W końcu koniec! Recenzujemy finał serialu "Kości"

"Kości" (Fot. FOX)

0

Wierni fani Bones i Bootha z pewnością wyżymali chusteczki, oglądając finał. Niestety, reszta musiała solidnie się wynudzić, by wreszcie dotrwać do końca, choć działo się bardzo dużo. Spoilery!

Jakoś pod koniec 6. sezonu w "Kościach" siadło napięcie i zaczęła wkradać się pospolita nuda. W następnych latach rewelacyjny (w swojej klasie) serial zamienił się we własną parodię z elementami opery mydlanej. Nadal miewał swoje momenty i sporo zabawnych dialogów, ale nie było już ani wartych uwagi złoczyńców, ani wychodzących poza schemat śledztw. Wyniki oglądalności mówią dziś same za siebie - podczas gdy kiedyś "Kości" miały nawet 10 milionów widzów na odcinek, to najgorszy wynik zanotowały w finałowym sezonie. 10. odcinek obejrzało 2,52 mln widzów, a finał zgromadził przed ekranami tylko 4,35 mln osób.

Jednak to właśnie wierni fani dostali w "The End in the End" dużą nagrodę. Okazji do wzruszeń i przypominania sobie dawnej świetności było bowiem bez liku. Zarówno tych wyrażonych wprost, jak i tych kryjących się w dialogach - sporo było nawiązań do pilota serialu, stanowiących całkiem zgrabne klamry spinające historię Bones i Bootha. Były też okazje do tego, by przejmować się losem bohaterów, w końcu finał zaczął się dokładnie tam, gdzie skończył poprzedni odcinek, czyli w Jeffersonian po wybuchu. A właśnie, wiedzieliście, że eksplozje bomb mogą być tak miłe, że niszczą budynek, ale nie tak, by nie dało się po nim jeździć na wózku inwalidzkim?

Choć fanem "Bones" przestałem być już dawno, gdzieś w okolicach 7. sezonu, to jednak nawet dla mnie bardzo smutnymi momentami były te, w których Bones była bezradna. Eksplozja nie zabiła jej (w wyciskającej łzy scenie Booth doprowadził ją do przytomności, wymawiając jej imię), ale sprawiła, że umysł Brennan przestał działać jak należy. Naprawdę, nawet ja zacząłem sięgać po chusteczkę, gdy Bones patrzyła na kości i nie bardzo wiedziała, co z tym fantem zrobić. Na szczęście (i tu fani sięgali po chusteczki) pamiętała o swoich stażystach - kiedy ich zatrudniała i co z nimi przeżyła.

Zakończenie historii ostatniego złoczyńcy do złapania było jednak nieco żenujące. Będąca w stanie, w którym każdy normalny lekarz wsadziłby ją do szpitalnego łóżka, Bones biegała z bronią automatyczną razem z Boothem. Zbrodniarz jeździł dogodnie w kółko zamiast uciekać (fakt, przeszkadzał mu śmigłowiec FBI), a gdy tylko natrafiła się dogodna okazja w scenariuszu, Bones odzyskała swój ostry umysł. A mogło być fajną puentą pozostawienie obojga bohaterów w stanie, w którym każde z nich utraciło swój największy atut - Bones ostrą jak brzytwa inteligencję, a Booth umiejętności strzeleckie. Niestety, tak się nie stało, a Booth z kilkudziesięciu metrów trafił kogo trzeba jak na strzelnicy.

Bum.

Nie jest jednak tak, że finał "Kości" nie dał nam kilku naprawdę świetnych scen, jak za starych dobrych czasów. Hodgins mówiący o sobie, że przecież jest znanym paranoicznym wyznawcą teorii spiskowych i Angela czule wyznająca, że jednak go cały czas słuchała... to było naprawdę zabawne. Podobnie jak radość Hodginsa z faktu, że będzie "królem laboratorium" w zastępstwie Cam. To był te krótkie momenty przypominające, że "Kości" były kiedyś czymś więcej niż proceduralem skrzyżowanym z operą mydlaną, ale były też dowcipne i autentycznie zabawne.

Dobrze, że "Kości" wreszcie się skończyły. Doceniam też, że w finale twórcy dali fanom dużo nawiązań do dawnych odcinków oraz momentów do wzruszeń. Dzięki temu oglądanie "The End in the End" miało momenty, kiedy było dobrą zabawą. Nadal jednak żałuję, że "Kości" nie skończyły się po 6. albo 7. sezonie. Zapewne wtedy bym po nich nawet troszkę płakał. A tak czuję tylko ulgę.