Przechodząc do klasyki. Recenzujemy finał 2. sezonu "The Expanse"

"The Expanse" (Fot. SyFy)

To nie był najlepszy odcinek "The Expanse" ani tym bardziej dobry finał. Ale w ostatecznym rozrachunku jako całość ten sezon można uznać za dużo ciekawszy od poprzedniego. Spoilery.

Problem z 2. sezonem "The Expanse" wynika bezpośrednio z jego struktury. W 5. odcinku, "Home", zakończył się wątek dotyczący Millera, Julie Mao i tego, co działo się z planetoidą Eros. Jej uderzenie w powierzchnię Wenus było spektakularnym zakończeniem tych wszystkich historii. I kolejne odcinki budowały nową historię, głównie wokół sierżant Draper i jej uwikłania w spór marsjańsko-ziemski, ale nie wystarczyło czasu, by ten temat się w pełni rozwinął. Dlatego druga część sezonu jest słabsza niż pierwsza, zaś finał to bardzo przeciętny odcinek, w którym dużo czasu zajmują rozmowy o tym, co strasznego wkrótce ma się wydarzyć.

Oczywiście można stwierdzić, że jest pewien przełom: Ziemia i Mars rozpoczynają prawdziwą, nie zimną czy udawaną wojnę, której celem jest przejęcie protomolekuły, pozaziemskiej substancji, która może być superbronią zdolną zmienić równowagę sił w Układzie. Pierwsza bitwa - której niestety nie widzimy, zapewne z przyczyn budżetowych - rozgrywa się nad Ganimedesem. To rzeczywiście kończy pewien etap w całym serialu, który do tej pory pokazywał co najwyżej rosnące napięcie między tymi dwiema potęgami, a nie wybuch prawdziwego starcia między innymi.

To nie oznacza oczywiście, że ten sezon "The Expanse" można uznać za nieudany, wręcz przeciwnie. Mimo narracyjnych mielizn, na które wpadł sezon w drugiej połowie, nadal jest to duża poprawa w stosunku do sezonu pierwszego. Ten serial to być może najlepsze w tym momencie zobrazowanie polityki na dużą skalę na małym ekranie. I to z ogromnym rozmachem. "The Expanse" zapada w pamięć, a niektóre sceny - jak chociażby slalom korwety Rocinante między księżycami Jowisza - mogą przejść do klasyki science fiction. Od czasu "Battlestar Galactica" przestrzeń kosmiczna nigdy nie wyglądała tak interesująco. I chyba nigdy nie była bohaterem samym w sobie, a tak właśnie jest w "The Expanse".

W finale "bohaterem" jest też hybryda powstała w wyniku eksperymentów z protomolekułą, ale polowanie na nią i sposób, w jaki dzielna załoga Rocinante poradziła sobie z zagrożeniem, niestety przypomina słabsze odcinki "Star Treka", w których USS Enterprise ratował technobełkot w wykonaniu Daty i Głównego Inżyniera. Inne skojarzenie - tym razem pozytywne - budzi przemowa Naomi do Holdena, w którym uzasadnia dlaczego nie zniszczyła protomolekuły, tylko przekazała ją w ręce OPA. To przywołuje pewne echa "Deep Space Nine" i moralnych wyborów, które są nieuniknione w czasie wojny.

Zyskały i inne postacie. Chrisjen Avasarala (świetna Shohreh Aghdashloo) to najtwardsza kobieta w polityce od czasów Claire Underwood. Holden (Steven Strait) wyrobił się jako lider. W tle jest jego załoga - Amos, Naomi, Prax w drugiej części sezonu. I to nie koniec. Jest jeszcze pełna paleta terrorystów/bojowników o wolność z OPA, przedstawicieli marsjańskiej marynarki wojennej i tak dalej. Każda z postaci, nawet ta drugoplanowa ma swoja agendę i żadna nie jest jednowymiarowa. W tym świecie nie ma bohaterów i nie ma czarnych charakterów. Nawet odpowiedzialny za kryzys związany z protomolekułą Jules-Pierre Mao ma swoje motywacje i uzasadnienie własnej działalności.

W ostatnich dwóch odcinkach wyróżnia się zdecydowanie Errinwright. Gdy już wydaje się, że zostanie politycznym kozłem ofiarnym w kryzysie z protomolekułą, udowadnia, że nie cofnie się przed niczym, by uratować siebie - oraz Ziemię, przynajmniej we własnym mniemaniu. To, czym jest patriotyzm, to jeden z ważniejszych wątków całego serialu. W tym sezonie zwłaszcza jest na pierwszym planie.

"The Expanse" nie ma sobie równych, jeśli chodzi o współczesne space opery. I to nie tylko dzięki zróżnicowanym postaciom czy mrocznej, ale bardzo realistycznej jak na serial toczący się w dalekiej przyszłości, "politycznej" tematyce. Terroryzm, patriotyzm, przetrwanie gatunku, dylematy jednostka kontra zbiorowość, nierówności etniczne i społeczne, etyka naukowa, ekologia - "The Expanse" ma wszystko.

To również zasługa gigantycznego przywiązania do detali, które widać na każdym kroku. Od sposobu poruszania się okrętów i statków przez zasady działania broni po techniczne szczegóły systemów hydroponicznych i nawigacji w Układzie Słonecznym - nawet jeśli nie wszystko ma sens pod względem naukowym, to jednak tworzy szczególny, działający i istniejący świat. Pojazdy w "The Expanse" nie są lśniącymi maszynami prosto z fabryki, tylko mocno zużytym (w większości przypadków) sprzętem, w którego istnienia da się uwierzyć.

Pod względem narracyjnym i scenariuszowym 2. sezon miał swoje braki. Podzielenie wątków na dwie oddzielne części nie wyszło na dobre. Ale to nie zmienia faktu, że już teraz "The Expanse" śmiało można zaliczyć do klasyki gatunku, która będzie wymieniana jednym tchem z innymi kultowymi produkcjami tego typu, od wspomnianej wyżej "Battlestar Galactica", przez "Gwiezdną Eskadrę", aż po "Firefly".

REKLAMA