"Sherlock" (2x01): Bardzo oczekiwany powrót

Zdecydowanie zbyt długo musieli czekać fani "Sherlocka" na jego powrót. O ile jednak rozłąka z produkcją BBC nie była zbyt przyjemnym doświadczeniem, to premierowy odcinek 2. sezonu wynagrodził wszelkie ewentualne niedogodności.

Przez blisko 17 miesięcy los głównych bohaterów zdawał się być dość niepewny. W trakcie kończącej "The Great Game" konfrontacji Watsona (Martin Freeman), Holmesa (Benedict Cumberbatch) i Moriarty'ego (Andrew Scott) nie brakowało przecież materiałów wybuchowych, broni palnej czy laserowych wskaźników doczepionych do prawdopodobnie dość wymyślnych urządzeń, po użyciu których trudno o normalne (czy jakiekolwiek) życie.

O ile jednak wszyscy spodziewali się, że w "A Scandal in Belgravia" powitamy naszych (w większości) ulubionych bohaterów dokładnie w tym samym momencie, chyba nikt nie przewidział, że ową skomplikowaną sytuacje rozwiąże, zwiastujące zaskakującą rozmowę telefoniczną, "Stayin' Alive" grupy Bee Gees. Na marginesie, wciąż nie rozumiem, dlaczego Jim Moriarty musi być okresowo niestabilnym i rozwrzeszczanym wariatem. Na szczęście, w dalszej części epizodu consulting criminal nie będzie zbyt często obecny na ekranie.

Jeszcze zanim podążymy w stronę tytułowego skandalu, czeka nas kilka minut z życia codziennego słynnego detektywa oraz jego pomocnika. Świetne sceny wysłuchiwania potencjalnych klientów, krótkie dialogi dotyczące prowadzonego przez dr. Watsona bloga, pierwsze chwile sławy oraz komiczne elementy wizyty kilku poważnych panów w drogich garniturach uprzyjemnią widzom czas przed, w zasadzie przymusową, wycieczką Holmesa i Watsona do pałacu Buckingham – punktu docelowego, który, ze względu na tytuł epizodu, nie powinien dziwić.

Wspomniany tytuł to odwołanie do jednej z krótkich opowieści - "A Scandal in Bohemia". Podobnie jak w literackim pierwowzorze, sprawa dotyczy potencjalnego skandalu obyczajowego, pliku fotografii w nieodpowiednich rękach i rodziny królewskiej – tym razem, jak można się domyślić po nazwie pałacu, brytyjskiej. Po co tworzyć fikcyjny dom panujący, skoro ma się własny – z długą tradycją skandali, jakże ochoczo opisywanych przez wszelkie możliwe tabloidy.

W opowiadaniu "A Scandal in Bohemia" czytelnikom przedstawiono Irene Adler, postać unikalną jak opowiadania Conan Doyle'a. Jej współczesna, serialowa wersja nie jest Amerykanką i byłą śpiewaczką operową, a słynną dominatrix, zwaną the woman, słynącą pośród londyńskich wyższych sfer ze swoich niezwykłych usług, kolejnych skandali i rozbijania małżeństw. Grająca ją Lara Pulver wypada rewelacyjnie w swojej roli, świetnie lawirując pomiędzy zadziwiającą i delikatną bezradnością, a fascynującymi chwilami całkowitej kontroli nad otoczeniem.

Prawdopodobnie wszystkie te elementy wystarczyłyby do stworzenia w pełni satysfakcjonującego odcinka, jednak sama współczesna wersja literackiego pierwowzoru nie stanowi nawet połowy telewizyjnej opowieści. Dość prosta sprawa zamienia się w skomplikowaną grę pomiędzy Adler, Sherlockiem, Mycroftem Holmesem (Mark Gatiss) i Moriartym.

W interesującej sytuacji znalazł się dr Watson, który nie tylko momentami sprawia wrażenie kompletnie zagubionego, ale to właśnie z nim prawie wszyscy dzielą się poufnymi informacjami. I w gruncie rzeczy wciąż do końca nie wiadomo, jakie są cele niektórych graczy, a kolejne elementy tajemnicy scenarzyści dawkują z ogromnym wyczuciem. Szczególne wyrazy wdzięczności należą się twórcom za bardzo widoczną obecność właśnie Mycrofta i Adler.

Nie zniknęły również tradycyjne zalety produkcji BBC jak niezliczony zasób fascynujących detali i inteligentne wykorzystanie wszystkich współczesnych udogodnień technicznych. Wspomniane kompromitujące zdjęcia znajdować się będą w pamięci dość nietypowego iPhone'a, który na dodatek zwiedzi miejsca niedostępne zwykłym śmiertelnikom. Irene Adler dorobi się konta na Twitterze, a blog Watsona będzie czytany przez członków rodziny królewskiej. Widzowie zobaczą również przepraszającego (!) Sherlocka, dowiedzą się, jak nazywa braci Holmes Jim Moriarty oraz poznają przyczyny noszenia przez słynnego detektywa charakterystycznego nakrycia głowy. Najciekawsze jednak, że zarówno wszystkie, nawet najdziwniejsze, detale oraz liczne akcenty humorystyczne, mogą zarówno stanowić dość ważny element całej układanki, jak i być jedynie ukłonem w stronę miłośników prozy Conan Doyle'a.

W efekcie powstała dobrze napisana, ciekawie opowiedziana i pełna świetnych dialogów historia. Co ciekawe po 90 minutach wciąż chce się "więcej" – nawet po to, aby zrozumieć, jakim cudem niecałe 2000 odsłon w ciągu 8 godzin przekłada się na bycie internetową sensacją i gwiazdą brytyjskiej prasy.

REKLAMA