Schematyczny powrót do przeszłości. Recenzja "Timeless" - nowego serialu twórcy "Revolution"

"Timeless" (Fot. NBC)

Wątek podróży w czasie wałkowano w serialach na wiele sposobów. Mimo to telewizja NBC postanowiła dać szansę "Timeless" - nowej produkcji skupionej na zabawie z czasem.

Na papierze "Timeless" to murowany hit. Za sterami nowej produkcji NBC stoją Eric Kripke i Shawn Ryan - panowie znani z lepszych ("Supernatural", "The Shield") i gorszych ("Revolution", "Last Resort") projektów. Mimo że ostatnie lata ich pracy w telewizji nie należą do udanych, trudno odmówić im doświadczenia. Dodatkowo za kamerą pilotowego odcinka stanął Neil Marshall - reżyser doskonale znany z pracy nad "Grą o tron" (m.in. odcinek z bitwą o Mur). Po takim wstępie zapewne spodziewacie się samych zachwytów i zapewnienia, że "Timeless" to serial, który warto oglądać. Nic bardziej mylnego. Już dawno w telewizji nie widziałem takiej kserówki pomysłów, które w ciągu ostatnich lat pojawiły się przynajmniej w kilku innych serialach.

Seriale z telewizji ogólnodostępnej ogląda mi się coraz gorzej z jednego prostego powodu - braku oryginalności. Na kilkadziesiąt nowości zdarzy się jeden, może dwa seriale, na swój sposób nowatorskie i warte poświęcenia czasu (przykład: "This Is Us"). "Timeless" do takowych nie należy. W autorskim pomyślne duetu Kripke & Ryan znajdziecie oklepane motywy i w zdecydowanej większości jednowymiarowych bohaterów, którzy nie mają wiele do zaoferowania. "Timeless" jednocześnie udanie podsumowuje, jak wyglądał sezon na piloty przed sezonem 2016/'17. Telewizja NBC od kilku lat w poniedziałek o godz. 22:00 stara się emitować serial z największym potencjałem. Tak było z "The Blacklist" czy też "Blindspot" - produkcjami, które z powodzeniem radzą sobie w ramówce przynajmniej od dwóch lat. W "Timeless" potencjału nie ma i nie spodziewam się, by serial ten przetrwał w ramówce dłużej niż kilka miesięcy.

Jak już wspomniałem we wstępie, "Timeless" to produkcja skupiona na oklepanym motywie podróży w czasie. Wątki z nim związane na bieżąco widujemy w "The Flash" czy "Legends of Tomorrow", ale przecież jednym z prekursorów tematu był Władca Czasu, czyli "Doktor Who". I wiecie co? Bohaterowie "Timeless" mają swoją własną TARDIS. A nawet dwie! Problem w tym, że ten pierwszy statek został porwany przez kryminalistę - Garcię Flynna (Goran Višnjić), który z jego pomocą chce zmienić przeszłość. Trójka głównych bohaterów - pani historyk, pan żołnierz i pan inżynier/pilot - zostaje zrekrutowana przez Departament Bezpieczeństwa i otrzymuje prosty cel - powstrzymanie Flynna. Otrzymują do dyspozycji maszynę do podróży w czasie i ruszają w nieznane (czyli do roku 1937).

W pilotowym odcinku twórcy starali się choć w minimalny sposób zarysować każdą z postaci. Zdecydowanie najlepiej wyszło im to z bohaterką graną przez Abigail Spencer. Głównie dlatego, że Lucy Preston - chodząca encyklopedia historii - jako pierwsza jest świadkiem konsekwencji, jakie następują po zmianach wydarzeń w przeszłości. Poza tym Lucy kupiła mnie nawiązaniem do "Siostry Jackie" i "General Hospital", próbując przekonać do swoich racji jednego z policjantów. Dużo słabiej wypada Matt Latner jako były żołnierz Delta Force - Wyatt Logan. Latnera pamiętam jeszcze z czasów występów w "90210". Cechował się dla mnie niebywałą umiejętnością utrzymywania takiej samej miny i spojrzenia przez 40 minut trwania odcinka. Potwierdzam, że w "Timeless" jest podobnie. Gość jest sztuczny, brak mu charyzmy, a próby złapania chemii z Lucy wypadają nienaturalnie. Ostatni członek ekipy - Rufus (Malcolm Barrett) - to postać niepozorna, ale dużo bardziej naturalna i sympatyczna od Wyatta.

Jak łatwo się domyślić, "Timeless" zachowywał będzie każdego tygodnia proceduralny charakter. W praktyce wygląda to tak, że Flynn korzysta ze swojego wehikułu czasu, by przenieść się w przeszłość, a bohaterowie podążają za nim i starają się mu przeszkodzić. Na szczęście twórcom udało się w większości scen przemycić główne wątki, do których nawiązywać będą w każdym odcinku. Osobiście podoba mi się również fakt, że w wyniku działań Flynna i trójki dzielnych herosów teraźniejszość faktycznie zostaje nadpisana. Ostatnia scena w domu Lucy to chyba najlepszy i najbardziej zaskakujący moment pilota.

W pierwszym odcinku twórcy postanowili oprzeć całą historię na katastrofie sterowca Hindenburg, który w 1937 roku rozbił w New Jersey po trzydniowej podróży z Frankfurtu. Nie przeczę - pomysł okazał się ciekawy, ale z wykonaniem było nieco gorzej. Komputerowe sceny pokazujące sterowiec wypadły blado szczególnie przy tym, co dziś potrafią wykreować efekty specjalne. Trochę szkoda, bo przecież pilotowy odcinek powinien mieć największy budżet. Katastrofa sterowca (choć ostatecznie doszło do niej w nieco inny sposób, przez co historia została "nadpisana") również wykonana została przeciętnie. Wygląda na to, że "Gra o tron" ze swoimi efektami specjalnymi zbyt mocno mnie rozpieściła i dziś efekty specjalne w telewizji ogólnodostępnej wyglądają dla mnie po prostu brzydko. Twórcy nieszczególnie postarali się też przy odwzorowywaniu realiów lat 30. poprzedniego stulecia. Stroje i kilka ujęć na starsze samochody to niestety niewiele, ale trudno oczekiwać cudów - w kolejnym odcinku trójka bohaterów przeniesie się zapewne do lat 60., a następnie w czasy zimnej wojny, co skutecznie uszczupli budżet.

Wtórność to dla mnie jeden z największych grzechów współczesnej telewizji. Nie tak dawno podróże w czasie oglądałem w takich serialach jak "12 małp", "11.22.63", a za chwilę pojawią się w "Time After Time" czy "Frequency". Nie za wiele tego? "Timeless" powiela schematy niemal z każdego serialu, który wymieniłem w tej recenzji. Nie oferuje niczego nowego, a pod względem fabularnym jego konstrukcja jest zaskakująco banalna. Dlatego też stanowczo odradzam Wam sięganie po nowy serial NBC. To nie jest produkcja, dla której warto tracić czas. Jeśli lubicie podróże w czasie, jestem przekonany, że w telewizji znajdziecie coś dużo lepszego. Polecam zacząć od "Doktora Who".

REKLAMA