Niech żyje rewolucja! "Orange Is the New Black" - recenzja 5. sezonu

"Orange Is the New Black" (Fot. Netflix)

Witajcie w Litchfield 2.0! "Orange Is the New Black" w tym sezonie postawiło na eksperyment z formą i nawet jeśli nie wszystko wyszło super, mogę Was zapewnić, że będziecie się dobrze bawić.

Chyba każdy, kto widział finałowy sezon "Jak poznałem waszą matkę", obawia się eksperymentów w stylu "zróbmy sezon, który dzieje się na przestrzeni trzech dni". Wiadomo, iż najczęściej wynikają one z tego, że serial dostaje zamówienie na kilka kolejnych sezonów, dokładnie tak jak "Orange Is the New Black". Ale to jeszcze nie musi oznacza, że zostanie to zrobione źle.

Choć 5. sezon pomarańczowej produkcji Netfliksa raczej nie jest najlepszym w historii, trzeba przyznać, że "Orange Is the New Black" wciąż trzyma się bardzo dobrze. Świetnych, zaskakujących pomysłów na przestrzeni 13 odcinków - obejrzałam całość w dwa wieczory, co też o czymś świadczy - pojawia się zatrzęsienie. Dialogi są tak samo pyszne jak rok czy dwa lata temu. Sprawy poważne i totalne wygłupy wciąż są zmiksowane ze sobą w idealnych proporcjach, a lekki ton, ironia i absurd nie odbierają wagi opowiadanym w serialu historiom więźniarek, które w tym sezonie zostają rewolucjonistkami, najczęściej z przypadku.

Zmieniły się nieco proporcje pomiędzy tym co śmieszne i dramatyczne, zaś w środku sezonu prawdopodobnie znajdziecie ze dwa, trzy odcinki, które wydadzą Wam się niepotrzebne. To było nie do uniknięcia - kiedy opowiadasz przez trzynaście godzin wydarzenia dziejące się na przestrzeni trzech dni, wszystko się toczy w czasie niemalże rzeczywistym. Muszą pojawić się wypełniacze, zdarzenia mniej istotne i mniej interesujące, a także niepotrzebnie przeciągnięte wątki. Nie da się też uniknąć bałaganu - cały sezon jest totalnym chaosem, rozlewającym się w najdziwniejszych kierunkach, a do tego skonstruowanym jak bardzo długi film (nie tylko David Lynch tak może!).

Ta struktura raz działa gorzej, raz lepiej, ale na pewno nie pasują do niej charakterystyczne dla serialu retrospekcje z bohaterkami i czasem też bohaterami. Pomijając dwa albo trzy przypadki, potęgują one tylko wrażenie chaosu, wnosząc niewiele nowego. Można się z tego powodu irytować, można machnąć na wszystkie wady ręką i po prostu cieszyć się tym szaleństwem, które panuje na ekranie. Ja zdecydowanie wybieram opcję nr 2.

OITNB_504_Unit_00869_R

Scenarzystki "Orange Is the New Black" udowadniają bowiem w 5. sezonie, że czego jak czego, ale kreatywności to im nie brakuje. Trzy dni okazują się w zupełności wystarczyć, aby pozbawione nadzoru dziewczyny, nie zapominając, że walczą o godność, człowieczeństwo i lepsze jutro, dobrały się do wszystkiego tego, czego im przez lata zakazywano, i wcieliły w życie najdziwniejsze pomysły. Nieraz będziecie łapać się na głowę, widząc, co one wymyśliły i jak trafny stanowi to komentarz to naszej rzeczywistości, kreowanej przed szukające sensacji media i internet skupiający się wokół serwisów społecznościowych. Wypełniacze potrafią dostarczyć tony dobrej zabawy, a niektóre parodie są po prostu kapitalne. Ode mnie dużego plusa dostają Boo, Pennsatucky i "Law & Order" 'a la Litchfield, ale konkurencja była naprawdę silna. Widać, że obsada bawiła się świetnie, kręcąc te cuda, a widzom, podobnie jak serialowym bohaterkom, tego rodzaju wygłupy mają przynieść coś w rodzaju katharsis.

Bo jeśli odsunąć tysiąc różnych bzdurek na bok, mamy sezon, w którym nie brak poważnych spraw, mocnych, przygnębiających momentów i dylematów moralnych ciężkiej wagi. Walka o podstawową godność, prawo do bycia traktowanym jak istota ludzka i sprawiedliwość dla zmarłej koleżanki, która została zamordowana przez strażnika na oczach ich wszystkich, to nie przelewki. Taki temat musiał być i jest potraktowany z należytym szacunkiem, ale scenarzystki serialu nie byłyby sobą, gdyby nie pokazywały różnych stron medalu.

Hasło "Sprawiedliwość dla Poussey" przybiera więc różne formy i nie dla każdej z więźniarek jest tak samo ważne. Ktoś mówi, że chce cheetosy albo tampony, ktoś inny przypomina o braku podstawowej opieki zdrowotnej albo programu edukacyjnego. Tworzą się nowe grupki i niespodziewane sojusze, zupełnie rozsądni ludzie zamieniają się rolami z tymi mniej rozsądnymi, w ruch idą najróżniejsze techniki survivalowe i w pewnym momencie można odnieść wrażenie, że wszyscy zwariowali. Pojawiają się także zaskakujące nowe gwiazdy, których wzloty są równie szybkie co upadki.

OITNB_503_Unit_01279_R

Mocne przesłanie, wręcz oskarżenie pod adresem systemu, w którym są równi i równiejsi, przewija się jednak przez cały sezon. "Orange Is the New Black" jak zawsze celnie punktuje problemy społeczne, jak rasizm, homofobia, nakręcanie spirali biedy czy wreszcie istnienie więzień zarządzanych przez prywatne podmioty. Nawet podane z bardzo dużym dystansem i obowiązkowym absurdalnym humorem, oskarżenia nie tracą swojej mocy. Sytuacja w Litchfield i zachowania przedstawicieli obu stron bardzo szybko zaczynają jednak wymykać się prostym definicjom. Nie ma tu czarno-białej moralności ani prostego podziału na "dobre, pokrzywdzone więźniarki" i "strażników, czyli złych dręczycieli". W ciągu 13 odcinków przekroczonych zostaje wiele granic i jesteśmy świadkami wielu obrazków, które do ładnych nie należą.

Twórczynie zadbały także o emocje, których z odcinka na odcinek jest coraz więcej. Samo uświadomienie sobie, że w serialowym świecie upłynęło zaledwie kilkadziesiąt godzin od śmierci Poussey, sprawia, iż wszystko nabiera dodatkowej mocy. Gdzieś pomiędzy nieokiełznanym szaleństwem i scenami, od których włos się jeży na głowie, znajduje się miejsce na żałobę, często przyjmującą piękne, poruszające formy. I ten sezon działa właśnie dlatego, że wie, kiedy nacisnąć emocjonalny guzik i odpalić wszystkie działa. W pamięć zapadają zwłaszcza ostatnie odcinki, w których wiele spraw się rozwiązuje i jasny staje się kierunek, w jakim to zmierza. Choć jeden z tych odcinków prawdopodobnie poszedł odrobinę za daleko, stylizując się na tani horror, koniec końców wszystkie emocje wybuchają z taką siłą, że łatwo jest serialowi wybaczyć wszelkie potknięcia.

Z sezonu na sezon "Orange Is the New Black" w coraz mniejszym stopniu skupia się już na postaci Piper (Taylor Schilling), która jak była, tak jest irytująca, i w ogóle za to nie przeprasza. Ona i Alex (Laura Prepon) trzymają się z początku na uboczu głównego nurtu wydarzeń, ale oczywiście nic w Litchfield nie może być takie proste.

Serial ma ogromną, rewelacyjną obsadę i mam wrażenie, że w tym sezonie wreszcie z niej korzysta w pełni. Błyszczą takie postacie jak Daya (Dascha Polanco), Gloria (Selenis Leyva) czy najbardziej chyba niesamowita Taystee (Danielle Brooks), walcząca o to, by świat nie zapomniał o jej zamordowanej przyjaciółce. Rewelacyjna jak zawsze jest Uzo Aduba w roli Suzanne, która ma wiele powodów, by w tym sezonie stracić nad sobą kontrolę. Na ekranie pojawia się wiele twarzy, które do tej pory trzymały się w tle, a na jedną z głównych gwiazd wyrasta Jessica Pimentel, serialowa Maria Ruiz. Jest zresztą więcej osób, które Was zaskoczą, a których nazwisk w tym momencie nie zdradzę, ponieważ to byłby zbyt duży spoiler - możliwe bowiem, że nawet nie pamiętacie o ich istnieniu.

OITNB_503_Unit_00920_R_CROP

Krótko mówiąc, jeden z netfliksowych weteranów wrócił w niezłej formie. Może się zdarzyć, że będzie irytować Was formuła tego sezonu, być może też będziecie narzekać na wypełniacze, ale emocjonalna końcówka prawdopodobnie okaże się wystarczającą nagrodą. "Orange Is the New Black" to wciąż bardzo dobry serial, który momentami ociera się o prawdziwą wielkość. Niesamowitej energii, lekkości pióra i łatwości w łączeniu tego co zabawne z tym co najpoważniejsze na świecie mogą pozazdrościć temu weteranowi znacznie młodsze produkcje. To nie tylko pierwsza liga serialowa i jeden z najlepszych komediodramatów, ale także żywy dowód na to, że istnieją historie, które da się kontynuować bez drastycznych wahań formy przez pięć sezonów albo i więcej.

Recenzja jest przedpremierowa. 5. sezon "Orange Is the New Black" debiutuje 9 czerwca 2017 na Netfliksie.

REKLAMA