Amerykańscy chłopcy i ich trudne życie. Recenzja "Six" - nowego serialu o komandosach z Afganistanu

"Six" (Fot. History)

Odejście gwiazdy serialu, szybkie zastąpienie go innym aktorem, kręcenie od początku i dwukrotnie przekładana data premiery. "Six" wiele przeszło, by w końcu trafić na ekrany. Sprawdzamy, czy było warto.

Serial telewizji History (premiera w Polsce 19 stycznia w HBO GO i 20 stycznia o godz. 20:10 w HBO) przebył wyjątkowo wyboistą drogę, by wreszcie doczekać się debiutu. Opowieść o amerykańskich komandosach z oddziału Navy SEAL Team Six miała pojawić się już w lipcu ubiegłego roku, ale datę przełożono, co miało związek z koniecznością wymiany głównej gwiazdy produkcji. Zanim jednak Joe Manganiello z powodów zdrowotnych opuścił serial, zdążył nakręcić sceny do dwóch odcinków – zastąpienie go Waltonem Gogginsem nie mogło więc odbyć się gładko, trzeba wszak było zrobić wszystko od nowa. Nic nie wyszło również z zapowiadanej premiery jesienią, ale wreszcie, po uporaniu się ze wszystkimi perypetiami, "Six" ostatecznie ujrzy światło dzienne. Po obejrzeniu pierwszego odcinka mam jednak wrażenie, że wszystko, co wokół tego serialu najciekawsze, działo się poza ekranem.

Nie ma w tym nic dziwnego, bo na papierze "Six" prezentowało się naprawdę obiecująco. Serial inspirowany prawdziwymi historiami najsłynniejszego amerykańskiego oddziału antyterrorystycznego nie zapowiadał się może na telewizyjne arcydzieło, ale przesłanek, by oczekiwać od niego co najmniej solidnego poziomu, było kilka. Począwszy od twórców, czyli Williama Broylesa (scenarzysta m.in. "Apollo 13" "Cast Away" i "Jarhead") i jego syna Davida, obydwu z wojskową przeszłością, poprzez producentów, wśród których znaleźli się bracia Weinsteinowie, a skończywszy na nieźle wyglądających zwiastunach.

Jak to jednak często bywa, oczekiwania nie wytrzymują konfrontacji z rzeczywistością. Ta jest bowiem wyjątkowo przeciętna i najzwyczajniej w świecie nudna. A właściwie robi się taka po wstępie, gdy o bohaterach trzeba powiedzieć coś więcej, a nie tylko prezentować ich umiejętności z bronią w ręku. Na te nie zamierzam bowiem narzekać. Pierwsza sekwencja serialu to dobrze zrealizowana scena ataku oddziału na afgańską wioskę, w której nie ma czasu zastanawiać się, kto jest kim, bo kule świszczą w powietrzu, a trup ściele się gęsto. Źli terroryści, dzielni, amerykańscy chłopcy, dynamiczna akcja – skłamałbym, mówiąc, że nie tego się spodziewałem.

Problemy zaczynają się dopiero później, gdy ambicje twórców "Six" wychodzą poza pole bitwy. Akcja dość niespodziewanie przeskakuje dwa lata do przodu, a nasz oddział jest w rozsypce. Przywódca, Rip (Goggins), przeszedł na prywatny kontrakt, Ricky Ortiz (Juan Pablo Raba) właśnie się do tego szykuje, a Joe Gravesowi (Barry Sloane) i Alexowi Caulderowi (Kyle Schmid) nie daje spokoju sprawa z przeszłości. Rzecz jasna wszyscy mają też problemy w życiu osobistym – gdyby opierać się tylko na telewizji, to trzeba by uznać, że bycie amerykańskim żołnierzem i dobrym ojcem rodziny to pojęcia absolutnie się wykluczające.

Six

Oddział komandosów wygląda więc w tym momencie mało elitarnie, ale nic tak nie cementuje męskiej przyjaźni i braterskich więzi jak żołnierz w potrzebie, czyż nie? Gdy więc Rip zostaje porwany w Nigerii przez członków Boko Haram, jego byli towarzysze, nie zastanawiając się wiele, ruszają na pomoc. Oczywiście po drodze dopadnie ich przeszłość i z pewnością nie obejdzie się bez wzajemnych pretensji, ale to przecież twardzi mężczyźni są. Najpierw skoczą sobie do gardeł, a zaraz potem zakończą wszystko braterskim uściskiem.

Widzieliśmy to w niezliczonych kombinacjach, a "Six" nawet nie próbuje udawać, że stać go na wyjście ponad to stereotypowe przedstawienie. Bohaterom brakuje głębszej charakterystyki, poznajemy ich pospiesznie i powierzchownie, opierając na wszelkich możliwych schematach. Problemy alkoholowe, strata dziecka, rozwód, brak czasu dla rodziny itp. W błyskawicznym tempie przerabiamy wszystkie te kwestie, by jak najszybciej wrócić do akcji i mieć jakąkolwiek podbudowę dla wzajemnych relacji komandosów. Problem w tym, że bez nich mogłoby się w ogóle obejść, bo stanowią najmniej atrakcyjną część serialu.

six3

Niestety twórcy uważają inaczej, spędzamy więc mnóstwo czasu, próbując się zainteresować sprawami, którym daleko do miana intrygujących. Z pewnością tutejsi bohaterowie mają potencjał ­– jak każdy, kto w jednej chwili naraża życie, walcząc z terrorystami, a chwilę potem odbiera nastoletnią córkę z lekcji baletu. "Six" wybiera jednak najprostszą drogę. Nie próbuje naprawdę poznać tych postaci, lecz umieszcza je w wypełnionym kliszami środowisku i oczekuje, że to wystarczy. Taka ułuda realizmu przestała spełniać swoją rolę w telewizji już dobre kilka lat temu.

Tymczasem tutejsi twórcy jakby nie mieli o tym pojęcia, bez opamiętania brnąc do przodu, odhaczając tylko kolejne punkty na liście rzeczy, które powinny znaleźć się w serialu. Wróg szukający zemsty? Jest. Radykalni islamiści? Są. Przemoc wobec kobiet? Oczywiście. Podkreślanie religijności? No ba. "Six" z pewnością nie boi się poruszania gorących tematów, ale robi to w iście żołnierskim stylu. Jak najmniej słów, jak najwięcej do przekazania i szybko z powrotem do akcji. Zapomnijcie o czymś takim jak odcienie szarości, w tym czarno-białym świecie nie ma na nie miejsca.

Szkoda, bo serial History naprawdę miał potencjał na coś więcej. Jeśli nawet nie skomplikowany psychologicznie dramat, to chociaż trzymającą w napięciu relację z działalności SEAL Team Six. Ostatecznie jednak zatrzymał się gdzieś pomiędzy jednym a drugim, kusząc wizją dobrze zrealizowanej akcji i szybko ją porzucając na rzecz płytkich wątków rodzinnych, taniego sentymentalizmu oraz problemów współczesności sprowadzonych do największych banałów. Tonie w tym dobre wrażenie z kilku pierwszych minut, toną solidni wykonawcy na czele z zawsze dobrym Gogginsem, tonie wreszcie sam serial, który z trudem osiąga poziom telewizyjnego przeciętniaka.

REKLAMA