7 rzeczy, które uczyniły mój tydzień lepszym

"Jane the Virgin" (Fot. CW)

Powrót "Jane the Virgin", przyjemny debiut "Riverdale", przedpremierowe "Santa Clarita Diet" - a do tego zapowiedź "Pozostawionych" i nie tylko. To był bardzo udany tydzień!

1. Archie got hot, czyli bardzo przyjemne "Riverdale"

Nie ma lepszej chwili oddechu niż lekki młodzieżowy dramat z nutką tajemnicy, sporą dawką opery mydlanej i tą przerażającą szkolną hierarchią, którą bardzo lubię oglądać na ekranie, a której nigdy, przenigdy nie chciałabym zaznać na własnej skórze. "Riverdale" - które chwalił już w swojej recenzji Mateusz - ma wszystko, czego trzeba. Wredne dziewczęta w pełnym makijażu, rudowłosego przystojniaka (co prawda trochę sztywnego, no ale chyba się wyrobi?), miłosny wielokąt, w którym każda opcja ma coś w sobie, i trochę fajnych popkulturowych odniesień. Mnie oczywiście ujęła Betty Draper z 5. sezonu kontra Betty Draper z 1. sezonu - ach, ta amerykańska młodzież, która ogląda wszystkie seriale!

To oczywiście nie będzie dzieło wybitne, ale niczego takiego nie oczekuję. Oczekuję tytułu, który będzie w stanie zastąpić mi "Plotkarę" i "Glee" w roli guilty pleasure na piątkowe popołudnia. Po pilocie "Riverdale" wydaje się być całkiem dobrym kandydatem.

archie456

2. Wróciła "Jane the Virgin"

Powrót "Jane the Virgin" co prawda nie był jakoś szczególnie zapadający w pamięć, ale jak miło, że przez mój krakowski smog przebiło się wreszcie trochę słońca! Ponieważ w styczniu obejrzałam całe "One Day at a Time", inaczej patrzę na Justinę Machado, której postać z zupełnie obojętnej stała mi się nagle bliska. Negocjowanie kontraktu ws. dziecka było jednym z najlepszych momentów odcinka - i tak, ucieszyła mnie wiadomość, że pojawiły się tam najwyraźniej jakieś uczucia. Ona i Rogelio stanowią dobrze dobrany duet, choć wiadomo, jak to się musi skończyć.

janwe4r5

3. Zapowiedź nowego sezonu "Pozostawionych"

"Pozostawieni" zaliczą w finałowym sezonie jeszcze jeden reset i choć wciąż nie do końca ufam Damonowi Lindelofowi, to muszę przyznać, że pomysł z Australią mi się podoba (choć nie do końca sobie wyobrażam, jak serial uzasadni sprowadzenie tam większości bohaterów). Sposób, w jaki twórca "Pozostawionych", wypowiada się o australijskim kinie, dowodzi, że przemyślał dokładnie sprawę, wie, co robi, i prawdopodobnie możemy się spodziewać podobnej dawki emocji co w poprzednim sezonie.

4. "Crazy Ex-Girlfriend" promuje męski drzemki

Kiedy już nie mogę znieść Rebeki - a ostatnio naprawdę nie mogę - w "Crazy Ex-Girlfriend" pojawia się zwykle coś fajnego na drugim planie. W tym tygodniu najbardziej ujął mnie Darryl i piosenka o męskich drzemkach w klimacie lat 80. Poza tym podoba mi się kierunek, w którym zmierzają Rebeka i Nathaniel - ku sobie.

5. Nieokiełznana Ruby Rose w "Lip Sync Battle"

Szalona dziewucha z "Orange Is the New Black" wzięła na warsztat feministyczny hymn z lat 90. - "Bitch" Meredith Brooks - i poszła na całość. Czyli zaprezentowała swoje tatuaże, pokazała nam wszystkim środkowy palec, a na dokładkę jeszcze wcieliła się w diabełka. Takie "Lip Sync Battle" lubię.

6. I oczywiście cipka ze stali

"Supergirl" jest serialem w najlepszym razem średnim - a przynajmniej takim była, kiedy jeszcze uważałam, że jest po co to sprawdzać - ale jedno muszę przyznać. Melissa Benoist pokazała, że ma siłę. I tak, wiem, że na prezydencie Cipkołapaczu nie zrobiło to żadnego wrażenia. Nie musicie mi tego powtarzać, drodzy panowie komentujący, ja i bez was wiem, że cipki ze stali nie obalają rządów. Ale miliony ludzi, którym zabiera się wolność, godność i prawo decydowania o sobie - owszem.

#womensmarchonwashington

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Melissa Benoist (@melissabenoist)

7. Dieta 'a la Santa Clarita rzeczywiście działa

Screenery w tym tygodniu znów liczę w tonach, a nie legionach - o, przyszły na przykład "Wielkie kłamstewka" i już tam widzę przynajmniej jedną bardzo mocną kandydatkę do nagrody Emmy. A najwięcej czasu w tym tygodniu spędziłam z "Santa Clarita Diet", której 10 odcinków podrzucił nam Netflix. I choć nie jest to serial, który odmieni moje życie, muszę przyznać, że bawiłam się świetnie. Komedia Netfliksa o zombie na przedmieściu jest zdrowo pokręcona, ma w sobie nutkę "Desperate Housewives" i umiejętnie wciąga widza, bawiąc się schematami, znanymi właściwie z każdego komiksu, filmu czy serialu o zombie.

Na ekranie dosłownie widać, że serial sprawił wielką frajdę aktorom - zarówno Drew Barrymore, jak i Timothy Olyphant czują się znakomicie w tym specyficznym klimacie. Niesamowitym zaskoczeniem była dla mnie także Liv Hewson, grająca ich córkę. To jedna z najfajniejszych serialowych nastolatek, jakie ostatnio widziałam. Myślę, że "Santa Clarita Diet", mimo pewnych swoich wad, jak momentami zbyt mainstreamowy humor, okaże się kolejnym strzałem Netfliksa w dziesiątkę.

REKLAMA