Z bajki w rzeczywistość. Recenzja finału 1. sezonu "Atlanty"

"Atlanta" (Fot. FX)

0

Tak niecodzienny serial jak "Atlanta" nie mógł skończyć się w typowy sposób. I rzeczywiście, finałowy odcinek w niczym nie przypomina zakończenia, którego moglibyśmy się spodziewać. Spoilery.

"The Jacket" to finał, który jednocześnie absolutnie do takiej roli nie pasuje i paradoksalnie bardzo dobrze się w niej sprawdza. Odcinek mógłby w gruncie rzeczy zostać umieszczony gdzieś w środku sezonu i nie miałoby to żadnego wpływu na ciągłość fabularną (która w przypadku tego serialu jest bardzo umowna), ale też z pewnością jego konkluzja nie działałaby wtedy równie dobrze, jak na samym końcu. Poza nią jednak cała reszta nijak do typowego finału nie pasuje – nie ma tu wielkiego zamknięcia wątków, scenariuszowych fajerwerków czy choćby cliffhangera. Jest za to dziwna podróż mocno wczorajszego Earna (Donald Glover) w poszukiwaniu kurtki.

W pewnym sensie finał jest więc całym sezonem w pigułce, bo ten przypominał przecież snucie się bez wyraźnego celu, przedstawiając nam kolejne dziwne sytuacje, jakie spotykały Earna i resztę towarzystwa. "The Jacket" opiera się na podobnym schemacie, ale tym razem stawia bohatera przed konkretnym zadaniem – odzyskać zagubioną podczas imprezowej nocy kurtkę. Czemu jest ona taka ważna, okazuje się na końcu i jest to naprawdę błyskotliwe podsumowanie.

Zanim jednak do niego dojdziemy, czeka nas wycieczka rozpoczęta w mieszkaniu bliżej nieznanego kumpla, prowadząca przez klub ze striptizem i polowanie na jeżdżącego Uberem dilera, a zakończona w zaskakująco spokojny sposób (zwłaszcza biorąc pod uwagę, że po drodze Darius zjadł dwa skręty). W sumie nic, do czego nie mogliśmy się przyzwyczaić w ciągu całego sezonu. Kilka zupełnie nieprzewidywalnych, mocno absurdalnych sytuacji prowadzących do rozwiązania, którego nie dałoby się w żaden sposób przewidzieć, to już swego rodzaju znak rozpoznawczy "Atlanty".

atlanta2

W niczym to jednak nie umniejsza przyjemności oglądania tego, dokąd tym razem niezwykłe zrządzenie losu zaprowadzi Earna, a przy okazji nas, bo serial FX potrafił na przestrzeni sezonu zaskakiwać w absolutnie fantastyczne sposoby. Po pewnym czasie można było już przywyknąć do faktu, że w każdym odcinku stanie się coś niezwykłego, ale przewidzieć co dokładnie? Nic z tego. Finał nie ustępuje pod tym względem poprzednikom, a przyznaję, że pobić takie pomysły jak czarny Justin Bieber, przedziwny talk show z udziałem jednego z bohaterów czy niewidzialny samochód (!), to rzecz dość trudna. Tym bardziej doceniam zakończenie tego sezonu, bo nie dość że okazało się odpowiednio zaskakujące, to przy okazji było bardzo ludzkie i po prostu silnie emocjonalne.

Zwłaszcza ten ostatni element zrobił tu szczególnie dobre wrażenie, bo przypomniał, że "Atlanta" to, przy całej swojej niecodzienności, przede wszystkim serial o prawdziwych ludziach. Nawet jeśli tkwią oni w mocno surrealistycznej rzeczywistości. Historia Earna i reszty potrafiła w niezwykły sposób połączyć te dwa światy, dzięki czemu całość sprawia wrażenie jednocześnie oderwanej od ziemi, jak i bardzo mocno trzymającej się, by nie odlecieć za daleko. Zakończenie sezonu, zarówno melancholijne, jak i na swój sposób optymistyczne, pasuje do tego jak ulał, zostawiając nas w słodko-gorzkim nastroju, który towarzyszył nam przez cały czas.

Raczej nie nazwałbym "The Jacket" najlepszym odcinkiem w sezonie, kilka innych zrobiło na mnie większe wrażenie, ale bez wątpienia finał był niezwykle istotny dla tej historii. Pokazał bowiem, że jej poprzednie odsłony czemuś służyły i nie były tylko absurdalnymi wstawkami bez większego znaczenia. Praktycznie w każdym odcinku (poza "B.A.N.") obserwowaliśmy, jak Earn powoli ewoluuje i staje na nogi. Raczej emocjonalnie niż finansowo, ale zawsze. Pamiętacie jeszcze, jak bardzo zdesperowany był ten facet na samym początku? Bez dachu nad głową i sensownej pracy, z litości przyjmowany przez kobietę, z którą ma dziecko. Przesadą byłoby stwierdzenie, że teraz jest panem świata, ale wyraźnie coś uległo zmianie. Wizyta u Vanessy (Zazie Beetz) nie jest już błaganiem o pomoc, ale spełnianiem swojego obowiązku jako ojca i chłopaka. Earn wreszcie robi, co do niego należy, a przecież jeszcze wręczył dziewczynie trochę "tych rzeczy, których zawsze potrzebowali"! Pewnie, to ciągle mało, lecz było w tym geście coś naprawdę przekonującego. Coś świadczącego o tym, że Earn jest na dobrej drodze ku dorosłości i wreszcie odzyskuje kontrolę nad swoim życiem.

atlanta3

Tym większe wrażenie zrobiło na mnie zakończenie wyjaśniające tajemnicę kurtki, a raczej ukrytego w niej klucza. Widok Earna wchodzącego do garażu mówi bardzo dużo o tym, jak daleko zaszedł ten bohater w czasie, gdy my obserwowaliśmy kolejne dziwne wydarzenia. Nie chodzi tu wartości stricte materialne, bo trudno uznać za sukces spanie w klitce, ale sam fakt, że jest takie miejsce, a Earn może do niego wrócić. Desperacja, z jaką przez cały odcinek szukał kurtki, dopiero w tym momencie nabrała sensu – bez niej nie mógłby wejść do garażu, musiałby znów spać u Vanessy lub Alfreda, nic by się nie zmieniło. Tymczasem zmianie uległo bardzo wiele, przede wszystkim u samego Earna, w sposobie, w jaki o sobie myśli i spogląda na własne życie. Brzmi to absurdalnie, wszak mówimy o człowieku mieszkającym w schowku magazynowym, ale jakże ta sytuacja pasuje do "Atlanty"! Gdy Earn kładł się na materacu i jeszcze wyciągał z buta zaskórniaki, czułem, jakby dokonał czegoś szczególnego. Z niewieloma postaciami zżyłem się tak mocno.

A to wszystko w serialu, który przez większość czasu był kpiną. Wyrafinowaną, momentami piekielnie inteligentną, ale jednak kpiną. Finał też przecież taki był, bo podróż przez ulice Atlanty w poszukiwaniu kurtki prowadziła nas od jednej niedorzeczności do drugiej. Takie sceny, jak rozmowa ze striptizerką czy polowanie na niejakiego Fidela, to prawdziwe cudeńka, które nigdzie indziej by nie pasowały, ale tutaj sprawdziły się idealnie. To, co sprawia, że "Atlanty" nie da się zamknąć w prostych słowach, ukryte jest jednak między nimi. Choć to na pozór banalny serial, zlepiający ze sobą szereg bezsensownych scenek, potrafi powiedzieć o ludziach i życiu więcej, niż wiele przegadanych dramatów. Zamienia surrealistyczną bajkę w opowieść z życia wziętą, potrafiąc przy tym nadal doskonale bawić. Unika jednocześnie jakichkolwiek schematów, nawet w kwestii przedstawienia postaci pozostawiając wiele niedopowiedzeń. Jakimś, sobie tylko znanym sposobem, potrafi w tym "niecnierobieniu" przekazać zadziwiająco dużo treści i opowiedzieć o bohaterach, którym zwyczajnie chce się kibicować, choć trudno właściwie powiedzieć o nich cokolwiek sensownego. Jeśli to nie jest ekranowa magia, to nie wiem, jak inaczej można ją zdefiniować.