Zło, które nie zna granic. "Twin Peaks" - recenzja 8. odcinka

"Twin Peaks" (Fot. Showtime)

Nowe "Twin Peaks" wydawało Wam się dziwne i mało koherentne? No to zapraszamy w podróż przez grzyb atomowy, na szalony koncert Nine Inch Nails i w sam środek dwóch różnych czarno-białych filmów. Spoilery.

Pamiętacie serial "Manhattan", opowiadający o amerykańskich naukowcach budujących "Gadżet", czyli bombę atomową, którą testowano 16 lipca 1945 roku o świcie na pustyni w Nowym Meksyku? Gdybym chciała doszukiwać się ciągłości tam, gdzie niekoniecznie takowa istnieje, powiedziałabym, że serial telewizji WGN America, który skasowano w fatalnym momencie, zanim zdążyliśmy poznać skutki wybuchu dla osób biorących udział w projekcie, właśnie zyskał interesującą kontynuację, a jej autorem jest nie kto inny jak David Lynch.

Żarty żartami, ale faktem jest, że nie tak łatwo napisać coś sensownego o 8. odcinku "Twin Peaks", który na pierwszy rzut oka wyglądał jak bardzo długa i nie zawsze logicznie płynąca dygresja, przybierająca formę audiowizualnego szaleństwa o niespotykanych dotąd rozmiarach. To nie był typowy odcinek serialu, raczej eksperymentalny film, w którym fabuła jest rzeczą czysto umowną. Twórca "Twin Peaks" właśnie udowodnił, że to, co tutaj robimy - czyli komentowanie na bieżąco kolejnych części jego serialu - niekoniecznie ma rację bytu. A już z pewnością nijak ma się do tego określenie "recenzja", bo ocenianie takich wycinków serialu bez znajomości pełnego kontekstu jest z jednej strony karkołomne, a z drugiej prawdopodobnie niesprawiedliwe. Dlatego raczej je opisujemy czy też interpretujemy niż oceniamy ich jakość.

Gdybyście jednak chcieli poznać krótką odpowiedź na pytanie, czy mi się "Twin Peaks" dzisiaj podobało, oto ona: tak, bardzo! Ale może się okazać, że będziecie mieć rację, jeśli powiecie, iż to nie było potrzebne w takiej formie, nawet przy założeniu, że wniosło coś konkretnego do fabuły. Choć z drugiej strony, jest możliwe, że wniosło więcej, niż moglibyśmy sądzić na pierwszy rzut oka.

Wizyta w najbardziej kosmicznych rejonach "Twin Peaks" zaczęła się prawie całkiem zwyczajnie, bo oto Zły Cooper wydostał się z więzienia, wsiadł do auta z Rayem Monroe i wdał się w zupełnie przyziemny spór z tymże. Ray najpierw próbował szantażu, następnie zaś obaj panowie sięgnęli po broń, przy czym pistolet Coopera zawiódł. Ray strzelił kilka razy do Złego Coopera, ten padł na ziemię jak martwy, a następnie... zrobiło się dziwnie. Oto pojawiło się niebieskawe światło i jakieś wygłodzone postacie o szarych twarzach, wyglądające jak koszmarne duchy (albo ta straszna postać czająca się w uliczce w "Mulholland Drive", pamiętacie?). Widywaliśmy je już w nowym "Twin Peaks", m.in. w celi Matthew Lillarda w 2. odcinku, a teraz rzuciły się one na Coopera, nie wiemy w jakim celu. Gdzieś w tym wszystkim zaświeciła twarz Boba, a Ray mógł tylko uciec z miejsca zdarzenia, nie będąc pewnym, czy jego przeciwnik żyje, czy nie.

Kyle MacLachlan in a still from Twin Peaks. Photo: Suzanne Tenner/SHOWTIME

Co te kreatury zrobiły Cooperowi? To nie jest do końca pewne. Na początku wyglądało jakby chciały go rozszarpać, a coraz większa ilość krwi tylko to potwierdzała. Ale faktem jest, że zobaczyliśmy, jak Cooper się budzi. Nie wiemy, dlaczego się budzi, skoro właśnie został zastrzelony, ani co to oznacza dla niego, Dougiego i całej reszty.

Scenę podzielono na dwie nierówne pod względem długości części, a za przerywnik posłużył nam występ zespołu Nine Inch Nails, który zyskał "The" przed swoją nazwą i jak gdyby nigdy nic zagrał w klubie Roadhouse, również z "The", utwór "She's Gone Away". Ależ to świetnie brzmiało, wyglądało i jaki miało klimat! A jak pięknie zostało zapowiedziane! I jak dobrze pasowało do całej reszty odcinka, z którą nie miało wiele wspólnego. Ach.

Nie było nam jednak dane zbyt długo cieszyć się tym przerywnikiem i jako taką normalnością, bo po zaledwie kwadransie spędzonym w teraźniejszości Lynch postanowił nas zabrać w przeszłość i, no właśnie, pokazać, co wydarzyło się tuż po finale serialu "Manhattan". 16 lipca 1945, godz. 5:30 rano, to data pierwszego testu nuklearnego, przeprowadzonego pod kryptonimem Trinity na poligonie White Sands Missile Range w Nowym Meksyku. Zobaczyliśmy odliczanie do testu i w tym momencie zaczęła się surrealistyczna jazda bez trzymanki, ponieważ "Twin Peaks" zabrało nas najwyraźniej w podróż do wnętrza grzyba atomowego, która przypominała raczej nieokiełznaną instalację artystyczną z szalonymi kolorami, światłami i dźwiękami, niż fragment serialu.

Słuchając "Trenu ofiarom Hiroszimy" Krzysztofa Pendereckiego i oglądając coraz bardziej abstrakcyjne obrazy - zdaje się, że zaliczyliśmy m.in. jazdę przez rozszczepione atomy - mieliśmy dość czasu, by zacząć zastanawiać się z jednej strony nad początkiem całego zła, a z drugiej nad tym, jak bardzo to, co właśnie oglądamy, różni się od osadzonych w małych miasteczkach historii kryminalnych. Gdzieś pośród tego ataku obrazem, dźwiękiem i czym się tylko dało zobaczyliśmy sklep spożywczy i materializujące się w jego okolicach postacie Leśników, takich samych, jakich oglądaliśmy w Czarnej chacie w filmie "Ogniu, krocz za mną".

Następnie spotkaliśmy białą kobietę bez twarzy, która dryfowała pośrodku całego tego koszmaru, ciemności i pustki, by wypluć z siebie podłużną chmurę z wplątaną w nią czarną kulą o twarzy BOB-a. Kolejność zdarzeń zdaje się sugerować, jakoby ludzie, odpalając bombę atomową, sprowadzili na siebie złe duchy, takie jak BOB, pochodzące z nicości albo z innego wymiaru. Z jakiegoś miejsca, gdzie czai się czyste zło, karmiące się ludzkimi nieszczęściami.

Wszystko wskazuje na to, że właśnie zobaczyliśmy w "Twin Peaks" narodziny BOB-a i była to tylko jedna z dziwnych, surrealistycznych rzeczy, jakich byliśmy świadkami. Bo oto z samego środka eksplozji przenieśliśmy się gdzieś w okolice fioletowego oceanu (wcześniej już widział go "nasz" agent Cooper, kiedy leciał przez wszechświat, by na koniec odnaleźć drogę przez gniazdko elektryczne i stać się Dougiem), nad którym stoi jakiś tajemniczy zamek na skale, cały czarno-biały w środku i z czarno-białymi mieszkańcami. Wiadomo, lata 40.

Mieszka w nim kobieta jak ze starej fotografii (w napisach końcowych określona mianem Señority Dido) wraz z dobrze nam znanym Olbrzymem (Carel Struycken, wciąż pojawiający się w napisach końcowych jako ???????), który błądził w dobrze nam znanym stylu, zanim był w stanie wyłączyć irytujący alarm dobiegający gdzieś z wielkiego dzwonu. Następnie zaś wdrapał się po schodach do innego pokoju i zaczął oglądać na starodawnym ekranie kinowym to co my przed chwilą: wybuch nuklearny, Leśników w spożywczaku, BOB-a. Zobaczywszy BOB-a, uniósł się w powietrzu, zaś z jego głowy wydostał się złoty snop światła, z którego następnie wypromieniowała równie złota kula z portretem Laury Palmer. Podobna do tej, w jaką parę odcinków temu przeobraził się "prawdziwy" Dougie. Uff! Jakby tego było mało, kula z podobizną Laury, która rozświetliła zarówno pokój, jak i twarz czarno-białej kobiety, została rzucona w kierunku Ziemi widocznej na ekranie. A dokładniej w kierunku Ameryki. A jeszcze dokładniej - możecie się domyślać.

I na tym nie koniec szaleństw i odlotów, bo oto przenosimy się do Nowego Meksyku z roku 1956, gdzie widzimy, jak z jaja na pustyni wykluwa się jakieś paskudztwo, a następnie poznajemy młodą parę, która znajduje pensa na szczęście, całuje się i nie myśli o wszystkich koszmarach tego świata. A powinna, bo oto znów pojawia się Leśnik o umorusanej węglem twarzy (Robert Broski), który zaczepia ludzi, pytając, czy dadzą mu ognia. Krok po kroku trafiamy razem z nim do lokalnego radia, gdzie następnie rozgrywa się klimatyczna masakra przy dźwiękach "My Prayer" grupy The Platters. "This is the water, and this is the well. Drink full, and descend. The horse is the white of the eyes and dark within" - powtarza Leśnik raz po raz do mikrofonu. Nie wiadomo, czy treść tej wiadomości jest ważna, nie ma za to żadnych wątpliwości co do jej skutków - mieszkańcy miasteczka kolejno usypiają jak zahipnotyzowani, a paskudztwo, które urodziło się na pustyni, wchodzi do pokoju dziewczyny, niczym BOB do pokoju Laury, i pakuje się jej do ust. Kurtyna. Brawo, panie Lynch. Chyba.

Obejrzałam odcinek dwa razy i choć mniej więcej poukładałam związki przyczynowo-skutkowe pomiędzy wszystkimi dziwnościami, które zaserwował twórca "Twin Peaks", nie odważę się twierdzić, że znam pełną i jedyną interpretację. Reddit będzie jeszcze długo dyskutował o tym odcinku, szukając związków pomiędzy bombą atomową, Czarną Chatą, Laurą Palmer i dziewczyną, w której zamieszkała pustynna kreatura. Najprostsza interpretacja jest taka, że właśnie zobaczyliśmy, od czego to wszystko się zaczęło i jaka była geneza tego zła, które na początku lat 90. dotarło aż do spokojnego miasteczka w daglezjowych lasach. Człowiek zbudował bombę atomową, uwalniając tym samym z jakiegoś innego wymiaru siły zła, które przybierają ludzką formę, mieszkają między nami i walczą z siłami dobra. To właśnie wtedy, na pustyni w Nowym Meksyku, gdzie jedni ludzie testowali broń pozwalającą w ciągu paru sekund wymordować choćby i miliony innych ludzi, narodził się BOB. Zły duch karmiący się naszym nieszczęściem i będący czystą manifestacją zła czynionego przez nas, jako gatunek ludzki.

twin-peaks-bob-1-1

To, jak z ludzkiego zła narodziło się zło silniejsze niż ludzie, zapewne można było pokazać w prosty sposób, poświęcając temu najwyżej kilka minut gdzieś na marginesie. David Lynch wybrał skomplikowaną drogę, złamał wszelkie zasady prostej telewizyjnej narracji i na dokładkę jeszcze zaserwował postmodernistyczne zabawy obrazem i dźwiękiem. Efektem jest orgia dziwności, po której widz ma prawo czuć się zdezorientowany i która staje się w miarę logiczna gdzieś w okolicach drugiego seansu, i to pod warunkiem że pamięta się film "Ogniu, krocz za mną".

Ale to, że przedstawiona wyżej interpretacja mnie wydaje się logiczna, nie znaczy, że jest ona jedyna i właściwa. "Twin Peaks" to nie matematyka, tylko sztuka, a co za tym idzie, przeżycie metafizyczne. Poszukiwanie jedynej interpretacji, z którą nie da się kłócić, nie ma racji bytu. Ale już próby poukładania szalonych puzzli - zawierających grzyby atomowe, złe duchy, obrzydliwe robale z pustyni, hipnotyzujące wiersze, panie z lat 40. zasłuchane w jazzie itp., itd - jak najbardziej mają sens.

Kolejny odcinek dopiero za dwa tygodnie, bo za tydzień Amerykanie świętują Dzień Niepodległości i w związku z tym mają długi weekend. Dostaliśmy dużo czasu na przemyślenia i tym właśnie powinniśmy się zająć. Nie sądzę bowiem, abyśmy mieli się dowiedzieć, co działo się dalej z dziewczyną, która połknęła pustynną potworę (choć pojawiły się domysły, że to może być albo Sarah Palmer, albo matka Lelanda Palmera, w obu przypadkach jest jednak problem z wiekiem), czy tym bardziej otrzymać jakąkolwiek gotową interpretację. Lynch w swoim stylu przeskoczy pewnie do wątku Dougiego albo zaprosi nas do Double R Diner czy gdziekolwiek indziej. Czas się przyzwyczaić, że nowe "Twin Peaks" jest poszarpane, niezbyt koherentne i za nic ma uczucia, którymi obdarzyliśmy kiedyś mieszkańców pewnej sennej mieściny. Zamiast ich nowych przygód serwuje podróż do wnętrza grzyba atomowego - i wiecie co? Nie mam nic przeciwko.

Choć za nic nie ośmieliłabym się upierać przy tym, że właśnie widziałam obiektywnie bardzo dobry - bądź też bardzo zły - odcinek "Twin Peaks". Nie wiem tego na pewno, ale liczę, że po 3 września, kiedy poznamy pełen obraz, wszystko staje się jasne. Tymczasem radzę zapiąć porządnie pasy, bo podróż przez nieograniczoną wyobraźnię człowieka, bez którego wiele współczesnych seriali zwyczajnie by nie powstało, dopiero nabiera rozpędu.

REKLAMA