Nowe życie. Recenzujemy 5. odcinek 7. sezonu "The Walking Dead"

"The Walking Dead" (Fot. AMC)

Siódmy sezon "The Walking Dead" to póki co zlepek odcinków bardzo dobrych i przeciętnych. W przypadku "Go Getters" mamy do czynienia z tym drugim rodzajem, wnoszącym niewiele do całej historii. Uwaga na spoilery!

Pamiętacie, gdy po zapadającej w pamięć premierze obecnie emitowanego sezonu twórcy "The Walking Dead" postanowili zdecydowanie zwolnić i zabrali nas do Królestwa? W "Go Getters" jest podobnie. Po wizycie Negana i jego ludzi w Alexandrii twórcy proponują, abyśmy dowiedzieli się, co nowego na Wzgórzu – kolonii całkowicie podporządkowanej Zbawcom, ale jednocześnie utrzymującej formalny sojusz z Rickiem i jego grupą. Dzięki temu do serialu po kilku odcinkach nieobecności powraca Maggie – zdecydowanie najbardziej tragiczna postać w całym "The Walking Dead".

Maggie w serialu obecna jest od drugiego sezonu. Jestem pełen podziwu, że twórcy utrzymują ją przy życiu i są w stanie racjonalnie wytłumaczyć fakt, że bohaterka wciąż zachowuje zdrowe myślenie. Przypomnijmy – Maggie widziała śmierć praktycznie całej swojej rodziny na czele z ojcem, Hershelem, zabitym przez Gubernatora. Niedługo później musiała przełknąć śmierć Beth, a całkiem niedawno zgon swojego ukochanego, Glenna. Los jednak się nad nią zlitował i dziecka (jeszcze) nie straciła, choć znając twórców "The Walking Dead", wiele w tym aspekcie może się zmienić. Mimo tak wielkiego ładunku emocjonalnego i utraty najbliższych, Maggie nie zwariowała (a mogła) ani nie popełniła samobójstwa (a mogła). Mało tego, zbiera siły i skupia się na dziecku, które już niebawem powinna urodzić. Nie muszę dodawać, że pomysł na wprowadzenie do świata "The Walking Dead" kolejnego noworodka jest słaby, ale wygląda na to, że scenarzyści już teraz się z niego nie wycofają.

Zaletą "Go Getters" jest na pewno fakt, że fabuła wraca do miejsca ciekawie zarysowanego w poprzednim sezonie, ale jednocześnie posiadającego spory potencjał do wykorzystania. Jesus to postać ciekawa, a końcówka odcinka potwierdza, że twórcy wykorzystają go do dużo ważniejszego celu, niż można było zakładać (choć jego towarzysz w podróży to pomysł nie do końca udany).

The-Walking-Dead-Go-Getters-645x370

Podobał mi się też sposób, w jaki został zarysowany Gregory – paranoik całkowicie oddany Zbawcom, robiący wszystko zgodnie z ich życzeniem. Dosłownie wchodzący im do czterech liter, tylko po to, by dali mu spokój. W sposobie pokazania Gregory'ego zaczynałem wyczuwać celowość i porównania do Ricka, który również "łamany" jest przez Negana w podobny sposób, a całkowite oddanie Zbawcom doprowadzi go do bardzo podobnej sytuacji. Mam po cichu nadzieję, że tak się jednak nie stanie, choć krótka wstawka z Rickiem w Alexandrii wybywającym "na północ" po zapasy zdaje się temu zaprzeczać.

Z jednej strony dobrze, że twórcy nie ograniczyli się tylko do wątku Wzgórza i pokazali też wstawki z Alexandrii. Był to jednak tylko pretekst do pogłębienia relacji Carla i Enid. Tego wątku zdecydowanie nie kupuję i równie dobrze mogłoby go nie być. Enid mogła sama wybrać się w wycieczkę do Wzgórza, by wspomóc Maggie. Z kolei Carl mógł zostać w Alexandrii zgodnie z nakazem ojca, a nie pakować się do ciężarówki jadącej prosto do miejscówki Negana (niestety, Jesus musi mieć towarzysza, o którym wspomniałem wyżej). Zdaję sobie sprawę, że wątkiem Carla i Enid twórcy próbują pokazać, uż w ponurym świecie pełnym zombie jest miejsce na nastoletnią miłość i…jeżdżenie na wrotkach. Problem w tym, że to wszystko wypada sztucznie. Są rzeczy, które do tego świata nie pasują i to właśnie tego typu historia. Infantylna, denerwująca i odwracająca uwagę od poważniejszych spraw.

Mam też wrażenie, że w "Go Getters" twórcy oszczędzili trochę budżetu. Wzgórze wyglądało na wymarłe. W scenach z Maggie czy z Jesusem praktycznie nie widać było mieszkańców, a Jesus do spółki z Saszą i nacierającą na traktorze Maggie bez problemu poradzili sobie z atakiem zombie. A gdzie reszta? Gdzie strażnicy? Gdzie ludzie odpowiedzialni za ochronę swojego domu? A już najbardziej rozbawiła mnie sytuacja, w której Zbawcy wdarli się do domu Gregory'ego. Było ich kilkudziesięciu, co przy obecności jedynie Gregory'ego i Jesusa (a także dwóch innych statystów) wyglądało źle. Większość dialogów kręconych było w zamkniętych pomieszczeniach, ewentualnie przy grobach ukrytych na tyłach domu przywódcy. W efekcie dało się odczuć, że coś tu nie gra. Nawet sceny akcji z inwazją zombie, a także przejażdżka samochodem Carla wypadły biednie na tle choćby tego, co widzieliśmy w poprzednim sezonie.

Narzekam nieprzypadkowo. Nie potrafię polubić odcinków "The Walking Dead" robionych po łebkach. Wracam więc do początku, gdzie wspominałem, że siódmy sezon serialu AMC dzieli się na odcinki bardzo dobre, bogate w treść i angażujące widza oraz te przeciętne. Ze scenariuszem pisanym na kolanie, z historia niewiele wnoszącą do całego serialu, z przeciętnymi dialogami i z realizacją "po kosztach", co wyraźnie widać przynajmniej w kilku scenach pokazywanych w "Go Getters". A najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że ludzie i tak oglądać będą serial dalej. Bo tego typu odcinki jak ten dzisiejszy łatwo jest przełknąć i o nich zapomnieć, co sobie i Wam polecam. Było, minęło.

Już za chwilę koniec pierwszej połowy sezonu i oby tegoroczny finisz był lepszy od nijakiego "Go Getters".

REKLAMA