Jesień w czterech słowach. Recenzja 4. odcinka "Gilmore Girls: A Year in the Life"

"Gilmore Girls" (Fot. Netflix)

0

"Gilmore Girls: A Year in the Life" z odcinka na odcinek przekonywało mnie do siebie coraz bardziej i bardziej, tak że oglądając "Fall" byłam już rzeczywiście zachwycona. Prawie do samego końca. Uwaga na ogromne spoilery finałowe!

Zanim dojdziemy do tych czterech słów, które od piątku usiłuję przetrawić i nie sądzę, żebym miała w najbliższym czasie odnieść sukces na tym polu, pogadajmy o tym, co w "Fall" wyszło. Czyli o wszystkim oprócz zakończenia, o którym Amy Sherman-Palladino marzyła od zawsze.

"Gilmore Girls: A Year in the Life" do jesieni zdążyło już odzyskać w stu procentach swój dawny rytm i pędziło przez siebie niczym najbardziej wdzięczna, najlepiej naoliwiona machina na świecie. Zachwycały zarówno rzeczy małe - skierowana do Rory wiadomość na śwince, krótkie zwycięstwo właścicieli laptopów w Luke's Diner i ich szybki marny koniec, to, że Kiefer Sutherland jest kumplem Luke'a - jak i te największe. A poza tym wróciła Sookie, wrócił Dean - i kurcze, jakież to były rewelacyjne powroty! Jak naturalnie Melissa McCarthy prezentowała się w swojej dawnej roli, jakiego narobiła zamieszania, jakie to było piękne, wzruszające i pasujące do sytuacji. I jak dobrze wiedzieć, że Dean ma rodzinę, jest szczęśliwy i wcale nie pracuje już w sklepie w Stars Hollow (o co niektórzy z nas podejrzewali go przed premierą serialu).

Świetnie patrzyło się na Emily (Kelly Bishop), która znalazła nową siebie w Nantucket, w czym dopomogły jej wieloryby, facet o aparycji ojca Laury Palmer, a także dziwna rodzina, mówiąca w języku, którego nie rozszyfrował nikt (przy okazji, wiecie, kto grał pokojówkę Bertę? TVLine oczywiście to sprawdziło - w Bertę wcieliła się Rose Abdoo, którą znamy na co dzień z roli Gypsy). Kobieta, która niemal całe życie spędziła, wypełniając obowiązki dobrej żony, po mniej więcej roku od śmierci męża kilkoma odważnymi ruchami rozwaliła wszystko, co budowała przez pięćdziesiąt lat, i wyrwała się na wolność. Może to brzmieć trochę niewłaściwie - w obliczu śmierci Richarda - ale Kelly Bishop potrafiła sprawić, że nie było w tym ani jednej fałszywej nuty.

gilmore-emilyu567

Uwielbiam scenę ze spotkania Córek Amerykańskiej Rewolucji, podczas której Emily nie wytrzymuje i mówi dokładnie to, co wszyscy myśleliśmy o całej tej organizacji. Uwielbiam ten moment, kiedy mówi Lorelai, że sprzedała ich rodzinny dom, by zakupić coś, co się nazywa The Clam Shack (naprawdę szkoda, że nie Vagina House!). I ten, w którym - stare zwyczaje czasem jednak nie umierają! - negocjuje odwiedziny Lorelai i Luke'a, które zastąpią dawne obiady piątkowe. Desperackie negocjacje to ważna część relacji Emily z córką, choć na tym etapie wszyscy już wiemy, że Lorelai i tak by odwiedzała matkę, cokolwiek by się między nimi nie wydarzyło. Większej wojny niż na ta po pogrzebie Richarda raczej już nie będzie. Wątek Emily w "A Year in the Life" poprowadzony został perfekcyjnie, bo i zachowano szacunek dla zmarłego, i pokazano, że życie się nie kończy, kiedy tracisz połowę siebie. Emily raz jeszcze udowodniła, jak wielką ma siłę, odwagę i poczucie humoru, z którego istnienia rzadko kiedy zdaje sobie sprawę. Jej historia była do bólu prawdziwa, poprowadzona z wyczuciem i miała w sobie wystarczającą nutkę słodyczy, byśmy mogli uśmiechać się przez łzy. Aż do samego końca.

Lorelai również otrzymała od Amy Sherman-Palladino swoje perfekcyjne zakończenie, dokładnie takie, jakie od zawsze chciała. Jej "Długa droga" okazała się nie tylko szalenie zabawna, ale też zadziwiająco krótka, zaś panowie strażnicy parku (Peter Krause i Jason Ritter, jeden z życia Lauren Graham i "Parenthood", drugi tylko z "Parenthood", obaj trzymani przez Netfliksa w tajemnicy), którzy uparli się, żeby jej przeszkadzać w odkrywaniu natury, koniec końców zrobili dobrą robotę. Lorelai mogła znaleźć się dokładnie tam, gdzie powinna była, i wykonać ten niezwykły telefon do Emily - jak dobrze, że złapała zasięg! - a przy tym w stu procentach zrozumieć, czego cały czas szukała. Z wszystkich genialnych momentów Lauren Graham w całej serii ten jest moim ulubionym. W jednej chwili, dzięki ciepłej historii z dawnych czasów, która nie tylko spełniła funkcję katharsis, ale i była niezwykła sama w sobie, mógł dokonać się cud, i to na więcej niż jednym froncie. Matka i córka, które przez rok dokładnie tak samo cierpiały, znalazły drogę do siebie. Z kolei sama Lorelai zobaczyła też wreszcie prostą drogę do domu i zrozumiała, czym jest dom. Dom to Luke.

lauren456

Cała reszta to już przygotowania do tego, co prawdopodobnie byśmy zobaczyli w 7. sezonie "Gilmore Girls", gdyby go tworzył duet Palladino - wesela Lorelai i Luke'a. To, że ich ślub został przyspieszony i odbył się w środku nocy, prawie bez świadków, dodało tylko magii i znaczenia całej sytuacji. To był ich wielki moment, ich szczęśliwe zakończenie, na które nie musiało patrzeć całe miasteczko. Wystarczyła Rory.

No właśnie, Rory. Ona zaliczyła w "A Year in the Life" najdłuższą drogę, która musiała doprowadzić do jakiejś konkluzji. Sądziłam, że tą konkluzją będzie okładka jej książki "The Gilmore Girls" (słuszna uwaga, Lorelai, bez "the" jest lepiej) i jakieś ciepłe cztery słowa wypowiedziane do mamy. Amy Sherman-Palladino miała inny plan, o którym w pierwszym momencie pomyślałam tylko: "Jezu, jak dobrze, że nie zrobiła tego dziewięć lat temu!". Serio, 23-letnia Rory w ciąży zamiast 23-letniej Rory opisującej kampanię Obamy brzmi jak początek jakiegoś koszmaru. Choć twórcy "Gilmore Girls" zrobili wiele, żeby przekonać nas, że przez te dziewięć lat ona tak czy siak nie osiągnęła zupełnie nic, wszystkie drogi prowadzą do Stars Hollow, a jej przeznaczeniem jest niechciana ciąża i miotanie się pomiędzy facetami. Nieważne, jak inteligentną jest dziewczyną, jak dużo wysiłku włożono w jej edukację i jakie miała możliwości na starcie (a dzięki dziadkom miała możliwości tak duże, że trudno uwierzyć, iż po dekadzie może pochwalić się tylko jednym osiągnięciem - artykułem dla "New Yorkera"), ona tak czy siak powtórzy historię matki. Samo życie? No właśnie nie do końca.

Zanim jednak doszło do ciąży, Rory przeżyła ostatnią miłą przygodę z Loganem. I muszę przyznać, że to było bardzo wdzięczne pożegnanie. Zawsze lubiłam perypetie Brygady Życia i Śmierci, a Finn, Colin i Logan mieli w sobie tyle samo z totalnych palantów, co z szarmanckich rycerzy ratujących Rory nie tylko od nudy. Ich ostatnia wspólna przygoda musiała być więc odpowiednio odrealniona, zawierać nutkę nostalgii i posiadać porządny rozmach (steampunk, tango, kupowanie klubów i hoteli!). Oczywiście, jak się zastanowić, nie ma nic uroczego w trzydziestoletnich facetach robiących takie rzeczy, ale pamiętajmy, że nie jest naszym celem analiza życia Colina i Finna. Nie wiemy, co oni robią na co dzień i czy przypadkiem nie pracują non stop, wyrywając się tylko raz na ileś lat z objęć codzienności. Realizm nie ma tu żadnego znaczenie, znaczenie mają emocje, zamyślone oczy Rory o poranku i to, że nastąpiło szybkie pożegnanie. Zanim Logan wrócił do swojej narzeczonej - której na tym etapie naprawdę mi już szkoda - zrobił w myślach zdjęcie swojej wielkiej niespełnionej miłości. Ona wyglądała pięknie i smutno jak nigdy, a potem trzeba było wracać do rzeczywistości. Dziecka w planach nie było.

W głowie Rory sprecyzował się za to inny plan. Nie wzięła klucza od Logana, nie wróciła do Stars Hollow, pojechała do domu dziadków, by tam właśnie zacząć pisać swoją książkę. I znów wszystko wydawało się perfekcyjne - najbardziej zaś ten moment, w którym Rory wchodzi do gabinetu dziadka i go w nim widzi. Nic dziwnego, że trzy rozdziały napisały się same, a Lorelai spojrzała na przedsięwzięcie łaskawszym okiem i wszystko zaczęło wskakiwać na swoje miejsce.

Wtem...! Rory jest w ciąży. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że z Loganem - bo Wookie to historia wiosenna, a do Jessa w tej chwili ona wydaje się żywić co najwyżej przyjacielskie uczucia (choć on na nią patrzy tak samo zakochanym wzrokiem jak zawsze) i raczej by się z nim nie przespała. Logana sugeruje też dziwna i, zdawałoby się, niepasująca do całości wizyta u Christophera - Rory pojechała do niego niedługo po odebraniu tajemniczego telefonu, bynajmniej nie po to, żeby pogadać z nim o książce i ślubie mamy. Wiedziała już, że jest w ciąży i zrobiła to po to, by zdecydować, czy powiedzieć swojemu złotemu chłopcu o dziecku, czy zataić to przez nim. Nie chciałabym posuwać się za daleko w zgadywaniu, ale wydaje mi się, że założenie, iż córka pójdzie drogą matki, a Logan koniec końców będzie jej Chrisem, zaś Jess jej Lukiem, nie jest bezpodstawne. Sugeruje to i ta rozmowa, i tęskne spojrzenie Jessa, jedynego mężczyzny w życiu Rory, który rzeczywiście ją rozumiał bez słów i pojawiał się, kiedy desperacko potrzebowała rady, co zrobić w życiu (pamiętacie porzucenie Yale?).

gg01

Przyznaję, że cały ten misterny - i jednocześnie genialnie prosty - koncept ma coś w sobie. W teorii jest wręcz idealny, a do tego życiowy i słodko-gorzki, jak całe "Gilmore Girls". Rozumiem, czemu Amy Sherman-Palladino od zawsze chciała, żeby ostatnimi słowami Rory było "Jestem w ciąży". Na papierze to perfekcyjna klamra. A w praktyce? Cóż, dla jednych to będzie i dobra klamra, i interesujący początek, i powód, żeby chcieć ciągu dalszego.

Ja przeżyłam coś na kształt solidnego uderzenia obuchem w głowę i ciągle nie daje mi spokoju myśl, że twórcy chcieli, aby Rory zaliczyła taką przewracającą wszystko do góry nogami wpadkę już dziewięć lat temu. Wtedy to byłaby dla niej katastrofa. Dziś? Zapewne sposób na znalezienie celu w życiu. Nie bez powodu pokazano nam totalne pogubienie Rory. Niechciana ciąża - która pewnie stanie się szybko chcianym dzieckiem, bo to "Gilmore Girls", a nie "Jak zrobiłam moją pierwszą aborcję" - wydaje się być z jednej strony jakimś fatum wiszącym nad głowami bohaterek o nazwisku Gilmore, z drugiej szansą od losu na życie pełne znaczeń. Ma też w sobie coś z iście średniowiecznej kary za grzechy - puszczała się cały sezon, rozbijała inne związki, traktowała swojego chłopaka jak śmiecia, niech ma za swoje! I niech wreszcie dorośnie. Ale nie tak powinno wyglądać i jej dorastanie, i samo pogubienie. Rory beztrosko sypiała z facetem, który za chwilę ma się ożenić, okłamywała matkę, zdradzała bez mrugnięcia okiem swojego chłopaka. Zachowywała się paskudnie, a na tym nie koniec.

Pamiętam, że na samym początku zachwycałam się, jaka realistyczna jest historia zawodowa Rory, bo ta dziewczyna jest zupełnie jak ja i moi znajomi, próbujący wyżyć z pisania. Różnica między nią a prawdziwymi ludźmi w tym wieku, którzy walczą, aby przetrwać w dziennikarstwie, jest jednak podstawowa - prawdziwi ludzie nie odrzuciliby szansy na artykuł dla "GQ", nieważne, jak nudny byłby temat, ani nie poszliby nieprzygotowani na rozmowę o pracę, bo "to tylko strona internetowa". Prawdziwi ludzie, po dziesięciu latach w dziennikarstwie, zachowaliby się w obu sytuacjach jak profesjonaliści, czyli poszliby na kompromisy i jakoś sobie wszystko poukładali, korzystając z szans podrzucanych przez życie. Liczyłam, że Rory pod koniec sezonu po prostu się opamięta, ale nic z tych rzeczy. Rory nic sobie z kolejnych szans nie robiła, bo musiała pisać tylko i wyłącznie o tym, co sprawia jej frajdę. Znajdźcie mi jakiegokolwiek dziennikarza, który ma taki komfort! Znajdźcie mi też kogoś, kto uważa, że uczenie w prestiżowej szkole, jak Chilton, to synonim upadku.

W efekcie zobaczyliśmy Rory, jak po trzydziestce rozbija się po świecie, zdradzając, kłamiąc, poszukując własnej bielizny i rozsądku, zgubionego najwyraźniej dekadę wcześniej. Co było momentami urocze i zabawne, momentami bardzo prawdziwe, ale w końcu doprowadziło do tego, że zadałam sobie pytanie: co ona zrobiła z tymi wszystkimi możliwościami, które na pewno miała po drodze? Przecież startowała z uprzywilejowanej pozycji, miała bogatych dziadków, znajomości i na dokładkę jeszcze talent. Przez dziesięć lat prawdopodobnie powinna mieć więcej powodów do dumy niż jeden artykuł dla "New Yorkera". Jakim cudem to wszystko roztrwoniła i zachowuje się dziś jak trzydziestoletni dzieciuch, obrażony na świat, że ten nie leży u jej stóp, kiedy tak naprawdę to ona pokazuje światu środkowy palec? Ilu fatalnych wyborów musiała dokonać?

Odpowiedź na pytanie, czemu skonstruowano jej wątek tak a nie inaczej, jest prosta: po to, aby te cztery ostatnie słowa miały odpowiedni wydźwięk i abyśmy poczuli, że oto duża dziewczynka została sprowadzona na ziemię i za chwilę będzie musiała przekroczyć próg dorosłości. Problem w tym, że to tak nie działa. Amy Sherman-Palladino postanowiła odtworzyć Rory sprzed dziesięciu lat i postawić ją w odpowiednio trudnej sytuacji, która miała stać się punktem wyjściowym do historii w stylu Lorelai. Ale zrobiła dwie rzeczy, które trudno jest mi zrozumieć i wybaczyć. Po pierwsze, przeliczyła się z siłą rażenia tej ciąży - Rory jest 32-letnią kobietą, która pisze książkę opartą na własnych losach i ma wciąż znajomości w wydawniczym światku. Jeśli pociągnie za odpowiednie sznurki, nie będzie wcale samotną matką, z trudem walczącą o przetrwanie, tylko autorką bestsellera, który zyska dodatkową reklamę dzięki jej ciąży (zwłaszcza że tata pozostanie oficjalnie nieznany). To historia, która aż się prosi o to, by ją sprzedać - nie żaden wstęp do słodko-gorzkich zmagań samotnej matki, tylko coś, co może przynieść sławę i bogactwo. W końcu żadna opowieść, która nosi tytuł "Gilmore Girls", nie może okazać się wydawniczą klapą.

Po drugie, szalenie mnie boli antyfeministyczny wydźwięk "Gilmore Girls". Zawsze wierzyłam, że liczne poświęcenia Lorelai jako matki były po coś - po to, żeby Rory mogła mieć wszystko, czego chciała. I tak się składa, że Rory nie chciała być samotną matką mieszkającą w Stars Hollow, chciała pisać, jeździć po świecie i przeżywać ekscytujące momenty. Oczywiście, że to dziecinne marzenia, ale jednak patrzenie na to, jak ta bohaterka psuła wszystko po kolei, tylko po to, aby wszystko w scenariuszu było tak jak "trzeba" i aby historia mogła zatoczyć pełne koło, było zwyczajnie przykre. Prawdziwe życie, powiecie. No właśnie nie. Prawdziwe życie wygląda tak, że jedne kobiety są matkami, inne robią karierę, inne łączą jedno z drugim. Mamy wybór. Mamy prawo do tego wyboru. W dzisiejszych serialach panuje rewolucja obyczajowa, twórcami coraz częściej są kobiety, które mówią innym kobietom, że mogą wszystko. Co tam seriale, wystarczy wystawić nos z domu, żeby zobaczyć, że dziewczyny w każdym wieku dziś mają tysiące wyborów i z nich korzystają. Rory nie może w tej chwili wszystkiego. Nie ma wyboru, ze względu na własną historię, która ewentualną aborcję czyniłaby przeżyciem traumatycznym. Może tylko zaakceptować swój los i dorosnąć w sposób, w jaki nigdy dorastać nie chciała. A wszystko dlatego, że Amy Sherman-Palladino od zawsze miała dla niej taki a nie inny plan i dziesięć lat nic w jej świadomości nie zmieniło.

gilmore-girls-last-four-words1

Koniec końców więc powrót "Gilmore Girls" okazał się wizytą w skansenie. Historią, którą lepiej było zostawić w spokoju, bo nowy rozdział, przy całym swoim wdzięku, niczego nie wniósł, poza frustracją. I tak, oczywiście, że było tysiąc świetnych momentów i emocji, które opisywałam z entuzjazmem przez ostatnich kilka dni. I tak, wciąż jestem zachwycona tym, jak wiele rzeczy po latach było w stanie działać i z jaką naturalnością obsada wróciła do dawnych ról. I tak, lepszych dialogów nie ma nigdzie. Ale to wszystko prędzej czy później zaginie w mojej głowie, zastąpione przez jeszcze lepsze momenty, jeszcze więcej emocji i jeszcze lepsze dialogi w innych serialach. Cztery słowa utkną ze mną na zawsze.

Kontynuacji nawet nie chcę sobie wyobrażać - choćby dlatego, że znam już historię o samotnej matce wychowującej córkę w miasteczku pełnym ekscentryków i nie potrafiącej zdecydować, czy bardziej kocha Chrisa, czy Luke'a. Czas wrócić do 2016 roku i do seriali, które są świadome tego, jak zmieniły się czasy i że 30-letnie kobiety nie zachowują się jak nastolatki, nawet jeśli zdarzy im się pogubić w życiu.

Bon voyage, Rory! Niech ci Stars Hollow lekkim będzie.