Niebo to takie miejsce na ziemi. Recenzja "San Junipero" - 4. odcinka 3. sezonu "Black Mirror"

Co jakiś czas zdarzają się w "Black Mirror" odcinki pod każdym względem niezwykłe, w których doskonałe jest wszystko, z samym konceptem na czele. "San Junipero" to właśnie taki odcinek. Ogromne spoilery!

"San Junipero" to dla mnie odcinek wyjątkowy, po części pewnie dlatego, że to od niego zaczęła się moja przygoda z 3. sezonem "Black Mirror", a działo się to w lipcu, zanim jeszcze Netflix ogłosił datę premiery. Wtedy mieliśmy przyjemność go obejrzeć, a dzień później rozmawialiśmy z Charliem Brookerem i Annabel Jones, twórcami serialu. Siłą rzeczy wywiad w dużej mierze dotyczy tego odcinka - innych po prostu jeszcze nie znaliśmy - ale nawet gdybyśmy zobaczyli wtedy całość, prawdopodobnie i tak wciąż byśmy powracali do "San Junipero". Bo to i przenosiny do Ameryki, i podróż w przeszłość, i powiew optymizmu, i na dodatek jeszcze wyraźny sygnał, że budżet się zwiększył - spójrzcie tylko na klimat, muzykę, nazwiska w obsadzie!

Przede wszystkim jednak "San Junipero" to jedyny w tym sezonie odcinek, który wyszedł absolutnie doskonale, pod każdym względem. Charlie Brooker, życiowy pesymista, ateista i wielki propagator sarkazmu w brytyjskim wydaniu, przedstawił nam wizję wirtualnego życia po życiu, która ma w sobie coś podnoszącego na duchu, ale nie bez makabrycznej nutki. I umieścił ją w zadziwiająco konkretnym miejscu - wymyślonym kalifornijskim miasteczku, w którym można spędzić wieczność, oddając się wakacyjnym rozrywkom. Nie ma Boga, nie ma żadnych komplikacji, nie ma pytania, czy aby na pewno nie nagrzeszyłeś w życiu za dużo, żeby tam trafić. To raj. Utopia. Pełna szczęśliwość, zero konsekwencji.

O tym, że rzeczywistość jest dużo bardziej skomplikowana, niż wygląda na pierwszy rzut oka, przekonujemy się, kiedy Kelly (Gugu Mbatha-Raw) wyrzuca w emocjach całą swoją historię. W przeciwieństwie do Yorkie (Mackenzie Davis) ona już miała swoje niebo na ziemi i nie planuje spędzić wieczności na wesołym cmentarzysku. Bardzo różne historie obu dziewczyn - czy jak kto woli, umierających starszych pań - czynią zakończenie, a tym samym i cały odcinek, raczej słodko-gorzkim niż szczęśliwym. Dla Yorkie, której życie skończyło się, zanim się zaczęło, San Junipero to absolutne spełnienie marzeń. Miejsce, gdzie może być sobą, i nikt jej więcej nie powie, że coś z nią jest nie tak. Kelly, która w kalifornijskim raju odkrywa swoje drugie ja, traktuje to zupełnie inaczej. Dla niej wieczne imprezowanie nie jest synonimem szczęścia, jest wyborem mniejszego zła, życiem po życiu, któremu dała szansę, choć sama nie wie, czy nie powinna była jednak pójść za zmarłym mężem i córką w nicość. A zrobiła to, bo jeśli w coś wierzy, to w prawdziwą miłość, która może nas spotkać, nawet jeśli już raz przeżyliśmy prawdziwą miłość.

I to właśnie ta miłość, połączona z bajkową scenerią oraz idealnie dopasowaną piosenką "Heaven Is a Place on Earth" Belindy Carlisle, która spaja całość klamrą, powoduje, że dostrzegamy w tej historii więcej optymizmu, niż prawdopodobnie powinniśmy. Bo przecież nikt nam tu nie obiecał ostatecznego i bezproblemowego happy endu. Każda miłość może się kiedyś skończyć i każdy, nawet wyglądająca na przeszczęśliwą Yorkie, w końcu może mieć dość spędzania wieczności w miejscu, które na pozór wygląda niesamowicie atrakcyjnie, ale w którym tak naprawdę nic nie ma głębszego znaczenia. Z drugiej strony - czym to się różni od wizji chrześcijańskiego raju, w którym przecież też nasze przyjemności mają być kompletnie bezproblemowe i trwać wiecznie?

Bardzo przewrotny jest ten happy end, bo długo można by się zastanawiać nad tym, czy rzeczywiście komukolwiek poza Yorkie takie San Junipero może dać coś na kształt szczęścia i czy to szczęście faktycznie może być wieczne. Zresztą już sama wizja luksusowego domu spokojnej starości czy też hospicjum, w którym można za pieniądze mieć wszystko, włącznie z możliwością wybrania się w dogodnej chwili na "tamten świat", sprawia, że ciarki człowieka przechodzą. Jestem sobie w stanie wyobrazić tysiąc możliwych scenariuszy, w których Charlie Brooker traktuje swoich bohaterów wyjątkowo okrutnie za to, że zbudowali tak przerażającą rzeczywistość. Brytyjski twórca wybrał tymczasem ten jeden, jedyny scenariusz, w którym wszystko skończyło się w sumie całkiem dobrze. Kpina w żywe oczy, prawda?

Na niezwykłość "San Junipero" składa się jednak nie tylko błyskotliwy koncept, o którym można by dyskutować i dyskutować (co poczuliście, kiedy zobaczyliście na samym końcu, jak to "miasteczko" wygląda naprawdę? Czy też mieliście wrażenie, że jego mieszkańcy mają w sobie tyle radości życia co zombie? Czy cokolwiek by Was skłoniło do wybrania takiej opcji? Itp., itd.), ale także bezbłędna konstrukcja odcinka, wyśmienite aktorstwo obu pań, bez mała magiczny klimat i ścieżka dźwiękowa, na jaką pewnie nie byłoby stać niejednego serialu muzycznego.

Charlie Brooker na początku wrzuca nas w środek historii, która wygląda na wakacyjny romans z twistem, tylko gdzie jest ten twist? To odkrywamy dopiero z czasem, kiedy pojawia się coraz więcej i więcej informacji. Pytaliśmy Brookera o to, skąd wie, ile kiedy należy ujawnić, i powiedział, że w żadnym razie tego nie wie, po prostu za każdym razem próbuje zgadywać. Tutaj zgadł wszystko idealnie. "San Junipero" to absolutna perfekcja, cudeńko, które nie tyle każe się podziwiać, co po prostu sprawia frajdę, i to niemal bez wysiłku. To historia, która od pierwszej chwili wciąga, zastanawia, budzi tysiąc pytań i zachwyca lekkością, z jaką płynie, zmieniając po drodze konwencje, szaty i style muzyczne.

Mamy więc romans, który przeradza się w zastanawiające podróże w czasie, które z kolei prowadzą do stopniowego odsłaniania kart i wyjaśniania, jak funkcjonuje tytułowe miasto duchów. I to wciąż nie wszystko, bo "San Junipero" mogłoby być pustą błyskotką, gdyby nie emocjonalny wybuch na końcu, który wyjawił nam całą prawdę o Kelly i Yorkie. I kurcze, jakie świetne są Gugu Mbatha-Raw i Mackenzie Davis w finałowych scenach odcinka! A przecież niesamowitą chemię między nimi widać od samego początku, od tego wdzięcznego momentu, kiedy spławiają razem Wesa, oznajmiając mu, że Yorkie zostało sześć, przepraszam, tak właściwie pięć miesięcy życia. Czy ktokolwiek z nas, w momencie kiedy one odstawiły tę szopkę niecałą minutę po tym jak się poznały, pomyślał, że rzeczywiście ta dziewczyna umiera?

"San Junipero" to tak skomplikowana układanka, że jestem sobie w stanie wyobrazić tysiąc rzeczy, które mogły tu pójść nie tak i tym samym zepsuć całość. Tymczasem stał się cud: zakochałam się w tej historii w momencie, kiedy zobaczyłam słodką, zagubioną Mackenzie Davis w wielkich okularach, i nic się nie zmieniło aż do samego końca. Bo ta godzina "Black Mirror" to czysta magia - szczyt subtelności i wyrachowania jednocześnie. Charlie Brooker, niczym iluzjonista doskonały, połączył ze sobą kilka zupełnie różnych gatunków i stylistyk, zmieszał przyszłość z przeszłością, odwołał się do naszej nostalgii i tęsknot za tym, czego nie mamy i mieć nie będziemy, zafundował nam muzyczną ucztę - w odcinku usłyszeliśmy m.in. hity INXS, Roberta Palmera, Simple Minds i Alanis Morissette - a na koniec jeszcze zrzucił na to wszystko emocjonalną bombę. Po czym oznajmił z szelmowskim uśmiechem, że hm, on tak tylko sobie pomyślał, iż zabawnie byłoby zrobić odcinek osadzony w Kalifornii z lat 80. Jeśli tak powstaje doskonałość, to ja już nie mam więcej pytań.

A najlepsze jest to, że ta historia nie jest sztuką dla sztuki, ona od pierwszej do ostatniej minuty działa również, a może przede wszystkim, na poziomie emocjonalnym. Często zdarza nam się oglądać idealnie zrealizowane perełki, które doceniamy się za świetny koncept i bezbłędny scenariusz, by po zastanowieniu stwierdzić, że "czegoś" jednak zabrakło i w efekcie całość wydaje się pusta. W "San Junipero" nie brakowało niczego, niczego też nie było w nadmiarze. Opowieść o niebie na ziemi 'a la "Black Mirror", przy całej swojej bajkowości i odrealnieniu, wydawała się równie prawdziwa i naturalna, co romans obu dziewczyn i towarzyszące mu emocje. Był śmiech, były łzy, były subtelności ukryte w słowach i poza nimi - i różnego rodzaju wybuchy też były. A wszystko to zwieńczono zadziwiającą eksplozją radości w finałowych scenach.

Charlie Brooker często podkreśla w wywiadach, że "Black Mirror" nie jest zapisem jego paranoi związanej z nowymi technologiami. To opowieść o ludziach - ludzkich emocjach, ludzkiej głupocie, pysze, braku wyobraźni, mentalności tłumu. W 99% przypadków gorzka, mroczna, przerażająca jak diabli i bez mała genialna. Podoba mi się odkrycie, że ten bardziej słoneczny 1% też istnieje i potrafi zachwycić tak samo, jeśli nawet nie bardziej. I aż się boję pytać, co jeszcze potrafi wymyślić najbardziej zaskakujący z brytyjskich twórców.

Bo choć nie wszystkie odsłony 3. sezonu "Black Mirror" podobały mi się w tym samym stopniu - a w porównaniu do "San Junipero" praktycznie każda inna historia wygląda na może i dobrą, ale nie aż tak - już się nie mogę doczekać kolejnego takiego "małego festiwalu filmowego" w wykonaniu Brookera i spółki. Jeden z najmroczniejszych i najbardziej pokręconych seriali ostatnich lat po przejęciu przez Netfliksa zrobił duży krok w stronę mainstreamu i w tym przypadku jest to świetna wiadomość. Bo nawet jeśli nic już nie zwali nas z nóg tak jak kiedyś seks nieszczęsnego premiera ze świnią, jakoś to zaakceptuję, wiedząc, że obecność serialu na Netfliksie oznacza nieograniczone dostawy Brookerowej magii.

A skoro w jego głowie narodziła się tak nietypowa wariacja na temat "Heaven Is a Place on Earth" jak ta, którą właśnie zobaczyliśmy w "San Junipero", chcę bez końca oglądać to wszystko, co jeszcze tam można znaleźć.

REKLAMA