W poszukiwaniu sojuszników. Recenzujemy powrót 7. sezonu "The Walking Dead"

"The Walking Dead" (Fot. AMC)

Powrót "The Walking Dead" do ramówki trudno nazwać najbardziej oczekiwanym wydarzeniem początku 2017 roku. Mimo to pierwszy tegoroczny odcinek należy zaliczyć do umiarkowanie udanych. Uwaga na spoilery!

Po obejrzeniu ośmiu odcinków siódmego sezonu "The Walking Dead" należało zrobić jedną sensowną rzecz - zapomnieć o nich. I tak też zrobiłem, zupełnie nie przejmując się losem Ricka i spółki, których historia mocno obniżyła loty i każdego tygodnia wprowadzała w depresyjne stany. Mało tego, gdyby nie czujność Marty, zapewne zapomniałbym również o powrocie produkcji AMC do ramówki. Trudno mi się dziwić, w końcu dobrych seriali nie brakuje, a o tych przeciętnych zwyczajnie się zapomina. Zwłaszcza po tak słabej serii, jakiej byliśmy świadkami jesienią.

Pierwsza połowa siódmego sezonu "The Walking Dead" dobitnie potwierdziła, że serial oparty na komiksach Roberta Kirkmana po dwóch niezłych sezonach dotarł do ściany i odbił się od niej gwałtownie. Na zgliszczach historii, którą solidnie sponiewierał za pomocą swojej Lucille Negan, scenarzyści próbują budować nowy, znacznie mniej klaustrofobiczny świat, który nie jest ograniczony do murów więzienia czy też ogrodzenia Woodbury i Alexandrii. Pomysł odważny i niełatwy do zrealizowania, bowiem powiększa dość znacznie i tak duże grono bohaterów. Dlatego też jesienią w wielu momentach scenarzyści mieli problem z popchnięciem wątków do przodu, skupiając się na depresji Ricka, cierpiącej Maggie czy przebywającego w zamknięciu Daryla.

Głęboko wierzę, iż twórcy "The Walking Dead" wyraźnie poczuli, że popełnili błąd, i w drugiej połowie sezonu nie będą nas katować podobnymi historiami. "Rock in the Road" w umiarkowany sposób zwiastuje nadejście nieco lepszej, mniej depresyjnej sytuacji, w której Rick i jego sojusznicy rozpoczynają przygotowania do przeciwstawienia się Zbawcom. Oczywiście nie wszystko będzie szło po ich myśli. Pewnie więcej niż raz ktoś ich zdradzi, pokrzyżuje plany, a Negan kolejny raz okaże się być krok do przodu i przewidzi, co knują jego "mrówki robotnice". Ale nawet to niewielkie światełko w tunelu zwiastujące "lepsze jutro" dla Ricka i jego ludzi jest też niezaprzeczalnym plusem dla widza, bo oznacza, że dobiegły końca sceny pełne lamentu, smutku i płaczu, a tych jesienią było pod dostatkiem.

tumblr_olamr7xnHk1rszoo3o4_r2_540

"Rock in the Road" wyraźnie przyśpiesza główny wątek do przodu. Rick wraz ze swoimi kompanami usiłuje przekonać do swojego planu Gregory'ego (mam nadzieję, że jeszcze w tym sezonie przemieni się w zombie) i sprzymierza się z mieszkańcami Wzgórza. Podobną próbę podejmuje w Królestwie, gdzie Król Ezekiel okazuje się być nieco bardziej surowym i egoistycznym przywódcą. Ostatecznie Grimes trafia na jeszcze jedną grupę, której pojawienie się kwituje szerokim uśmiechem. I niech zakończenie tego odcinka będzie dobrym prognostykiem na przyszłość, bo przecież trudno jest wyobrazić sobie, by Negan jeszcze raz zbliżył się do Ricka i jego grupy tak mocno, jak w finale szóstej serii. Z drugiej strony – jestem przekonany, że Jeffrey Dean Morgan ma podpisany kontrakt przynajmniej do końca kolejnego sezonu.

Oczywiście w "Rock in the Road" nie brakuje większych lub mniejszych uproszczeń. No bo trudno tłumaczyć całą sytuację faktem, że Rickowi i jego grupie nagle zaczęło sprzyjać szczęście. W pierwszej kolejności grupa bez problemu natknęła się na będący w oddali budynek-fabrykę, która przecież musi być siedzibą Negana, no bo jakby inaczej. Tak, wiem – zarówno Daryl, jak i wcześniej Jesus oraz Carl byli już w tym miejscu i udało im się z niego uciec, ale to nie oznacza, że Zbawcy operują wyłącznie z jednej lokacji, a nawet sam Negan może przemieszczać się między kolejnymi posterunkami, choćby dla własnego bezpieczeństwa.

Drugi fabularny skrót to pozostawione na drodze ładunki wybuchowe, które z automatu stają się cennym narzędziem w walce ze Zbawcami. Taka ilość dynamitu z powodzeniem starczyłaby, by wysadzić cały główny budynek, który znamy z odcinków rozgrywających się w "fabryce" Negana. Nie wiem, skąd u Rosity taka umiejętność demontażu ładunków wybuchowych, ale trudno oprzeć się wrażeniu, iż wstawki te mają pokazać, że Alexandria wraca do gry o wolność, której przecież tak bardzo im brakuje.

tumblr_olao54j48t1rszoo3o4_400

Podstawowa obawa związana z kolejnymi odcinkami "The Walking Dead" to wciąż tempo akcji. Trudno mi sobie wyobrazić, by pierwsze starcie miało nastąpić dopiero w finale sezonu, ale być może obejrzymy ledwie jego początek, z konkluzją dopiero w premierze kolejnej serii. Twórcy już wiele razy w ten sposób denerwowali widzów i w przypadku najważniejszego wątku serialu nie spodziewam się, by było inaczej. Mam też nadzieję, że nie będą tracić czasu na kolejne rozbijanie bohaterów i dzielenie wątków, tak jak to miało miejsce jesienią. To nie funkcjonowało dobrze, gdy cały  odcinek skupiony był tylko na wątkach w Królestwie czy na Wzgórzu.

Wobec "The Walking Dead" nie mam dziś żadnych oczekiwań. Serial AMC miał jesienią wyraźny problem, który powinni dostrzec sami twórcy i w porę się opamiętać. Owszem, pewnych rzeczy nie dało się zmienić w trakcie pisania kolejnych scenariuszy, ale choćby wprowadzenie mocnej, szybkiej sceny, w której Rick i Michonne w dwa samochody masakrują nadciągającą hordę zombie okazało się na tyle pomysłowe i widowiskowe, że wypada przyklasnąć (i zapomnieć o wszelkich prawach fizyki, które powinny w tym momencie zadziałać).

Produkcję AMC już chyba od kilku lat oglądam tylko z przyzwyczajenia, którego trudno się wyzbyć. Los tego serialu jest mi zupełnie obojętny, podobnie jak jego bohaterów, ale nie ukrywam, że z przyjemnością zobaczyłbym, jak Rick czy też Maggie masakrują Negana za pomocą tej samej broni, z której zginął Glenn i Abraham. Bo zemsta najlepiej smakuje na zimno, a ta wydaje się nadchodzić. Nawet jeśli jej ostatni rozdział obejrzymy dopiero w finale nie siódmego, a ósmego sezonu.

REKLAMA