10 powodów, by oglądać "Tabu" - klimatyczny brytyjski serial z Tomem Hardym w roli głównej

"Tabu" (Fot. BBC)

0

"Tabu" to jedna z najgłośniejszych serialowych premier początku tego roku, więc nic dziwnego, że oczekiwania wobec niej były spore. Nasze zostały spełnione i mamy na to co najmniej 10 dowodów.

Zdążyliśmy pochwalić "Tabu" w przedpremierowej recenzji, ale że od tego momentu minęło już trochę czasu, a 1. sezon serialu znajduje się właśnie na półmetku, pomyśleliśmy, że warto wrócić do tematu. Tym bardziej że brytyjska produkcja nadal nie daje powodów, by na nią narzekać. Wręcz przeciwnie. Co tydzień wsiąkam w tę opowieść coraz bardziej, a przyczyny tego stanu rzeczy wymieniam poniżej.

1. Scenariusz to specyficzna mieszanka faktów i fikcji

Przed pierwszym kontaktem z "Tabu" ważne jest odpowiednie podejście. Trzeba bowiem wiedzieć, że nie mamy do czynienia z opowieścią stricte historyczną. Choć rzecz dzieje się na początku XIX wieku i pojawiają się tu prawdziwe postaci i wydarzenia, twórcy traktują je tylko jako tło. Fakty przeplatają swobodnie z wytworami własnej wyobraźni, tworząc fabułę jednocześnie zakorzenioną w rzeczywistości i zgrabnie bawiącą się elementami fantastyki. Mistycyzm miesza się tu z polityką, jawa ze snem, a zdrowe zmysły z obłąkaniem. Pośrodku tego wszystkiego znajduje się natomiast niejaki James Keziah Delaney (Tom Hardy), którego niespodziewane pojawienie się w Londynie, kilka lat po zaginięciu bez śladu w Afryce, uruchamia ciąg nieprzewidzianych zdarzeń, w które zamieszani są wszyscy istotni gracze tamtych czasów.

2. Klimat tak gęsty, że można go kroić nożem

Wystarczy rzut oka na powyższy zwiastun, by zorientować się, że "Tabu" w dużej mierze opiera się na mrocznej, złowrogiej atmosferze. Im wcześniej dacie się jej porwać, tym większą przyjemność będziecie czerpać z serialu, bo nie da się ukryć, że bez zanurzenia się w tym klimacie, "Tabu" traci jakąś połowę ze swojej wartości. Jeśli jednak czujecie, że mrok i kryjące się w nim tajemnice to coś dla Was, to lepiej nie mogliście trafić. Zwłaszcza że twórcy sięgają nie tylko po wątki fantastyczne, ale wyraźnie dają znać, że największa ciemność czai się w samym człowieku i najgłębiej skrytych zakamarkach jego duszy. Wystarczy jeszcze tylko wspomnienie afrykańskiej podróży głównego bohatera i nietrudno o skojarzenia z "Jądrem ciemności" Josepha Conrada – ktoś tu się wyraźnie inspirował.

3. Antybohaterów nigdy dość

Na pierwszy rzut oka James Keziah Delaney nie wyróżnia się niczym specjalnym. Tajemnicze postaci noszące w sobie zadry z przeszłości to już telewizyjny standard, a główny bohater "Tabu" wpisuje się w ten stereotyp bardzo zgrabnie. Tym razem jednak w schematach siła, bo James fascynuje praktycznie od pierwszego pojawienia się na ekranie. Czasem lekko niepokoi, innym razem otwarcie przeraża, by potem pokazać zupełnie inne, ludzkie oblicze. Amoralny czy poczciwy? Do gruntu zły czy raczej skrzywdzony i ukrywający własne cierpienie za nieprzystępną pozą? Nie wspominając nawet o wszystkich sekretach, jakie się za nim kryją, tych naturalnych i tych nie do końca. Pewne jest tylko jedno – nie ma absolutnie żadnej litości dla swoich wrogów, a zabicie człowieka nie stanowi dla niego żadnego problemu.

tabu2

4. Tom Hardy, Tom Hardy, Tom Hardy

Nic z powyższego punktu nie miałoby jednak znaczenia, gdybyśmy nie kupili takiego wcielenia głównego bohatera. O to, by tak się stało, zadbał natomiast Tom Hardy. Choć w "Tabu" nie brak ani intrygujących postaci, ani dobrych kreacji aktorskich, trudno uniknąć wrażenia, że serial to w gruncie rzeczy teatr jednego aktora. Brytyjczyk kradnie absolutnie każdą scenę, sprawiając, że inne postaci wydają się malutkie w cieniu jego masywnej sylwetki. Nie wolno jednak sprowadzać jego kreacji do dobrego wyglądania w płaszczu i cylindrze (oraz tatuażach, którymi ma pokrytą sporą część ciała), bo Hardy wręcz emanuje ekranową charyzmą. Wypada świetnie zarówno bełkocząc tajemnicze słowa w niezrozumiałym języku, jak i wtedy, gdy wchodzi w rolę twardego biznesmena. Nie ma co ukrywać – bez niego ten serial nie miałby sensu.

5. Sekrety na każdym kroku

"Tabu" to zdecydowanie tajemniczy serial, bo po 4. odcinku nadal nie potrafię powiedzieć, jakie intencje kierują głównym bohaterem, czy choćby wyjaśnić, co tu się tak właściwie wyrabia. Nie jest jednak tak, że twórcy uczynili z niedopowiedzeń jedyną tutejszą atrakcję. Scenariusz napisany jest na tyle jasno, że nie sposób się w nim pogubić, a zagadki nie są tandetnymi chwytami, mającymi nas zwodzić, lecz służą za fundament tajemnicy, na której opiera się cały serial. Nie wiemy, co działo się z Jamesem w Afryce, nie wiemy, co planuje i na czym dokładnie polega jego zatarg z Kompanią Wschodnioindyjską, nie mamy również pojęcia, skąd biorą się jego nadnaturalne zdolności i wizje. Wszystko to jednak służy budowie postaci i opowieści, których siła tkwi właśnie w tajemnicy.

tabu

6. Fascynujący mistycyzm…

A skoro już przy tajemnicy jesteśmy, to trzeba wspomnieć, że "Tabu" bardzo umiejętnie bawi się motywami fantastycznymi. Twórcy nie zarzucają nas magią i nie wiadomo jakimi cudami, zamiast tego stawiając na spokojne budowanie atmosfery poprzez otaczającą głównego bohatera aurę niezwykłości i mrożące krew w żyłach poczciwych Londyńczyków opowieści o jego straszliwych czynach. Do tego jeszcze trochę tu afrykańskiego szamanizmu wymieszanego z indiańskimi wierzeniami oraz porcja niepokojących wizji, wyszeptywanych zaklęć (?) i wydrapywanych w drewnie symboli. Konkretów póki co brak, ale te proste w gruncie rzeczy sztuczki najzwyczajniej w świecie działają.

7. … i brutalny realizm

Mając na uwadze to wszystko, co napisałem do tej pory, można ułożyć sobie w głowie obraz "Tabu" jako swego rodzaju mrocznej baśni. Coś w tym z pewnością jest, ale twórcy zadbali również o to, by nikt przypadkiem nie pomylił ich historii z bajką. Rzeczywistość w "Tabu" jest bowiem wyraźnie widoczna na każdym kroku i w zdecydowanej większości nie są to obrazki przyjemne. Początek XIX wieku wygląda tutaj tak, jak można się spodziewać – jest brudno, wstrętnie i odrażająco, a jednocześnie trudno oderwać od tego wzrok. No i, jak na każdy szanujący się, współczesny dramat kostiumowy przystało, "Tabu" nie bawi się w półśrodki, jeśli chodzi o brutalność. Co bardziej wrażliwi widzowie zdecydowanie będą mieli ochotę kilka razy odwrócić wzrok. Co ciekawe, język bywa tu równie barwny jak czyny.

8. Realizacyjnie to najwyższy poziom

Wiąże się to po części z poprzednim punktem, gdyż realistycznie wyglądające okoliczności tej historii to zasługa fenomenalnej pracy scenografów, którzy zadbali o każdy szczegół. "Tabu" wyróżnia się pod tym względem nawet na tle współczesnej konkurencji, bo już dawno nie złapałem się na tym, że kiedy podziwiam bogactwo szczegółów, umyka mi fabuła. No i aktorzy, których czasem trudno było rozpoznać spod efektów pracy charakteryzatorów. A nie mówimy przecież o byle kim, bo w "Tabu" poukrywali się m.in. Mark Gatiss,

gatiss

Franka Potente

potente

czy Stephen Graham.

graham

9. Ta muzyka!

Dźwięki usłyszane w "Taboo" wpadły mi w ucho praktycznie od razu i nie opuściły do tej pory – trudno jednak by było inaczej, gdy za oprawę muzyczną serialu odpowiada Max Richter, którego możecie kojarzyć również z muzyki do "Pozostawionych". Lepszego specjalisty od klimatycznych odgłosów ze świecą szukać.

10. Wyczuwalna brytyjska nuta

Choć "Tabu" to międzynarodowa produkcja, której kosztami podzieliły się BBC i FX, a jej realizacyjny rozmach i zaangażowane nazwiska wyraźnie wskazują, że w serial włożono spore pieniądze, udało się utrzymać tutaj pewien specyficzny klimat, który miłośnicy brytyjskiej telewizji rozpoznają bez problemu. Twórcy, wśród których znajduje się również Steven Knight ("Peaky Blinders") postawili bowiem na niespieszne tempo i spokojnie rozwijającą się akcję, która może zniechęcić co bardziej niecierpliwych widzów. Zachęcam jednak gorąco, byście pozwolili się porwać tej opowieści – sądząc po słowach Knighta, który twierdzi, że jest plan na kolejne sezony, będziemy mieli dość czasu, by poznać wszystkie jej tajemnice.