Bomba emocjonalna w najlepszym wydaniu. Recenzja "This Is Us" - zaskakującego pilota NBC

Fot. NBC

Czy amerykańska telewizja ogólnodostępna potrafi jeszcze wyprodukować serial, który byłby ciepły, poruszający i nie obrażał inteligencji widza? Niespodzianka - potrafi!

"This Is Us" to nowy serial Dana Fogelmana, twórcy niezapomnianego "Galavanta". Tym razem zamiast komediowych klimatów otrzymaliśmy pełen emocji rodzinny dramat, który powinien spodobać się fanom "Parenthood" i każdemu, kto lubi dobre seriale. Wiadomo, że skoro to produkcja NBC, musi być bardziej mainstreamowa niż seriale z kablówek - a także "American Crime", które jest w Wielkiej Czwórce absolutnym wyjątkiem - ale w tym przypadku to nie wada. "This Is Us" pokazuje, że da się stworzyć mądry serial skierowany do publiki masowej. A to, że obejrzało go w NBC aż 10 milionów ludzi i z każdej strony słychać zachwyty, dobrze rokuje na przyszłość.

Zacznijmy jednak od początku, czyli od otwierającej serial informacji z Wikipedii, że każdy z nas ma urodziny tego samego dnia co ok. 18 milionów ludzi z całego świata. To właśnie data urodzin łączy bohaterów "This Is Us", których poznajemy w przeplatających się ze sobą historiach, z początku niewiele z tego wszystkiego rozumiejąc. Wzajemne powiązania stają się jasne w miarę jak odcinek posuwa się do przodu, z minuty na minutę pozwalając widzowi coraz lepiej odnajdować się w gąszczu postaci i ich wątków. Jestem pod wrażeniem, jak dobrze skonstruowano tego pilota, aż do finałowego twistu, który czyni odcinek jedną z najlepszych rzeczy, jakie widziałam - nie, to nie jest przesada - w tym roku.

Na dzień dobry poznajemy parę. Rebecca (Mandy Moore) jest w ciąży z trojaczkami, jej mąż Jack (Milo Ventimiglia) patrzy na nią zakochanym wzrokiem i powtarza, że uwielbia ją w każdym kształcie. Przesympatyczna dwójka, którą lubi się od pierwszej chwili. Dalej mamy Kate (Chrissy Metz), sfrustrowaną kobietę, która spędza 36. urodziny, marząc o tym, że wreszcie uda jej się schudnąć. Pojawiają się także Kevin (Justin Hartley), przystojny aktor, grający główną rolę w wyjątkowo okropnym sitcomie o nazwie "Man-ny", oraz Randall (Sterling K. Brown, który w niedzielę dostał Emmy za "American Crime Story"), biznesmen, który w urodziny odnajduje swojego prawdziwego ojca.

Wszystkie te historie są tak właściwie zwyczajne, bliskie prawdziwego życia, a przy tym mądre, ciepłe i w miarę subtelne, choć zdecydowanie napisane dla mainstreamowej publiczności. To nie jest kablówkowy serial zaplątany w ramówkę stacji ogólnodostępnej - jak wspomniane "American Crime". To raczej produkt dla widza masowego, po którym twórcy spodziewają się znacznie więcej, niż telewizje obecnie spodziewają się po swojej publice. "This Is Us" nieustannie każe skupiać się na małych rzeczach, raz po raz udowadniając, że robią one różnicę. Już samo połapanie się w gąszczu wątków i bohaterów wymaga pewnej uwagi, a to, co się dzieje na końcu, pokazuje, że Fogelman jest rewelacyjnym scenarzystą, który potrafi bawić się formą w inteligentny, ale i przystępny sposób.

Przez pierwsze czterdzieści minut "This Is Us" lekko płynie, z każdą chwilą coraz bardziej przekonując, że umie w tym samym stopniu bawić, wciągać i wzruszać. Każda historia coś w sobie ma, każdy z bohaterów z miejsca daje się lubić. Obsadę dobrano świetnie - Sterling K. Brown w niczym nie przypomina prokuratora Dardena, załamanego Milo Ventimiglię aż chciałoby się przytulić, a Justin Hartley pokazuje w jednym odcinku więcej niż przez wszystkie sezony "Revenge". Słabych punktów tutaj nie ma, wszyscy wypadają od pierwszej chwili zaskakująco naturalnie - co jest wręcz szokiem, bo piloty Wielkiej Czwórki to zwykle mordęga pod tym względem - i wszyscy są jacyś, choć zupełnie zwyczajni.

"This Is Us" ogląda się świetnie od samego początku, ale serial staje się genialny w momencie kiedy ujawnia połączenie pomiędzy głównymi bohaterami. Spodziewałam się twistu, nie spodziewałam się takiego twistu. Łatwość i prostota, z jaką wszystko się zazębiło i zgrało ze sobą, robi wrażenie - i wcale nie chodzi o to, że przestaliśmy spodziewać się już czegokolwiek dobrego po telewizji ogólnodostępnej. To po prostu jest świetnie napisany i równie doskonale zagrany pilot, w którym wszystko znajduje się na swoim miejscu.

To paradoks, że serial o zwykłych ludziach, zwykłych sprawach i zwykłych emocjach potrafi aż tak przykuć uwagę - ale widać w czasach kiedy telewizja zalewa nas schematycznymi proceduralami i remake'ami schematycznych procedurali zwyczajność oznacza świeżość. "This Is Us" ma to, czego w większości seriali, nawet tych z wyższej półki, po prostu brakuje: prawdziwe emocje i to mierzone w tonach. Od pierwszej chwili potrafi zainteresować losami swoich bohaterów i sprawić, że to, co się z nimi dzieje, tak po prostu widza obchodzi.

Z tymi ludźmi będziemy śmiać się i płakać, tak jak kiedyś z bohaterami "Parenthood". Są prawdziwi, sympatyczni, pełni ciepła, nieprzerysowani - i jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało, chce się przy nich być w chwilach radości i załamania. To ludzie, których mamy w swoim otoczeniu - albo chcielibyśmy mieć. Spędzanie z nimi czasu wydaje się w tym momencie ogromną przyjemnością i oby za kilka odcinków to się nie zmieniło.

Zdaję sobie sprawę, że twist z końcówki pilota może być najlepszą rzeczą, jaką "This Is Us" ma do zaoferowania. Ale nawet jeśli serial nie planuje już takich zaskoczeń, wciąż widać, jak ogromny ma potencjał. Może bawić się dalej formą, może grać na emocjach, zachwycać drobiazgami i w niekonwencjonalny sposób opowiadać o konwencjonalnych rzeczach. Dlatego martwić się o jego dalsze losy na razie nie będę. Będę za to czekać z niecierpliwością na każdy kolejny odcinek.

REKLAMA