Zimowe impresje. Recenzja 1. odcinka "Gilmore Girls: A Year in the Life"

"Gilmore Girls" (Fot. Netflix)

0

Doczekaliśmy się! Nowy sezon "Gilmore Girls" rozpoczął się odcinkiem, w którym nie wiadomo czego jest więcej - śniegu czy bałaganu. Ale nie ma wątpliwości, że jest to nasz ukochany bałagan. Spoilery!

Skoro mamy rok 2016, to znaczy, że odcinki "Gilmore Girls" trwają po 90 minut i wcale nie przypominają filmów kinowych, tylko jeden wielki chaos, zawierający wszystko to, co uwielbialiśmy kiedyś, wrzucone do jednego worka i pomnożone razy dziesięć. A ów chaos w "Winter" poprzedza coś jeszcze gorszego – wrażenie straszliwej sztuczności, które towarzyszyło mi przez mniej więcej pierwszy kwadrans. Może to altanka, może to śnieg, może światełka, a może fakt, że pierwsze dialogi, zawierające m.in. odniesienia do "Zoolander 2" i "Nędzników", a później także Supermana i Bena Afflecka, nie miały w sobie dawnej naturalności, mimo że napisane były znakomicie. Oczywiście, kiedy panie oznajmiły, że "nie robiły tego od jakiegoś czasu" i że to "przyjemne uczucie", od razu zrobiło się cieplej na sercu. Ale też pojawiła się obawa - co jeśli Lauren Graham i Alexis Bledel nie odzyskają dawnej chemii i w końcu będą musiały zacząć spożywać kawę, pączki i chińszczyznę w milczeniu? Zwłaszcza ta druga na samym początku wydaje się mieć problem z szybkim i naturalnym wygłaszaniem typowych gilmorowych spostrzeżeń na tematy wszelkie (a te są napisane znów genialnie, jak w pierwszych sezonach). Na szczęście im dalej w las, tym jest lepiej, a kiedy "Winter" się kończy, właściwie już nie pamięta się przeciętnego początku.

Uczucie przesytu niestety pozostaje, by zniknąć dopiero wiosną. Cóż, takie już uroki powrotów do przeszłości. Pisałam już o tym w środę w przedpremierowej recenzji i właściwie nie mam nic więcej do dodania. To, co zrobili Amy Sherman-Palladino i Daniel Palladino, było strasznie trudne. Po prawie dziesięciu latach musieli odtworzyć dawny klimat, sprawiając przy tym, żebyśmy nie mieli poczucia, iż wylądowaliśmy w skansenie, napisać dla każdej postaci satysfakcjonującą historię i jeszcze ogarnąć ogromną obsadę aktorską, która też nie miała styczności przez dekadę z tym jedynym w swoim rodzaju światem. To jest bardzo, bardzo trudne i pewnych problemów po prostu uniknąć się nie dało. Są więc na początku zgrzyty, ale ani przez moment nie ma wrażenia, że mamy do czynienia czy to z porażką, czy to ze skokiem na fanowską kasę. To nasze urokliwe, zabawne i ciepłe "Gilmore Girls", tyle że w trochę słabszej formie niż za najlepszych czasów.

Stars Hollow zostało odbudowane od zera, więc można się nieźle zdziwić, zobaczywszy, jak niewiele tam się zmieniło. Największa zmiana to szczupła sylwetka panny Patty (Liz Torres), wszyscy inni wyglądają i zachowują się dokładnie tak jak kiedyś. Luke (Scott Patterson) wciąż serwuje kawę, zrzędząc na zwyczaje klientów i zabraniając im wszystkiego co nowoczesne i hipsterskie. Lane (Keiko Agena) dalej gra na perkusji i jest żoną Zacka (Todd Lowe) oraz mamą bliźniaków. Kirk (Sean Gunn) jak szalał z nowymi pracami, tak szaleje - ciągle brzmi mi w uszach przerażające słowo "Öööber"! - a dodatkowo towarzyszy mu teraz mała świnka o imieniu Petal, która stanowi erzac dziecka. Taylorowi (Michael Winters) marzy się kanalizacja na miarę XXI wieku. Swoje robi także miejski bard, Gypsy, Babette i wszyscy, dosłownie wszyscy. Banda cudownych ekscentryków pozostała sobą, a na twarzach aktorów wręcz maluje się radość, że znowu mogą się wcielać w te postacie.

gilmore03

A co nowego u pań o nazwisku Gilmore? Sytuację życiową 32-letniej Rory poznajemy krok po kroku. Ciągle jest w biegu, łapie a to samoloty, a to zasięg w telefonie, i to wcale nie jest tak, że wróciła po latach do Stars Hollow. Ona nigdy ze Stars Hollow się nie pożegnała, po prostu znikała na krótsze bądź dłuższe okresy. Teraz zrezygnowała już ze swojego stałego mieszkania w Brooklynie i żyje na walizkach, zostawiając pudła z rzeczami, a to u mamy, a to u Paris, a to u Lane, a to u babci, a to... uff, do Londynu dojdziemy za chwilę. Rory mówi, że jej to odpowiada i że to dobry moment, aby nie zapuszczać korzeni, ale szybko okazuje się, iż za tą jej gonitwą po świecie stoi coś więcej – niemożność znalezienia sensownej pracy.

Ten totalny bałagan bez żadnych granic, jakim stało się życie Rory, przez większość czasu obserwowałam z mieszanką uśmiechu i zrozumienia. Jej perypetie związane z pracą w mediach są dość realistyczne - może pomijając to, że ciągle ją stać na podróże samolotami przez Atlantyk, no ale z drugiej strony nie musi płacić nigdzie za mieszkanie - i pasują do niej. Ta dziewczyna zawsze była przesadnie ambitna, więc praca dla tytułu, który nie jest prestiżowy, nie wchodzi w grę, podobnie jak pisanie mało znaczących tekstów do internetu, tylko po to, by mieć z czego opłacić rachunki. "The New Yorker", Slate, "The Atlantic", "GQ" - to są tytuły, które ją interesują. A że tradycyjne dziennikarstwo umiera, Gilmorówna zaczyna mieć problem z zaspokojeniem jednocześnie ambicji i potrzeb finansowych. Jest w tym rzeczywiście dużo gorzkiej prawdy i o pokoleniu dzisiejszych trzydziestolatków, którzy nie potrafią znaleźć sobie miejsca i coraz częściej wracają do rodziców, i o tym, jak zmieniło się dziennikarstwo na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat.

To dołujący temat, ale nie w "Gilmore Girls", które serwuje go z lekkością i wdziękiem, bombardując nas tysiącem żartów na minutę. Jedną z gwiazd pierwszego odcinka jest więc zagubiona bielizna Rory oraz tajemniczy "szczęśliwy strój". Poszukiwania jednego i drugiego świetnie puentuje Lorelai, tak że od razu zapominamy o powadze sytuacji i skupiamy się na jej zdecydowanie niepoważnych aspektach.

Zwłaszcza że gdziekolwiek Rory nie trafi, tam jest śmiesznie. Tak, mam na myśli Londyn i panią Naomi Shropshire (Alex Kingston). Żona Doktora w "Gilmore Girls" jest prawdziwie barwną postacią - ikoną feminizmu, która gubi buty i własne myśli, a do tego ma nieprzeciętny pociąg do alkoholu i jeszcze większe zamiłowanie do podbierania mężczyznom tego wszystkiego, do czego kiedyś kobiety nie miały prawa. Na pierwszy rzut oka ona i Gilmorówna wydają się być duetem idealnym, który razem będzie w stanie przenosić feministyczne góry, świetnie się przy tym bawiąc.

A przy okazji Rory może bywać w Londynie i pomieszkiwać u swojego byłego faceta Logana (Matt Czuchry), płacąc seksem za dach nad głową w ramach układu, który najwyraźniej w tym momencie pasuje im obojgu. Hmmm... Bałagan, przyznacie, straszny, ale powiedzcie, że nie podskoczyliście z radości, widząc na ekranie Logana. Mnie jego widok ucieszył bardzo, podobnie jak to, że Rory zdecydowanie już nie jest grzeczną dziewczynką. Ma to niewątpliwie swój urok, ale też czuje się, że coś jest nie tak, kiedy ona z taką łatwością okłamuje mamę, wmawiając jej istnienie brytyjskiej koleżanki o niecodziennym imieniu. Takie sytuacje już z nią przerabialiśmy i wiemy, jak to się prędzej czy później skończy.

Na tym jednak nie koniec. "Co się wydarzyło w Vegas, zostaje w Vegas" byłoby dużo bardziej fajne i ekscytujące, gdyby nie to, że i Logan, i Rory zdradzają swoich obecnych partnerów życiowych, nic sobie z tego nie robiąc. Tak, powracający żart o chłopaku, który jest jak wszystkie filmy Marvela - wszyscy natychmiast o nim zapominają – bawi jak diabli. Ale ma też w sobie dużą dozę okrucieństwa, w końcu Paul (Jack Carpenter) jest facetem Rory od dwóch lat i wydaje się być zaangażowany w ten związek po uszy, a ona traktuje go gorzej niż kiedyś Deana. Przyznaję, że śmiałam się, kiedy kolejni bohaterowie kompletnie nie wiedzieli, kim jest Paul, choć przecież go poznali wcześniej. Koniec końców jednak uważam, że zachowanie Rory jest bardziej paskudne niż urocze, a i ta lekkość, z jaką dosłownie wszyscy traktują kpienie z uczuć tego miłego młodego człowieka, w końcu stała się irytująca. Biedny Peter! Yyy, przepraszam, Paul...

gilmor03

Perypetie Rory, pomimo wyraźnie zaznaczonej dramatycznej nutki, zapowiadającej, że za chwilę coś się tutaj posypie, raczej bawiły niż wyciskały łzy, zaś dokładnie na drugim biegunie znalazła się historia Emily (Kelly Bishop). Ona straciła męża, Richarda, zaś aktorzy i twórcy stracili Edwarda Herrmanna. To musiało wiązać się z ogromnymi emocjami, ale kto by pomyślał, że w żałobie znajdzie się miejsce na aż tak dużą dawkę humoru, i to niekoniecznie wisielczego? Sceny z pogrzebu i związana z nimi wojna, która wybuchła pomiędzy Emily i Lorelai, to najlepsza część odcinka "Winter". O ile oglądając zimowe Stars Hollow, można było mieć wrażenie sztuczności, pustka po śmierci kogoś bliskiego, "Time" Toma Waitsa na pogrzebie i łzy w oczach aktorów to najbardziej prawdziwe rzeczy na świecie. A i pogrzebową tragifarsę udało się pokazać bezbłędnie. Łatwo sobie wyobrazić, że Lorelai po dwóch dniach głodówki mogła zrobić coś kompletnie głupiego i że Emily mogła to potraktować jak wypowiedzenie wojny, choćby po to, żeby zająć się wrzeszczeniem na córkę i zagłuszyć choć na chwilę własny ból. Ciąg dalszy to już katastrofa, która, przy całej swojej absurdalności, prezentuje się wiarygodnie. W końcu to się zaczęło na pogrzebie Richarda, kiedy żadna z nich nie panowała w ogóle nad swoimi emocjami.

Łzy, kłótnia, podczas której wyciągnięte zostały największe działa – i to po obu stronach – i cztery miesiące milczenia. Lorelai i Emily rzeczywiście zatoczyły pełne kółko i jak zwykle to córka będzie tą, która wyciągnie rękę jako pierwsza, bo choć naprawdę ma już dość, rozumie, że jej matka przeżywa jeszcze większy koszmar niż ona. W końcu została całkiem sama, w pustym domu, gdzie biega tylko jakaś dziwna rodzina, mówiąca w niezrozumiałym języku, tylko trochę przypominającym hiszpański.

Perypetie związane z pogrzebem i śmiercią Richarda uderzają w "Winter" najmocniej, ale to nie znaczy, że prowadzą widzów prosto na dno rozpaczy. Począwszy od gigantycznego portretu nestora rodu Gilmore na ścianie, poprzez krótką wizytę Diggera (Lorelai rzeczywiście wyglądała jak włoska wdowa!), aż po farsę rozgrywającą się po pogrzebie przy dźwiękach "Bye, Bye Blackbird" i kolację z Rory, Lukiem i zabłąkanym Kirkiem u Emily (jak dobrze, że on potrafi naprawdę głośno płakać!) – na obu płaszczyznach czasowych żart gonił żart, a przy tym nawet nie zbliżono się do granicy, poza którą taki ton wydałby się nieodpowiedni. Jak wszystko w "Gilmore Girls", pożegnanie z Richardem było słodko-gorzkie, a przy tym dosłownie bezbłędne, perfekcyjnie pasujące do serialu i jego bohaterek oraz pełne szacunku dla żałoby po zmarłym członku gilmorowej rodziny.

Świetne sceny w domu Emily rozegrały się również pod koniec odcinka, kiedy zobaczyliśmy ją w dżinsach, pozbywającą się wszystkiego, co nie przynosi jej radości. Zanim dom całkowicie zdążył opustoszyć, do akcji wkroczyła Lorelai, która powiedziała najmądrzejszą, a przy tym najbardziej oczywistą rzecz na świecie: "Mamo, teraz nic nie przyniesie ci radości". W tym momencie następuje jakże potrzebna szczera rozmowa, w czasie której Emily daje radę złamać nam serca – kiedy mówi, że przez 50 lat była żoną, a teraz połowa jej przestała istnieć, i naprawdę nie wie co dalej – ale i porządnie zirytować. Bo oczywiście musi rzucić złośliwością pod adresem córki i jej związku. Uff, jak dobrze, że Lorelai tym razem ugryzła się w język! Jeszcze tylko małe odniesienie do Tony'ego Soprano, faceta, dzięki któremu terapia stała się sexy, i Woody'ego Allena, faceta, któremu terapia podobno naprawdę pomogła – i voila. Możemy przejść do wiosennej części, w której zobaczymy Emily i Lorelai razem u terapeutki.

Pogrzeb Richarda i zmieniająca się dynamika relacji pomiędzy tymi dwiema paniami to zdecydowanie najlepsze, co zobaczyliśmy w odcinku "Winter" (zwłaszcza że Lauren Graham i Kelly Bishop były niesamowite w każdej sekundzie, a i dialogi były po prostu nie z tej ziemi). Perfekcyjne połączenie komedii z dramatem, tona nieudawanych emocji i kawał prawdziwego życia – tak prezentuje się "Gilmore Girls" w najwyższej formie, kiedy od początku do końca wie, co robi. A przy tym było to godne pożegnanie Edwarda Hermanna, po którym została pustka nie tylko w sercu Emily.

gilmore02

Najsłabszy wątek? Lorelai, Luke, kryzys, który wziął się nie do końca wiadomo skąd, i pomysł, żeby zafundować sobie dziecko przed pięćdziesiątką. OK, niedookreślony kryzys jeszcze jestem w stanie zrozumieć, w końcu każdy czasem ma wrażenie, że coś jest nie tak, choć trudno powiedzieć co, bo wszystko wydaje się być na swoim miejscu. Ona i Luke są szczęśliwi, ale... No właśnie, co się stało? Nie widzieliśmy ich dziewięć lat, więc teoretycznie wydarzyć się mogło wiele. Problem prawdopodobnie polega na tym, że właśnie było dokładnie na odwrót – nic się nie wydarzyło, wszystko zostało po staremu. Nie mają ślubu, dzieci, ich życie cały czas wygląda tak samo.

Tylko czy dziecko tuż przed pięćdziesiątką rzeczywiście jest odpowiedzią? Cóż, jest, jeśli chcemy mieć powód, żeby zahaczyć o postać Paris (Liza Weil), która została Pablo Escobarem świata płodności i osobą zamieniającą zwykłe rodziny w dynastie. Sposób, w jaki ją wprowadzono z powrotem do serialu, woła o pomstę do nieba, bo cały wątek ze "świeżym" dzieckiem Luke'a i Lorelai pełen jest fałszywych nut. Ale trudno się o to gniewać w momencie, kiedy wkracza do akcji, no właśnie, Paris. Liza Weil musiała się rzeczywiście dobrze bawić, przekraczając kolejne granice swojej i tak już przerysowanej bohaterki. Praca Paris na początku trochę dziwi i wydaje się do niej nie pasować, ale Liza Weil bez problemu sprawia, że wszystko bardzo szybko nabiera sensu, a jej bohaterka znów staje się tą samą cudownie nieznośną osóbką z przytłaczającą osobowością, drugim dnem i poczuciem humoru, z którego sama nie zdaje sobie sprawy. A przy tym w ogóle mnie nie dziwi, że tej prawdziwej kobiecie sukcesu wciąż brakuje pewności siebie, zaś jej życie prywatne właśnie się posypało. Team Paris, zdecydowanie! Ale oni w końcu muszą do siebie wrócić, prawda?

W pędzącym przed siebie w szalonym tempie zimowym odcinku nie zabrakło także miejsca na oficjalny coming out Michela (Yanic Truesdale) i tysiąc rozmaitych docinków z jego strony, występ zespołu Hep Alien, napomknięcie, że April dalej istnieje i jest superinteligentna, a także na dostrzeżenie braku Sookie. Gdzieś po drodze pojawiło się uczucie przesytu, bo po prostu musiało. Zbyt wiele rzeczy pojawiło się w "Winter" tylko dlatego, że należało je odhaczyć, a sposób, w jaki wytłumaczono – w najgorszym, najbardziej łopatologicznym dialogu odcinka! - nieobecność Sookie woła o pomstę do nieba pod każdym względem. Wyszło to szalenie nienaturalnie, tak że jedyne, co w całym tym wątku przyniosło mi pociechę, to myśl o tym, jak Anthony Bourdain wyleciał z kuchni Dragonfly Inn.

"Winter" to straszny bałagan, jednak, pomijając może sztuczny początek, ani przez moment nie miałam poczucia, że to nie jest ten nasz ukochany bałagan, który dobrze znamy. Powrót tak kultowego serialu po latach musiał wzbudzić ogromne emocje, które trudno tak po prostu wyłączyć podczas oglądania. Ale kiedy już spróbowałam to zrobić i spojrzeć na sprawę w miarę obiektywnie, wyszło mi, że nawet ten odcinek – prawdopodobnie najsłabszy z całości – nie wypadł źle. To prawda, że zabrakło spójności, a niektóre postacie pojawiły się na ekranie tylko po to, żeby zaliczyć swoją obecność. Pewnych zgrzytów nie dało się jednak uniknąć. Amy Sherman-Palladino potraktowała "A Year in the Life" nie tyle jako kontynuację, co jako zamknięcie serialu, którego kiedyś nie było dane jej zrobić po swojemu, stąd też w tych czterech odcinkach starała się nikogo nie pominąć. W efekcie nie wszystko wypada tak samo naturalnie, a wrażenie, że ktoś tu próbuje po kolei odhaczać kolejne wątki i kolejnych bohaterów, towarzyszy właściwie ciągle podczas oglądania "Winter".

Koniec końców jednak ten miks nostalgii z teraźniejszością się broni, a kolejne rozdziały wydają się już bardziej spójne niż ten zimowy. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że – nie bez problemów, ale jednak – udało się przenieść dawny klimat do 2016 roku. Stars Hollow nie utknęło w czasie, jest prawdziwym, żyjącym miasteczkiem, z całym swoim dawnym urokiem i dziwactwami. I choć pewne rzeczy nigdy się nie zmienią, jak choćby Luke, walczący z nowymi technologiami wchodzącymi z butami do jego knajpki, to serial, który oglądamy teraz na Netfliksie, opowiada o naszych czasach. Nie wraca uparcie do przeszłości, nie odtwarza tego, czego odtworzyć się nie da. Nie boi się istnieć tu i teraz. I choćby dlatego pewne potknięcia łatwiej mu się wybacza. Byle do wiosny!