Prawie jak Bond. Recenzujemy premierę "The Blacklist: Redemption"

"The Blacklist: Redemption" (Fot. NBC)

0

Gdyby nie Famke Janssen, "The Blacklist: Redemption" byłoby w zasadzie nieoglądalne. Klisza goni kliszę, zwroty akcji są mało prawdopodobne i do tego jeszcze wieje nudą.

Przyznaję szczerze, że wątek Toma Keena (Ryan Eggold) i jego relacji z Liz był i jest dla mnie tym, co w "Czarnej liście" jest najnudniejsze. Postać grana przez Eggolda długo była po prostu mdła, niezależnie od tego, ile osób po drodze Tom zabił czy oszukał. Do "The Blacklist: Redemption" podszedłem więc bardzo sceptycznie, choć pilot, który był równocześnie regularnym odcinkiem "Czarnej listy", przyjemnie zaskoczył kreacją Famke Janssen (nadal nie mogę uwierzyć, że ona ma już 53 lata!). Jej postać równie dobrze wypada w gotowym już serialu - Janssen gra dobrze, wygląda jeszcze lepiej, a za jej postacią kryje się jakaś tajemnica, którą twórcy podają nam niestety dużą łopatą.

Akcja zawiązuje się w momencie, w którym Tom Keen dowiaduje się, iż jego rzekomo zmarły ojciec nie dość że żyje, to jeszcze ma się całkiem świetnie (oprócz objawów dość zrozumiałej okolicznościami paranoi). Tom spotkał się z matką w celu wykonania misji uwolnienia porwanej przez byłego agenta CIA agentki tejże samej agencji. Potem zaś nastąpiło (niezbyt) wzruszające spotkanie ze starym znajomym, czyli Salomonem, który jakimś cudem przeżył postrzelenie go przez Toma. Widać, że chciano nam tu zestawić przyszłą trudną męską przyjaźń między ludźmi, którzy kiedyś chcieli się pozabijać, a w dodatku są całkiem bezwzględni. Do kompletu w zespole Susan Hargrave mamy jeszcze grubego nerda (z błyszczącą i świecącą klawiaturą) i stanowiącą dodatek kobietę, która chyba długo nie pobawi z nami (jeśli oceniać po liście płac serialu na IMDb). Ekipa prawie jak z "Aniołków Charliego", w dodatku z równie mało prawdopodobnymi pomysłami na wykonywanie zleceń.

Weźmy chociaż porwanie za pomocą spuszczenia wody z basenu, razem z celem. Nie dość że dogodnie pod basenem przechodziła wielka rura, to jeszcze olbrzymia masa wody ze średnich rozmiarów basenu dogodnie nikogo z nóg nie zabiła poza osobą, którą miano porwać. Dalszy ciąg zaprezentował całkiem fajny pomysł z kamerą w soczewce kontaktowej (pytanie tylko o zasięg i moc nadajnika, bo coś mi tu nie gra), ale powiedzmy, że to nie dokument i nie wszystko musi się zgadzać. Mamy więc w "The Blacklist: Redemption" trochę gadżetów jak z Bonda i podobnie prawdopodobnych zwrotów akcji, ale bez bondowskiego wdzięku.

Relatywnie ciekawie prezentuje się wątek przewodni - Tom ma na polecenie ojca (przyzwoicie wypadający Terry O'Quinn) zinfiltrować firmę własnej matki i dowiedzieć się, czemu mogła chcieć zabić swojego męża. Dysfunkcjonalne rodziny to chyba znak firmowy marki "Czarnej listy". Biorąc jednak pod uwagę już nawiązaną relację między Tomem a Susan, zapowiada się to ciekawie, a i gra Ryana Eggolda wygląda lepiej niż w serialu-matce.

Mówiąc wprost, "The Blacklist: Redemption" to serial, w którym klisza goni kliszę, a scenariusz pisano najwyraźniej bez przejmowania się prawdopodobieństwem tego, co dzieje się na ekranie. Denerwować może też montaż z dzieleniem ekranu na kilka części, ale akurat mnie oglądało się to zaskakująco dobrze. Na ekranie dzieje się bowiem tyle, że nie ma czasu pomyśleć, jakie to wszystko bezsensowne. Poza tym znakomicie wypada Famke Janssen, a i Edi Gathegi w roli Matiasa Salomona może się podobać (ten jego wieczny uśmieszek!). Można więc oglądać, tylko w sumie po co, gdy jest tyle lepszych seriali? W tym sama "Czarna lista".