10 najlepszych seriali 2016 roku wg Nikodema Pankowiaka

"Rectify" (Fot. SundanceTV)

Czas na kolejną naszą dziesiątkę najlepszych seriali roku, znów znacznie różniącą się od poprzednich. Znalazło się w niej miejsce m.in. dla "Horace and Pete", "The Get Down" czy też "BoJacka Horsemana".

Chyba nie ma sensu powtarzać kolejny raz, jak trudno stworzyć taki ranking. Seriali jest coraz więcej i choć większość z nich to średniaki, o których za chwilę nikt nie będzie pamiętał, chyba nigdy wcześniej nie mogliśmy zobaczyć tylu wybitnych produkcji. Wystarczy spojrzeć, jakie świetne tytuły nie załapały się do tego rankingu – "The Night Of", islandzkie "Trapped", "Młody papież", "Fleabag", "This Is Us", "Flowers" i jeszcze wiele, wiele innych. Bardzo możliwe, że jutro poniższa dziesiątka prezentowałaby się nieco inaczej, jednak po kilku dniach pracy nad nią mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że żadnego serialu bym z niej nie wyrzucił.

10. "Westworld". Gdyby ktoś zapytał o definicję serialowego blockbustera, bez wątpienia wszyscy spojrzeliby w kierunku HBO i wskazali na "Grę o tron" oraz właśnie na "Westworld". Tyle że produkcja Abramsa w swoim pierwszym sezonie zrobiła coś, co ekranizacji powieści Martina nie zdarzyło się nigdy – utrzymywała najwyższy poziom od początku do końca. Niesamowita obsada, na czele z hipnotyzującą Evan Rachel Wood i jak zwykle przerażającym Anthony Hopkinsem, wykreowany świat, który mógł przyprawiać o zawrót głowy, fabularne zwroty… "Westworldowi" nie brakowało absolutnie niczego.

Przyznam szczerze, że bardzo bałem się finalnego efektu, mając w pamięci problemy, z jakimi musiała zmagać się ta produkcja. Ostatecznie jednak okazało się, że telewizja XXI wieku jest doskonałym miejscem dla ambitnych, wysokobudżetowych projektów, które swoim rozmachem mogą przewyższać kinowe hity. "Westworld" to serial przekraczający granice i nie mogło go w tym zestawieniu zabraknąć.

9. "BoJack Horseman". Depresyjna komedia od Netfliksa to jedna z najbardziej niedocenionych rzeczy emitowanych obecnie w telewizji. Rozumiem, że niektórym trudno jest potraktować poważnie kreskówkę z człowiekiem-koniem, ale jest to zupełnie niesprawiedliwe podejście.

Trzeci sezon "BoJacka" to prawdziwa sinusoida – w jednej chwili bohater znajduje się na samym szczycie, co nie wydaje mu się szczególnie satysfakcjonujące, by za chwilę znaleźć się znów na samym dnie. Problem w tym, że do tej pory miał obok siebie ludzi, którzy chcieli mu pomóc, a teraz został zupełnie sam. Pozostali bohaterowie powoli ruszają do przodu – twórcy konsekwentnie rozwijają Diane, Todda czy Princess Carolyn, czyniąc z nich bardziej pełnokrwiste postaci niż kiedykolwiek wcześniej. Cała seria jeszcze w większym stopniu przesiąknięta jest depresyjnymi klimatami, co pozytywnie odbija się na jej jakości, ale to wciąż komedia. Coraz czarniejsza, ale wciąż komedia.

8. "The Get Down". Pierwszy serial w dorobku Baza Luhrmanna nieszczególnie przekonał do siebie amerykańskich krytyków i podobnie umiarkowane przyjęcie spotkało go ze strony widzów. A szkoda, bo ja totalnie zakochałem się w tym szaleństwie, jakie nam zaserwowano. Bronx w drugiej połowie lat 70. powinien wyglądać i w sumie wyglądał niczym miasto śmierci, powoli dogorywające i pozbawione szans na ratunek, a Luhrmannowi mimo to udało się pokazać to miejsce od zupełnie innej strony – pełne barw oraz roztańczonych i rozśpiewanych dzieciaków, dla których muzyka była jedyną ucieczką.

Nie wszyscy pokochają specyficzny styla Baza, większość może go nawet odrzucić, ale ja samego początku zanurzyłem się w tym świecie bez reszty. Rewelacyjne jest tu wszystko – muzyka, choreografia i kostiumy, ale przede wszystkim młodzi aktorzy, którzy czasem, niemal dosłownie, zostali ściągnięci na plan serialu z ulicy. W ciągu 6 odcinków zobaczyliśmy świetną historię o tym, jak powoli rodziła się kultura, która na zawsze zmieniła muzyczny świat, a wraz z nią rodziły się marzenia. Czekam na więcej, choć obawiam się, że zobaczymy jeszcze tylko 6 odcinków, po których nastąpi koniec.

7. "American Crime". Jedna z ostatnich naprawdę wartościowych rzeczy w amerykańskiej telewizji ogólnodostępnej. W 2. sezonie otrzymaliśmy historię jeszcze bardziej spójną, jeszcze bardziej wciągającą niż rok wcześniej. Historię, w której nic nie jest takie, jak się wydaje, a oprawca może szybko stać się ofiarą i na odwrót. Tu wszystko do samego końca pozostaje niejednoznaczna, a prawda ma wyjątkowo wiele odcieni szarości.

Twórcy serialu starają się unikać prostego szufladkowania i wskazywania winnych – winnym jest raczej system niż poszczególne jednostki, ale oczywiście kilka razy zdarza im się mocno wytknąć palcem hipokryzję bohaterów. W tym świecie, gdzie nic nie jest jednoznaczne, doskonale odnaleźli się aktorzy, co zaowocowało genialnymi rolami Felicity Huffman, Reginy King, Lili Taylor czy Timothy'ego Huttona. "American Crime" było w tym roku jedną z najbardziej nieoczywistych produkcji w amerykańskiej telewizji i pozostaje tylko żałować, że większość widzów serial zignorowała.

6. "Orange Is the New Black". Po trochę słabszym 3. sezonie miałem spore wątpliwości, czy ten serial wróci jeszcze na właściwe tory. Zaskoczenie było ogromne, bo najnowsze odcinki to "Orange Is the New Black" w najlepszym wydaniu. Przywiezienie do Litchfield nowych więźniarek faktycznie wznieciło konflikty i dodało sporo dynamiki. Pierwszy raz od dawna można było współczuć Piper, która zdecydowanie przeszarżowała w swojej gangsterskiej pozie. Nieco niedocenionym bohaterem pozostał Caputo, który nie może odnaleźć się w roli dyrektora więzienia zamienionego w korporację, gdzie więźniarki zostały sprowadzone do roli cyferek.

Narastające konflikty, nieudolne zarządzanie więzieniem i strażnicy, którzy nigdy nie powinni być odpowiedzialni za innych ludzi – to wszystko doprowadziło do kulminacyjnych wydarzeń w 12. odcinku, które chyba każdego widza pozostawiły z rozdartym sercem. To był świetny sezon, a cliffhanger na koniec sprawił, że już nie mogę doczekać się kolejnych odcinków.

5. "Transparent". Choć to już 3. sezon, Jill Soloway ani trochę nie wystrzępiła swojego pióra. Mam jednak wrażenie, że tegoroczne odcinki nieco różnią się od swoich poprzedników – więcej tutaj małych, zamkniętych historyjek, dzięki którym jesteśmy w stanie lepiej poznać bohaterów. Zupełnie nowe światło rzucono na postać stojącej do tej pory nieco z boku Shelly. Niesamowita była droga, jaką na przestrzeni całego sezonu przeszła Maura, z którą los nie obszedł się w tym sezonie zbyt łaskawie, ale dla mnie największą bohaterką pozostanie Raquel. Grająca ją Kathryn Hahn zasłużyła co najmniej na nominację do Emmy, dlatego zapewne jej nie dostanie.

To wręcz niesamowite, jak mało osób, także wśród czytelników Serialowej, ogląda ten serial. Naprawdę, lepiej napisanych historii i postaci w telewizji jest jak na lekarstwo. Nikt z nas pewnie nie chciałby znaleźć się w tak dysfunkcyjnej rodzinie, jak Pfeffermanowie, ale obserwowanie na ekranie ich życiowego pogubienia to czysta przyjemność.

4. "Horace and Pete". Jeśli w jednej scenie pojawia się Louis C.K., Steve Buscemi, Edie Falco, Alan Alda i Jessica Lange, wiesz, że masz do czynienia z serialem niezwykłym. Ale o jego niezwykłości nie decyduje wyłącznie rewelacyjna obsada czy nowatorski sposób dystrybucji - "Horace and Pete" wziął nas z zaskoczenia, bo nie mieliśmy pojęcia o istnieniu tego serialu, dopóki Louis C.K. nie opublikował pierwszego odcinka na swojej stronie internetowej.

"Horace and Pete" to prawdziwy teatr na ekranie. Taki serial nie mógłby prawdopodobnie powstać w żadnej telewizji, tym większe więc brawa należą się Louisowi C.K., który z własnej kieszeni postanowił sfinansować cały projekt. Bar, wokół którego toczy się cała akcja, na początku przedstawiany jest jako wyjątkowe miejsce na mapie zapominającego o tradycji Brooklynie. Szybko okazuje się jednak, że to miejsce z wyjątkowo okropną historią, miejsce unieszczęśliwiające po kolei wszystkie osoby z nim związane. Cały 10-odcinkowy sezon przepełniony jest depresyjnymi, mrocznymi klimatami, ale to, co dane było nam zobaczyć w finale, po prostu zwala z nóg. Ogromny szacunek dla twórcy za stworzenie takiego arcydzieła, bez kalkulowania, czy uda się na nim zarobić choćby dolara.

3. "Veep". Przyznam szczerze, że trochę obawiałem się, jak najlepsza obecnie komedia HBO będzie wyglądać po tym, gdy z roli showrunnera zrezygnował Armando Iannucci – twórca "Veepa". Moje obawy były jednak zupełnie bezpodstawne, bo 5. sezon okazał się lepszy od któregokolwiek z dotychczasowych. Cynizm wręcz wylewał się na nas wiadrami, a to właśnie wtedy ten serial jest najlepszy – gdy jego bohaterowie lądują na moralnym dnie.

Na tym dnie właśnie znalazła się Selina Mayer, choć właściwie lepsze byłoby określenie, że ona w to dno zapukała od spodu. Niesamowicie oglądało się tę kobietę, która byłaby w stanie zrobić dosłownie wszystko, nawet rozpętać skandal dyplomatyczny, byleby pozostać na stanowisku. Julia Louis-Dreyfus zasługuje na wszystkie nagrody świata i nie miałbym nic przeciwko temu, by otrzymywała je awansem aż do końca emisji tego serialu. Właściwie każdy z tegorocznych odcinków był rewelacyjny, ale ja najmocniej zapamiętałem dwa – zaskakujący finał, który wywrócił wszystko do góry nogami i genialne "Mother", gdzie straciliśmy te resztki szacunku dla Seliny, jakie jeszcze mogliśmy mieć.

Ta kobieta mogłaby być gorszym prezydentem niż Donald Trump. Naprawdę.

2. "American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona". Serial, który udowodnił, że sprawa O.J. Simpsona nawet po tylu latach wciąż może do czerwoności rozgrzewać opinię publiczną. Ryan Murphy okazał się wręcz cudotwórcą – to niesamowicie trudne zadanie stworzyć tak emocjonujący, trzymający w napięciu serial, gdy niemal każdy widz zna jego finał i występujące po drodze zwroty akcji. Ogromna w tym zasługa scenariusza, który pokazał nam tę sprawę z punktu widzenia każdego aktora biorącego udział w tym spektaklu.

W "American Crime Story" perfekcyjni są wszyscy, nawet John Travolta czy David Schwimmer, który udowodnił, że może być świetnym aktorem dramatycznym, ale i tak ostatecznie całe show kradnie Sarah Paulson. Jej rewelacyjny, prawdopodobnie najlepszy występ w karierze sprawił, że dziś Amerykanie inaczej patrzą na postać Marcii Clark – prokurator, którą w czasie procesu zaszczuto, a dziś, po dwóch dekadach, stawia się na piedestale. Nie wiem, jakim cudem kolejny sezon tej antologii mógłby utrzymać podobny poziom, ale po tym, co zobaczyłem w tym roku, chyba nie mam wyjścia i muszę Murphy’emu po prostu zaufać.

1. "Rectify". Innego numeru 1 być tu po prostu nie mogło. "Rectify", serial sprzeciwiający się jakimkolwiek modom, toczący się w swoim sennym tempie, w swoim finałowym sezonie wspiął się na prawdziwe wyżyny. Każdy z ośmiu odcinków to prawdziwa perełka – małe arcydzieło, na które współczesną telewizję, nastawioną na szybkie wywoływanie emocji i miliony zwrotów akcji, stać dzisiaj bardzo rzadko. Cała obsada serialu błyszczy na ekranie – do hipnotyzującej Abigail Spencer i niezwykłego Adena Younga zdążyliśmy się już przyzwyczaić, ale prawdziwym zaskoczeniem był Clayne Crawford w roli Teddy’ego - gdybym musiał wyróżnić tylko jedną osobę, byłby to właśnie on. Do dziś mam przed oczami niezwykłą, pełną emocji scenę, w której Teddy prosi Tawney o rozwód.

Warto też zauważyć, że ten sezon był zupełnie inny od poprzednich – niedługo po wyjściu z więzienia Daniel ponownie został odseparowany od swojej rodziny, co całkiem korzystnie wpływa na jego rozwój, większe problemy z przyzwyczajeniem się do tej sytuacji mają jego matka czy siostra. Interakcje reszty bohaterów z Danielem ograniczono do minimum, ale gdy już do nich dochodziło, cóż to były za sceny!

W czasach, gdy świat pędzi jak szalony, będzie "Rectify" bardzo brakowało.

REKLAMA