidywalna. Para głównych bohaterów wprowadziła się do miejsca, w którym znaleźć się nie powinna. Teoretycznie każdy człowiek w momencie doświadczenia tego typu wydarzeń powinien uciekać z miejsca zdarzenia tak szybko, jak tylko się da. Ale nie Matt i Shelby. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że przez dokumentalną formułę możemy być pewni, że cała trójka poznanych dotąd bohaterów wyjdzie z tego dziwnego i przerażającego doświadczenia cało. A przez to ich los wydaje się być mi zupełnie obojętny.

Mało tego – o ile bohaterowie z retrospekcji wypadają nieźle i ich kreacje faktycznie przyciągały moją uwagę, tak dokumentalne wywiady przed kamerą już nie do końca. Na miejscu Lily Rabe widziałbym każdego, tylko nie… Lily Rabe! Przecież to aktorka mająca w sobie dużo więcej potencjału na coś ciekawszego niż przesiadywanie przed kamerą, opowiadanie i kreowanie sztucznych emocji. Uważam, że do roli Shelby z retrospekcji pasuje dużo bardziej niż Paulson. Andrew Holland wypada sztywno i nienaturalnie, szczególnie w porównaniu do wyluzowanego i pełnego charyzmy Goodinga Jr. Ale może właśnie tak miało być? Może Murphy miał taki zamiar, by pokazać kontrast pomiędzy kreacją faktyczną, a bohaterem będącym częścią rekonstrukcji tamtych wydarzeń.

Ryzyko się opłaca, ale na jak długo?

Z jednej strony Murphy’ego i pozostałych twórców "American Horror Story" należy docenić za odwagę. Nie jest łatwo utrzymać w tajemnicy szczegóły fabularne nowych odcinków, a jednocześnie podtrzymać zainteresowanie serialem, który tym razem debiutował o miesiąc wcześniej niż zwykle. Nie ukrywajmy jednak, że dzięki takiemu zabiegowi Murphy ograniczył do zera krytykę serialu jeszcze przed jego premierą. Zarówno "Freak Show", jak i "Hotel" oceniane były jako sezony stosunkowo przeciętne, które pod względem poziomu odstawały od "Asylum" czy "Murder House".

"AHS" miał w poprzednich latach jeszcze jeden problem – rzadko oczekiwania w stosunku do nowego sezonu dorównywały faktycznej jakości kolejnych odcinków. O sezonach dużo mówiło się przed ich premierą, a po dwóch, trzech odcinkach już nikt nie zaprzątał sobie tym serialem głowy. Teraz ma się to zmienić, a każdemu odcinkowi "My Roanoke Nightmare" powinno towarzyszyć oczekiwanie podobne do premiery. Z drugiej jednak strony nie chce mi się wierzyć, że historia Matta i Shelby oraz sytuacja, w jakiej się znaleźli, ma w sobie na tyle potencjału, by rozciągać ją aż na 10 odcinków. Wbrew pozorom dużo już wiemy i trudno mi sobie wyobrazić, by ich walka o dom z tajemniczymi właścicielami/zaginionymi przez kilkuset laty kolonistami miała w sobie głębię aż na 10 serialowych godzin.

"American Horror Story: Roanoke" (bo tak ostatecznie telewizja FX nakazuje nazywać ten sezon) zaskoczyło mnie pozytywnie. Spodziewałem się dużo bardziej klasycznej historii, w której wątki rozwijać będą się stosunkowo wolno, a atmosfera i poziom zdziczenia będzie podobny do "Freak Show" czy "Hotel". Tymczasem otrzymałem kameralną, spójną i pokazaną z różnych perspektyw historię, która nie dość że intryguje, to również w odpowiednich momentach wprawia w stan przedzawałowy. Murphy i jego ludzie zaryzykowali sporo, ale wygląda na to, że ukrywanie prawdziwej tożsamości "AHS" w 2016 roku okazało się trafionym wyborem. Po cichu mam jednak nadzieję, że ta seria okaże się czymś więcej, niż historią skupioną wokół Matta, Shelby i Lee oraz domu, którego właścicielem stać się nie powinni (choć zwiastun kolejnych odcinków, który możecie obejrzeć powyżej zdaje się temu zaprzeczać).

REKLAMA