Kapusta, cebula i jazz. Recenzja "Close to the Enemy" – nowego serialu BBC w świetnej obsadzie

"Close to the Enemy" (Fot. BBC)

0

Seriali, które dobrze wyglądały na pierwszy rzut oka, ale przy bliższym kontakcie traciły na uroku, było już całe mnóstwo. Brytyjski "Close to the Enemy" uzupełnia ich grono. Niewielkie spoilery.

Siedmioodcinkowa produkcja BBC to najnowsze dzieło Stephena Poliakoffa, uznanego brytyjskiego dramaturga, scenarzysty i reżysera, w którym trafiamy do powojennej Anglii, by spędzić trochę czasu wśród powoli wracających do normalności wyspiarzy. Głównym bohaterem jest niejaki Callum Ferguson (Jim Sturgess), oficer brytyjskiej armii działający w ramach tzw. T-Force, jednostki zajmującej się przechwytywaniem wrogiej technologii i naukowców. Zanim będzie mógł w pełni cieszyć się zasłużoną demobilizacją, czeka go jeszcze jedno zadanie – przekonać Dietera Koehlera (August Diehl), niemieckiego specjalistę od silników odrzutowych, do współpracy. Zadanie niełatwe i czasu niewiele, bo na naukowca mają chrapkę inne instytucje, w tym również wydział ścigający zbrodniarzy wojennych.

Historia prezentuje się więc dość nietypowo, uciekając od łatwej i schematycznej opowieści o II wojnie światowej i starając się ugryźć temat z mniej wyeksploatowanej strony. To samo można powiedzieć o sposobie, w jakim poprowadzono narrację, bo tej daleko do trzymającego w napięciu thrillera czy w ogóle stylu typowego dla współczesnej telewizji. "Close to the Enemy" wygląda raczej na przeniesioną na ekran sztukę teatralną, skupiając się na postaciach i specyficznych, rozbudowanych dialogach. Brzmi to wszystko naprawdę obiecująco, ale efekt końcowy trudno jednak uznać za zadowalający.

Zwraca uwagę mnogość wątków i możliwych kierunków, w jakich może potoczyć się ta historia. Po pierwszym odcinku trudno jednoznacznie stwierdzić, do czego zmierzamy, co byłoby zaletą, gdyby nie fakt, że w gruncie rzeczy niespecjalnie mnie to interesuje. "Close to the Enemy" początkowo sprawiało wrażenie wyrafinowanej gry pomiędzy Fergusonem a Koehlerem. Umieszczenie Niemca wraz z niesamowicie głośną córką, Lotte (Lucy Ward), w cudem ocalałym wśród ruin hotelu Connington, zapewnienie im wszelkich dostępnych wygód, wkupywanie się w ich łaski – wszystko wygląda na łagodny sposób przeciągnięcia naukowca na swoją stronę, zanim trzeba będzie użyć innych metod. Relacja między dwoma bohaterami nie otrzymuje jednak wystarczającego wsparcia ze strony scenariusza, bo ten rozdrabnia się na szereg innych historii.

close2

Wątki poboczne są natomiast mocno nijakie, żeby nie powiedzieć po prostu słabe. Przez drugi plan przewija się tłum postaci, które zapamiętuje się głównie ze względu na nazwiska grających ich aktorów, bo poza tym są zbiorem klisz w historycznym entourage'u. Jest węsząca za zbrodniarzami wojennymi Kathy (Phoebe Fox), brat Calluma, weteran wojenny z problemami, Victor (Freddie Highmore), tajemniczy Harold Lindsay-Jones (Alfred Molina), którego intencje pozostają niejasne oraz jazzowa wokalistka Eva (Angela Bassett), która póki co dodaje tylko całości kolorytu. Jakby Wam było mało to, w tle migają jeszcze Alfie Allen (czyli Theon z "Gry o tron") i Robert Glenister. Nie wspominając o paru nienazwanych bohaterach, którzy rozsiewają złowrogą atmosferę.

Uff, dość? A skądże. Trzeba przecież wyraźnie zaznaczyć potencjalny romans, więc twórca dorzuca do tej kotłowaniny jeszcze przyjaciela Calluma, którego narzeczona Rachel (Charlotte Riley) całkiem otwarcie flirtuje z naszym bohaterem. Sami przyznacie, że już w krótkim opisie brzmi to wszystko dość chaotycznie, a po przeniesieniu na ekran wrażenie wcale nie mija. W ciągu zaledwie godziny wprowadzono tyle wątków, że można by nimi obdzielić kilka różnych produkcji, a że czas nie jest z gumy, to każdy potraktowano na tyle pobieżnie, by nie było mowy o szczególnym zaangażowaniu.

"Close to the Enemy" zasadza się więc na aurze tajemniczości, jaka powinna towarzyszyć wszystkim tutejszym wydarzeniom, ale robi to w sztuczny, pozbawiony emocji sposób. Owszem, hotel Connington to miejsce sprzyjające opowiadaniu zagadkowych historii, ale odniosłem wrażenie, że ich bohaterowie są równie żywi, co hotelowe dekoracje. Poliakoff próbuje nadać im pewien specyficzny rys za pomocą odbiegających od banału dialogów, ale przeciąga strunę. Jedna rozmowa z niemieckim naukowcem o sposobie przygotowania kapusty jest intrygującą ciekawostką, ale gdy jedzenie przewija się przez cały odcinek, zaczynam się poważnie zastanawiać, co oglądam. Dramat historyczny czy "MasterChefa" z epoki?

close3

A może to po prostu Jim Sturgess jeszcze nie odżałował skasowania jego poprzedniego serialu, czyli "Feed the Beast" (gotowanie odgrywało w nim dużą rolę)? Nie ukrywam, że nie jestem specjalnym fanem jego talentu i "Close to the Enemy" na pewno mojego zdania nie zmieni. Jego Callum nie posiada absolutnie niczego, co pozwalałoby mu pretendować do roli głównego bohatera. Brak charyzmy, nieustannie prezentowana, lekko ironiczna postawa, która zamiast wzbudzać sympatię, tylko irytuje i w końcu szereg bezsensownych zachowań (to już oczywiście pretensje do twórcy, nie aktora), które sprawiają, że Fergusona trudno nie tylko polubić, ale choćby zainteresować się jego losem.

Tymczasem "Close to the Enemy" zainteresowania potrzebuje jak tlenu, bo to historia, która w stu procentach polega na scenariuszu i jego zawiłościach. Jeśli nie wciągnie Was ona od początku, to wątpię, by udało się to potem. Bo historyczna otoczka, jakkolwiek ładna i klimatyczna (ach, ten jazz!), to dziś już trochę za mało, by przyciągnąć przed ekrany widzów rozpieszczanych coraz to nowymi serialami. Dzieło Poliakoffa stara się jak może, by pokazać nam swoją wyjątkowość, ale robi to brnąc w dziwne i przede wszystkim nudne historie. Choć "Close to the Enemy" posiada kilka zalet, to nie znajduję w nim ani jednego wyróżnika, który sprawiłby, że chciałbym do tej historii wrócić. I to mimo takiej obsady.