Wielkie emocje zaklęte w dźwiękach. Rozmawiamy z Maxem Richterem, twórcą muzyki do "Pozostawionych"

"Pozostawieni" (Fot. HBO)

0

Max Richter opowiada nam o swoich miłościach muzycznych, współpracy z Damonem Lindelofem, oglądaniu odcinków "Pozostawionych" bez muzyki i o tym, jak zmienia się telewizja.

Maxa Richtera, podobnie jak Justina Theroux i Damona Lindelofa, a także Christophera Ecclestona, spotkałam w kwietniu w Paryżu na festiwalu Series Mania. Kompozytor, który regularnie wydaje nowe płyty, koncertuje, a także tworzy muzykę do filmów i seriali, okazał się być wielkim entuzjastą "Pozostawionych". Opowiadał nam o tym, co początkowo przyciągnęło go do projektu, jak czekał na kolejne odcinki, oglądał je bez muzyki i wprowadzał wszelkie poprawki, o które był proszony przez twórców serialu.

Finał "Pozostawionych" będziecie mogli obejrzeć w poniedziałek 5 czerwca o godz. 20:10 w HBO - albo od rana w HBO GO. A tymczasem zapraszam do lektury naszej rozmowy.

Wielu widzów ogląda dziś "Pozostawionych", ponieważ znają Twoją muzykę i przyciągnęło ich do serialu Twoje nazwisko. Jak to odbierasz?

To dla mnie zaszczyt i coś wspaniałego. Kiedy rozplanowuję wszystko podczas pracy, staram się tworzyć tak, aby dotrzeć do ludzi. Ale nigdy tak naprawdę nie wiem, co stworzyłem, dopóki publika tego nie usłyszy. I to jest jak druga połowa mojego wynagrodzenia, kiedy widzę, jak ludzie na to reagują. To jest kompletnie nieprzewidywalne, nie można tego oczekiwać. Kiedy więc coś dociera do ludzi tak jak ten serial, pojawia się dreszczyk emocji.

Powiedz, jak bardzo różni się praca nad muzyką filmową i muzyką do serialu? Bo w przypadku filmu masz jednak bardzo ograniczony czas, a tutaj musisz wypełnić osiem czy dziesięć godzin. Jak to działa w praktyce?

Pracujemy w cyklach. Tworzymy jeden odcinek, potem przechodzimy do kolejnego. Na początku jest dużo budowania całego świata, eksperymentowania. Staramy się znaleźć naturalny język; język, który wydaje się właściwy i nieunikniony. To jak szukanie czegoś, co by sprawiało wrażenie, jakbyś sam tego nie stworzył. Jakby po prostu tam było. Odkrycie tego zajmuje trochę czasu, a potem przechodzi się do kolejnego etapu. W telewizji świetne jest to, że dostaje się tak dużo czasu z postaciami. Nie trzeba robić wszystkiego za jednym razem, można pozwolić sobie na trochę cierpliwości, jeśli chodzi o ujawnianie kolejnych rzeczy. To jak chodzenie wokół rzeźby - jest czas, żeby zobaczyć ją z różnych stron, różnych aspektów. Nawet jeśli jest już stworzone coś w rodzaju kręgosłupa, który jest widoczny w całych "Pozostawionych" - trzy czy cztery podstawowe motywy - to mamy też czas, żeby dodawać do tego zupełnie nowy materiał, w miarę jak opowieść się rozwija. To bardzo satysfakcjonujące.

Co zmienia fakt, że odcinki najczęściej kręcą się wokół jednej postaci?

To rzeczywiście bardzo interesujące, że mamy tu mnóstwo odcinków skupionych na konkretnych postaciach. Ale wciąż staje się przed tymi samymi pytaniami. Bo tak, masz daną postać, ale postać to tak naprawdę tylko narzędzie do zadawania pytań. Motywy są zawsze te same, więc tak, z jednej strony chodzi tu o tę konkretną postać, a z drugiej, wciąż stajemy przed pytaniami tego samego typu.

A czy inspirują Cię także miejsca, które pojawiają się w serialu?

Pewnie. Ścieżka dźwiękowa zmieniła się i przyjęła nieco inne barwy z powodu zmian miejsca akcji w kolejnych sezonach.

Jak w praktyce wygląda Twoja praca, kiedy zmienia się miejsce akcji? Zaczynasz od oglądania zdjęć miejsc, które pojawią w nowym sezonie?

Na samym początku, kiedy jeszcze nie było żadnego materiału, pisałem po prostu na podstawie scenariusza. Potem to się zmieniło - w trakcie pierwszego, a także drugiego i trzeciego sezonu zacząłem dostawać już nakręcony materiał, więc zdecydowałem, że przestanę czytać scenariusze i będę się dawał zaskoczyć, a następnie odpowiadał na obrazy, opowiadaną historię i na sposób jej opowiadania na ekranie. W ten sposób lepiej rozumie się, jaką barwę ma ta opowieść, także z muzycznego punktu widzenia.

Czyli po prostu oglądasz gotowe odcinki, ale bez muzyki?

Ten proces trochę się zmieniał w trakcie. Na początku pisałem tylko i wyłącznie na podstawie scenariusza, a potem zacząłem oglądać coraz więcej gotowych obrazów. W sezonie drugim i trzecim w ogóle już nie czytałem scenariuszy, tylko oglądałem.

I jak to jest oglądać taki odcinek bez muzyki? Jak to odczuwałeś?

To naprawdę ekscytujące, bo czujesz się osobiście związany z postaciami. Jest w tym bardzo dużo emocji. Czujesz, że ci ludzie to niemal jak twoja rodzina, i chcesz wiedzieć, co u nich będzie dalej. Kiedy więc nowy odcinek pojawiał się w mojej skrzynce, to było prawie jak święta. (śmiech) Byłem rzeczywiście ciekawy, co się wydarzy dalej.

Trudno sobie wyobrazić oglądanie "Pozostawionych" bez Twojej muzyki. Jak wygląda zgrywanie obrazu z dźwiękiem w przypadku tego serialu?

To też się zmieniało, w miarę jak posuwaliśmy się do przodu. Odcinki są przemontowywane i kiedy je dostaję, są w nich fragmenty mojej muzyki z poprzednich odcinków. Jest coś na kształt szkieletu, który potem czyścimy i udoskonalamy, zmieniając czasem to i owo.

Czy Damon Lindelof, pisząc odcinki, wie już dokładnie, co gdzie co by chciał usłyszeć?

Zdecydowanie. Często już w scenariuszu jest dokładnie zaznaczone, gdzie ma być muzyka.

A jest zaznaczone, jaka to ma być muzyka? Bo przecież możliwości jest mnóstwo.

Cóż, on jest dość zabawny, kiedy przychodzi do muzyki. Wypisuje tam różne szalone rzeczy. (śmiech)

Myślisz, że Twoja muzyka dodaje serialowi jeszcze więcej tajemnic czy raczej odwrotnie - pomaga znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania?

Myślę, że jedno i drugie. Bo w serialu chodzi o pytania, prawda? W serialu chodzi o to, dlaczego robimy to, co robimy, jak to usprawiedliwiamy i czy istnieje możliwość, że dostaniemy odpowiedzi, czy powinniśmy nauczyć się szczęśliwie żyć z pytaniami. Krótko mówiąc, chodzi o same wielkie rzeczy. I to właśnie te wielkie rzeczy sprawiły, że w ogóle chciałem pisać muzykę. To napędza moją pracę od samego początku. Także dla mnie ten projekt był idealny. Jakby napisali to dla mnie! (śmiech)

Czyli Twoim celem nie było dawanie odpowiedzi, tylko utrzymywanie nas w stanie niewiedzy i jeszcze potęgowanie tego?

Tak, w serialu jest kilka kluczowych pytań i w praktyce można to podsumować w ten sposób. Serial zbudowany jest zgodnie z zasadą, by nie podsuwać widzom rozwiązań, tylko pozostawić otwartą przestrzeń. Bo w "Pozostawionych" nawet kiedy już wydaje się, że znaleźliśmy jakąś odpowiedź, to tak naprawdę wcale tak nie jest.

W serialu często mamy do czynienia z fuzją muzyki klasycznej i elektronicznej. Co takiego zainteresowało Cię w elektronice?

Nigdy nie rozumiałem podziałów pomiędzy tymi dwiema gatunkami. Gdybyśmy spojrzeli na historię muzyki, zobaczylibyśmy, że kompozytorzy używali wszystkiego, co mieli pod ręką. W XVII wieku nie było elektronicznej muzyki, więc z niej nie korzystali, ale już w XVIII, XIX wieku muzyka zaczyna się zmieniać. Orkiestra się powiększa, pojawiają się nowe instrumenty, klawiatura fortepianu staje się dłuższa. To wszystko są narzędzia służące do opowiadania historii. Teraz mamy elektronikę, więc powiększa się paleta, jest więcej barw i możliwości ekspresji. Dla mnie łączenie tych dwóch rzeczy było zawsze bardzo naturalne.

W "Pozostawionych" jest dużo muzyki, której Ty nie stworzyłeś, jak różne popularne hity. Czy twórcy serialu konsultują z Tobą swoje wybory?

Czasem tak, ale to zależy. Czasem pełnią one strukturalną funkcję w serialu, na przykład jakaś scena jest kręcona z konkretnym utworem, więc to ważne, żeby on się pojawił w takiej a nie innej formie. To się zdarza całkiem często, utwór wtedy pełni funkcję swego rodzaju komentarza dla rozgrywającego się dramatu. Wtedy to musi być ten konkretny utwór. Ale też zdarza się, że ta muzyka wchodzi w interakcje z moją ścieżką dźwiękową. Generalnie uważam, że decyzje związane z muzyką w serialu są fenomenalne. Nadzoruje to Liza Richardson, która wykonuje niesamowitą robotę. Ale Damon Lindelof i reszta ekipy też bardzo dobrze orientują się w muzyce, także nigdy nie mam wrażenia, że podejmą złą decyzję. Wszystko jest tu świetne i zawsze jestem zachwycony, kiedy pojawia się jakiś utwór w serialu.

Co poczułeś, kiedy dowiedziałeś się, że serial już się kończy?

To było dla mnie interesujące doświadczenie. Ekipa, która to kręci, pracuje praktycznie przez cały rok. W moim przypadku to było dużo bardziej skoncentrowane, to znaczy pracowałem przez kilka miesięcy, potem miałem kilka miesięcy przerwy. Na pewno za tym tęsknię, kiedy tego nie robię. To jak niewidywanie się z przyjaciółmi - chcesz wiedzieć co u nich. Jest w tym trochę emocji, bo przywiązujesz się do postaci i do ludzi. Ale myślę, że podjęta przez twórców decyzja o zakończeniu serialu i finałowym sezonie - wynikająca w pewnym sensie z powodów kreatywnych - w pewien sposób ułatwiła sprawę. Nie miałem wrażenia, że zostałem od czegoś odciągnięty, wszystko tutaj ku czemuś zmierzało. Ten projekt to była dla mnie ogromna przyjemność.

Pracujesz już nad muzyką do kolejnych seriali albo filmów?

Zrobiłem ostatnio kilka innych rzeczy. Teraz pracuję nad filmem "Hostiles" Scotta Coopera, który jest świetny. Jest też serial "Tabu", momentami dość szalony. Pracuję również nad nową płytą i jeszcze kilkoma innymi rzeczami.

A wrócisz kiedyś do "Black Mirror"?

Pytali mnie już, czy zrobię kolejny odcinek. Ale sam nie wiem, nie chcę zapeszać. Odcinek Joego Wrighta ["Nosedive" - MW] był tak dobry i Bryce Dallas Howard była tak niesamowita w tej roli, że nie wiem, czy jestem w stanie to przebić i czy ktokolwiek jest w stanie to przebić. Nie chcę przynieść im pecha, robiąc kolejny odcinek.

Łatwiej czy trudniej się pracuje, kiedy masz do czynienia z konkretnym gatunkiem filmowym, mającym już jakieś założenia? Bo to się też wiąże z pewnymi oczekiwaniami publiczności, np. kiedy idą do kina zobaczyć western, spodziewają się czegoś konkretnego, także po muzyce.

To ciekawe pytanie i w sumie... nie wiem. Na pewno jedną z rzeczy, którą robimy w "Pozostawionych", jest bawienie się oczekiwaniami publiczności. Teraz pracuję nad filmem "Hostiles", który jest mroczną historią o amerykańskim Dzikim Zachodzie. Kiedy myślimy o Dzikim Zachodzie, rzeczywiście od razu pojawia się skojarzenie z pewnym konkretnym językiem muzycznym. I w pewnym sensie miło to mieć, bo można jakoś się do tego odnieść albo z tego odniesienia zrezygnować. To rzeczywiście dość użyteczne.

Opowiedz o pracy przy filmie "Miss Sloane" z Jessicą Chastain. Czym się różnił ten projekt od innych?

"Miss Sloane" jest dla mnie interesującym projektem, bo większość rzeczy, które robię, ma wpisaną jakąś agendę społeczno-polityczną, nieważne, czy mówimy o płytach, czy balecie, czy filmie. I "Miss Sloane" dobrze się w to wpisuje, bo opowiada o władzy, korupcji, opresji, a także informacji, danych. To wszystko słychać w muzyce, w której jest sporo elektroniki z tego powodu. Idea "nawałnicy danych" to coś, co napędza język muzyczny "Miss Sloane". To i oczywiście występ Jessiki Chastain, która jest w tym filmie po prostu niesamowita.

W ostatnich latach kompozytorzy stają się coraz bardziej rozpoznawalni, nie tylko dzięki filmom, ale także dzięki telewizji. Myślisz, że z czego to wynika?

Myślę, że sam język telewizji stał się w ostatnich latach bardziej otwarty na eksperymenty. Jest mnóstwo bardzo kreatywnych pomysłów i seriali typu "Zobaczmy, co się wydarzy". To świetna sprawa i kreatywna muzyka, często pełniąca funkcję komentarza, interwencji czy żartu, jest częścią tego. Do telewizji przychodzą też reżyserzy filmowi i przyprowadzają ze sobą muzyków, których pracę po prostu lubią. To poszerza perspektywę.

Czy zgodziłbyś się ze stwierdzeniem, że telewizja to dobry sposób na rozpropagowanie muzyki klasycznej wśród ludzi, którzy nigdy by się nią nie zainteresowali?

W jakimś sensie pewnie jest. Nie jest to coś, nad czym się zastanawiam, ale myślę, że to prawda, że ludzie łatwiej tolerują eksperymenty muzyczne, kiedy są połączone z obrazami. Weźmy chodźmy muzykę z "Batmana", gdzie jest orkiestra, która zgrzyta przez jakieś półtorej godziny. Gdyby to samo grać na koncercie, bez połączenia z "Batmanem", sala koncertowa byłaby pusta. A w filmie nie ma problemu - ludzie siadają w kinie z popcornem i wszystko jest dobrze. To interesujące, bo wszystko zależy od kontekstu. W muzyce klasycznej cudowne jest to, że uczysz się ją kochać, kiedy jej doświadczasz. To język, którego choć troszkę musisz się nauczyć. I kiedy ludzie doświadczają, czym jest orkiestra i uczą się jej języka, to świetna sprawa.

Którzy kompozytorzy są dla Ciebie punktem odniesienia?

Głównie starzy kompozytorzy, jak Bach.

A co z muzyką filmową i eksperymentami z klasyką, jak te z filmów Stanleya Kubricka?

O, muzyka w filmach Kubricka jest niesamowita! Naprawdę dobra. To, co jest tu ciekawe, to fakt, że on zapytał: "A w sumie czemu mam zatrudniać kogoś, żeby komponował mi muzykę, skoro jest Schubert?". No cóż, OK! (śmiech) Myślę, że on używał muzyki w bardzo radykalny, ale też zręczny sposób. Ta kolizja pomiędzy obrazem i dźwiękiem jest zadziwiająca.

Są jacyś filmowcy, z którymi szczególnie chciałbyś pracować?

O, wielu! Myślę, że w tym chodzi o alchemię pomiędzy scenariuszem, ludźmi i tym, co ja robię. To musi być właściwa rzecz we właściwym czasie. A przynajmniej staram się, żeby tak było. "Pozostawieni" byli takim właśnie projektem. Scenariusz jest po prostu nieprawdopodobny!

Jak zostałeś częścią tego projektu?

Damon i Pete [Berg, reżyser i producent "Pozostawionych" - MW] - a możliwe, że tylko Pete - widzieli na Broadwayu sztukę z Alanem Cummingem, która była "Makbetem" w wykonaniu jednego aktora. Wykorzystano w niej dużo mojej muzyki. Wydaje mi się, że przyszli do mnie właśnie ze względu na tę sztukę. Ale Damon chyba też znał niektóre z moich płyt. Zadzwonili do mnie i przysłali mi scenariusz, a potem wszystko było dla mnie oczywiste od pierwszej chwili.

Kupiłeś to od razu?

Rzecz w tym, że ja czytam dużo scenariuszy. Większość nie robi na mnie wrażenia, a tutaj naprawdę od samego początku było oczywiste, że to jest niesamowicie napisane. Od razu chciałem przeczytać całość, co nie zawsze się zdarza, spójrzmy prawdzie w oczy. To było to.

Czyli kiedy zapoznajesz się z nowym projektem, bardziej chodzi o to, jak to jest napisane, niż o to, co już jest w Tobie, kiedy czytasz dany scenariusz?

Cóż, różnie z tym bywa przy różnych projektach. Na przykład "Black Mirror" też jest fantastycznie napisane, ale przede wszystkim przyciągnęła mnie tematyka odcinka "Nosedive". Wydała mi się ona bardzo aktualna, istotna i w jakiś sposób nagląca dla nas jako społeczeństwa, którego dotyczy ta historia. A poza tym wcześniej zrobiłem wielki projekt, album zatytułowany "Sleep", który w pewnym sensie jest manifestem na temat społeczeństwa opartego na ciągłym przepływie danych i tego, że czasami musimy zrobić sobie przerwę. Scenariusz "Black Mirror" dobrze się z tym łączył. Jego bohaterka jest swego rodzaju pasażerem w tym wielkim procesie z danymi w roli głównej.

Co Cię nudzi w scenariuszach, które czytasz i odrzucasz?

Tu nawet nie chodzi o to, że jakiś scenariusz jest obiektywnie nudny, po prostu nie jest dla mnie właściwy w danym momencie. Takie rzeczy przychodzą falami, to znaczy robisz projekt, który odnosi sukces, a potem to do ciebie wraca jak echo w różnych formach, bo ludzie zaczynają to przerabiać i tworzyć własne wersje. To widać także w przypadku "Pozostawionych", którzy się kończą, ale pojawiają się nowe rzeczy, które sprawiają wrażenie jakby były trochę podobne. I to są już rzeczy, które są mniej interesujące, bo chcę mieć do czynienia z tym pierwszym, podstawowym impulsem kreatywnym.

Odwróćmy sytuację - czy zdarza się, że ktoś Twoją pracę odrzuca albo chce coś zmieniać? Damon prosi Cię czasem o poprawki, bo coś mu nie pasuje?

Oczywiście!

I jak się wtedy czujesz?

To jest jak najbardziej w porządku. To wszystko zależy od tego, kim chce się być. Stawianie zawsze na swoim nie jest dla mnie definicją sukcesu. Zupełnie nie o to chodzi. Chodzi o to, żeby opowiedzieć historię w tak mocny sposób, jak tylko się da. Na tym się skupiamy w "Pozostawionych" i muzyka jest formowana także przez pozostałe elementy serialu. To proces podobny do rzeźbienia. Więc tak, często odbywamy konwersacje na ten temat i słyszę, że "to już prawie to" albo że coś powinno mieć "trochę inną energię", "zaakcentujmy bardziej to, zaakcentujmy tamto". To bardzo naturalny proces, oparty na konwersacji.

Jak sądzisz, czemu tyle czasu minęło, zanim ludzie się zorientowali, że "Pozostawieni" to wybitny serial?

"Pozostawieni" wyprzedzili swoją epokę. Myślę, że byli fantastyczni w pierwszym odcinku pierwszego sezonu, ale świat jeszcze tam wtedy nie dotarł. Teraz "Pozostawieni" dalej są fantastyczni, a świat wreszcie zaczyna to rozumieć i ich nadrabia.

Wszystkie trzy sezony "Pozostawionych" są dostępne w serwisie HBO GO. A w poniedziałek, 5 czerwca o godz. 20:10 HBO pokaże finał serialu.