Piękny dzień na śmierć. Recenzujemy wybuchowy finał 1. sezonu "Tabu"

"Tabu" (Fot. BBC)

0

Po tygodniach knucia i mordowania okraszonych niezliczonymi chrząknięciami Toma Hardy'ego, pierwszy sezon "Tabu" przeszedł do historii. Sprawdźmy, co wyłania się zza dymu strzelniczego prochu. Spoilery!

Jeśli czytacie ten tekst, musieliście już widzieć finałowy odcinek pierwszego sezonu "Tabu". A skoro tak, to zakładam, że podobnie jak mnie, produkcja BBC i FX przypadła Wam do gustu, pomimo wszystkich swoich wad. Tych w ciągu ostatnich tygodni zdążyło się bowiem trochę nazbierać i nie ukrywam, że od pewnego czasu zaczęły one nieco osłabiać mój, początkowo bardzo duży, entuzjazm wobec serialu. Tym lepiej więc dla niego, że nie ciągnął się w nieskończoność, lecz zamknął sezon (oficjalnych decyzji co do kolejnych jeszcze nie ma) całkiem zgrabnym, wypełnionym akcją odcinkiem – łatwiej wszak przeboleć niedostatki, gdy w powietrzu ciągle jeszcze unosi się zapach prochu, a trup ściele się gęściej, niż wynosi telewizyjna średnia.

Takich atrakcji natomiast ósmy odcinek "Tabu" dostarczył aż w nadmiarze, pędząc do przodu na złamanie karku, jakby przypominając sobie, że została mu niecała godzina na zamknięcie wszystkich wątków. Na wolne tempo i nudne wypełniacze, których zbierało się tu ostatnimi czasy coraz więcej, tym razem nikt nie powinien narzekać. Okazuje się, że jedynym, co trzeba było zrobić, by posunąć akcję do przodu, było zamknięcie głównego bohatera w więzieniu. Od razu wszystko nabrało przyspieszenia, na czele z planem, którego trybiki oglądaliśmy w ruchu nie do końca świadomie już od jakiegoś czasu.

Taboo

Umówmy się – sensu w tym wszystkim nie ma zbyt wiele, bo James wyprowadzający w pole Brytyjską Koronę, Kompanię Wschodnioindyjską i przebiegłego amerykańskiego (no, przynajmniej do pewnego momentu) szpiega, w przerwach pomiędzy kolejnymi porcjami tortur w londyńskiej Tower, to jedna z większych bzdur, jakie ostatnio widziałem. A to przecież nie koniec, bo w napiętym grafiku pana Delaneya znalazło się jeszcze miejsce i na ratunek dla przyjaciół, i skompletowanie zaufanej załogi gotowej wyruszyć z nim za ocean. Obserwując to wszystko, w gruncie rzeczy ani trochę nie zdziwiła mnie reakcja księcia regenta (Mark Gatiss), który całkiem rozsądnie nakazał wreszcie zastosować rozwiązanie siłowe. Na jego miejscu pewnie też miałbym już tego po dziurki w nosie.

gatiss

Patrząc na efekt tej jednej prostej decyzji, człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego nie można było tak wcześniej? Niezwykle efektowna i trzymająca w napięciu sekwencja bitwy w porcie skutecznie podniosła mi ciśnienie i pozwoliła błyskawicznie zapomnieć o całej reszcie. Bo nie da się ukryć, że choć finał "Tabu" oglądałem z naprawdę dużą przyjemnością, gdybym zaczął rozkładać go na czynniki pierwsze, jego ocena musiałaby się gwałtownie obniżyć. Nie zamierzam tego jednak robić i nie jest to wcale żaden przypływ dobrej woli z mojej strony – po prostu "Tabu" zdążyło już przyzwyczaić, że pewnych rzeczy nie należy się po nim spodziewać. Perfekcyjnie logiczny i misternie skonstruowany scenariusz to właśnie jedna z nich.

Czyli co, chwalimy słabości? Skądże znowu, raczej przymykamy na nie oko, ciesząc się tym, co serial oferuje w zamian. A było to iście rollercoasterowe tempo przyozdobione kilkoma zwrotami akcji, wybuchami, strzelaninami i całkiem zaskakującymi zgonami. Na domiar wszystkiego, już na samym początku pozbyto się prawdopodobnie najbardziej irytującej postaci w całym serialu – bez wielkiego sensu i szczególnych wyjaśnień, jakby twórcy przeczuwali nastroje widowni wobec niej. Szaleństwo? Pewnie tak, ale jakie to było satysfakcjonujące!

Od samego początku "Tabu" wyglądało na taki rodzaj serialu, który przede wszystkim ma się dobrze prezentować. Bez mała genialna realizacja pudrowała sporo scenariuszowych niedociągnięć, a jedyny w swoim rodzaju klimat potęgował atmosferę tajemnicy i pozwalał w nią wsiąknąć bez zadawania zbędnych pytań. Finał był kwintesencją tego podejścia, a jednocześnie ostatecznym odrzuceniem jakichkolwiek większych ambicji. Bo jak inaczej traktować serial fundujący nam spisek na spisku i Toma Hardy'ego mamroczącego słowa w nieokreślonym języku, które w wolnym tłumaczeniu rozumiałbym jako: "Nie myślcie o tym za dużo, po prostu bawcie się dobrze"? Nie zamierzam się więc pieklić, nad lekkie rozczarowanie stawiając czystą przyjemność oglądania, jak najwyraźniej przygotowany na (prawie) każdą okoliczność James wprowadzał w życie swój plan.

tabu2

Można na to wszystko spojrzeć oczywiście nieco bardziej krytycznym wzrokiem, a wtedy łatwo spostrzeże się rządzące tą historią niezwykłe zbiegi okoliczności, postaci ze zmarnowanym potencjałem (Franka Potente!) czy wątki, które nijak nie trzymają się kupy (Michael Kelly i jego Dumbarton – choć trzeba przyznać, że w roli flagi prezentował się na swój sposób imponująco). Nie sądzę jednak, by miało to wielki sens. "Tabu" zrobiło swoje, a więc przez kilka tygodni zapewniało nam godziwą rozrywkę w historycznym kostiumie, a na koniec tylko potwierdziło to, czego domyślaliśmy się od początku – wielkiej filozofii próżno się tu doszukiwać.

Niekoniecznie oznacza to, że jeszcze się jej nie doczekamy, wszak sezon zakończył się tak, że nic, tylko kontynuować opowieść. Twórca, Steven Knight, twierdził, że zaplanował jeszcze przynajmniej dwie odsłony tej historii i mam nadzieję, że nie będzie zmuszony skazać swoich bohaterów na wieczną morską podróż. Zbyt wiele kwestii zostało tu nierozwiązanych, los paru istotnych postaci (niech nikt nie waży się odbierać mi Lorny i Cholmondeleya!) zawisł na włosku, a nade wszystko, szkoda byłoby tracić ni mniej, ni więcej, tylko dobry serial. Nieważne więc, czy mielibyśmy się teraz przenieść na drugą stronę Atlantyku, czy zatrzymać na Azorach, czy jakimś sposobem znowu wylądować w Londynie, trzymam kciuki, by po raz kolejny ujrzeć Jamesa Delaneya i jego wesołą gromadkę. Pal licho pod jaką banderą.