Pomieszanie z poplątaniem. "Claws" - recenzja nowego kobiecego komediodramatu TNT

"Pazury" (Fot. TNT)

Manikiurzystki, którym przewodzi Niecy Nash, teoretycznie mają wszystko co trzeba, by zostać kolejną silną kobiecą ekipą w serialowym świecie. W praktyce "Claws" to twór bez życia, który ogląda się z trudem.

Telewizja w ostatnich latach stała się kobietą. Żony, matki i kochanki zamieniły się w skomplikowane antybohaterki, przekraczające kolejne granice i wpadające w kłopoty równie często co faceci. Girl power, różnorodność w obsadzie i szalona energia przyciągnęła publikę do "Orange Is the New Black", nic więc dziwnego, że zaczęły pojawiać się następne ekipy złożone wyłącznie z kobiet. Netflix za chwilę przedstawi nam panie z "GLOW", a tymczasem TNT wypuściło swój własny kobiecy komediodramat w świetnej obsadzie.

Niestety, w przypadku "Claws" zalety zaczynają się i kończą właśnie na obsadzie. Scenariusz nie dorasta do pięt grającym główne role aktorkom, a sklejona z pomysłów drugiej świeżości fabuła to kompletne pomieszanie z poplątaniem. Bohaterkami nowego serialu TNT są pracownice kiczowatego saloniku manikiuru z Florydy, uwikłane w konszachty z mafią. Co samo w sobie nie jest jeszcze takie dziwne - gangsterzy wyłudzający haracze czy zmuszający właścicieli małych biznesów do wspomagania ich na różne sposoby to rzeczywistość w wielu miastach. Czemu więc nie miałoby się to przytrafić krzykliwie ubranym manikiurzystkom? Pomysł wykorzystany w "Claws" zdecydowanie ma potencjał.

Potencjał mają także jego bohaterki, które niestety na papierze wydają się znacznie bardziej interesujące niż na ekranie. Niecy Nash wciela się w Desnę, nieustraszoną właścicielkę wspomnianego salonu manikiuru, w którym w ekspresowym tempie można sobie zrobić różowe szpony z brokatem. Desna po cichu pierze pieniądze dla lokalnych gangsterów i znacznie głośniej uprawia seks z mafijnym pomagierem zwanym Rollerem (Jack Kesy), marząc skrycie o nowym życiu, w którym będzie od tego wszystkiego wolna i będzie mogła prowadzić prawdziwy salon z klasą.

Jej przyjaciółkami i zarazem pracownicami są postawna blondyna Jennifer (Jenn Lyon), właśnie wypuszczona z więzienia Polly (Carrie Preston) oraz milcząca Ann (Judy Reyes), lesbijka z kijem bejsbolowym, która robi za kierowcę, ochroniarza i generalnie faceta w ekipie. W skomplikowanym życiu Desny jest jeszcze miejsce dla autystycznego brata Deana (Harold Perrineau) i gangstera zwanego Uncle Daddy (Dean Norris), który lubi dłubanie w drewnie, grożenie ludziom oraz seks z dziewczynami i chłopakami na zmianę. Tak, dobrze podejrzewacie, że nawet aktor z "Breaking Bad" nie mógł uratować tej karykaturalnej roli.

A już stworzenie z tego bałaganu czegoś na kształt działającego scenariusza okazało się niewykonalne. "Claws" chce być bowiem wszystkim po trochu - babską komedią, poważnym dramatem, pastiszem filmów gangsterskich. Brakuje jakiegokolwiek spoiwa - chemii w obsadzie, dobrych dialogów czy czegokolwiek, co by czyniło cały ten absurd wiarygodnym. Nawet rytmiczna muzyka, która w "Claws" towarzyszy nam przez większość czasu, tylko irytuje, zamiast dodawać całości energii.

Serial TNT jest tworem bez życia, którego ostro przerysowani bohaterowie za nic nie chcą przemienić się w ludzi w pierwszym odcinku. O ile "małe" komediowe momenty czasem działają całkiem nieźle, o tyle dramatycznym scenom, które z założenia miały być mocne, brakuje wiarygodności. W efekcie trudno jest poczuć jakiekolwiek emocje i zacząć traktować bohaterki "Claws" jak dobre znajome. A bez tego po prostu nie ma serialu.

Owszem, Niecy Nash robi, co może, aby przedstawić pełnię barw swojej bohaterki. Jest świetna w scenach typowo komediowych i wnosi dużo autentyczności do tego co dramatyczne. Tylko co z tego, że żołądek podchodzi do gardła, kiedy patrzymy na jej relację z bratem, skoro chwilę później o tym momencie zapominamy, porwani przez serialowy chaos. "Claws" ma bardzo duże problemy z łączeniem dramatu z komedią - i w efekcie cierpi jedno i drugie.

Dzień po obejrzeniu pilota mam w głowie mętlik: tu ekscentryczny Dean Norris, tam Desna miotająca się pomiędzy kilkoma różnymi światami, tu znów Polly w sukience ze studniówki, Ann śpiewająca rzewną latynoską piosenkę czy ta mała blondyneczka, której imię mnie nie obchodzi, ze złotym pistoletem w dłoni. I pomyśleć, że przed chwilą narzekałam na chaos w 5. sezonie "Orange Is the New Black". "Claws" pokazuje, że produkcja Netfliksa jak była królem w kategorii "kobiecy komediodramat", tak nim pozostaje, a próbujące kopiować jej ton i charakter nowości wypadają blado.

REKLAMA