Wszystko jest miłością. "Skam" - recenzja finału serialu

"Skam" (Fot. NRK)

Takk for alt. Twórcy "Skamu" tymi słowami podziękowali widzom i po czterech sezonach i zaledwie dwóch latach młodzieżowy fenomen dobiegł końca. Jak finał i ostatni sezon prezentują się na tle całości? Spoilery.

Podobnie jak dla wielu widzów, którzy o "Skamie" usłyszeli dopiero po tym, jak trzeci sezon uczynił z norweskiej produkcji globalny fenomen wśród młodzieży, najnowsza i zarazem ostatnia seria była dla mnie pierwszym zetknięciem z jego unikalną formą dystrybucji. Kilkominutowe klipy wypuszczane w tym samym czasie, w którym dzieją się wydarzenia w serialu, były całkowitym przeciwieństwem najpopularniejszego obecnie binge-watchingu i okazały się wyjątkowo skuteczne w zamazywaniu granic między rzeczywistością a serialem oraz podtrzymywaniu mojego rosnącego zaangażowania w losy postaci. "Skamowi" udało się pochłonąć mnie do tego stopnia, że łapałem się na tym, że z niecierpliwością odświeżam stronę serialu w oczekiwaniu na nowe fragmenty, a potem ich pierwsze angielskie tłumaczenie.

Fakt, że "Skam" emitowany był zaledwie przez dwa lata, a jednak udało mu się zgromadzić tak oddane grono wielbicieli śledzących losy nastolatków z Oslo, świadczy o tym, że Julie Andem stworzyła serial bardzo silnie wybijający się z masy produkcji adresowanych przede wszystkim do młodego widza. Idea zakończenia serialu po czwartym sezonie wydaje się więc być tym bardziej nielogiczna, ale ukierunkowanie ostatniej serii na zamykanie wszystkich trwających wątków tylko potwierdza, że jest to już ostatnie spotkanie z tymi bohaterami.

Jeśli nawet samo podzielenie czwartego sezonu na wątki dotyczące Sany i te kontynuujące historie z poprzednich serii nie jest wystarczającym dowodem na to, że "Skam" rzeczywiście przedstawił nam swój finałowy sezon, to formuła ostatniego odcinka jest już tego absolutnym potwierdzeniem. Zrywając z dotychczasowymi zasadami, finał serialu pozwala wielu postaciom, które nie dostały własnego sezonu, na bycie bohaterem swojego własnego klipu, niezależnie od tego, czy istniałby sens tworzenia wokół nich całej serii (jak w przypadku Vilde) czy też zupełnie nie (Chris-P).

W ten sposób finał serialu zamienia się w minisezon ze swoimi własnymi wątkami, z których chyba tylko romantyczne perypetie Evy i Chrisa oraz Jonasa i Emmy wydają się być doklejone do reszty bez żadnego wcześniejszego uzasadnienia. Oczywiście rozumiem intencję włączenia Emmy do finału po jej całkowitym braku w czwartym sezonie. Ale choć miło jest zobaczyć znajomą twarz, to jednak ten wątek szczególnie zwraca na siebie uwagę jako bardziej ingerencja scenarzysty niż realistyczny rozwój postaci - w stylu tych, do których "Skam" przyzwyczaił swoich widzów.

Poza tym jednak finałowy odcinek stanowi jak najbardziej odpowiednie zakończenie serialu, jeszcze raz pokazującego swoje najlepsze strony, chociażby we wzruszającym wątku Vilde i Chris. Swoje własne kilka minut dostaje także najzabawniejszy duet serialu, Eskild i Linn, których obawę przed odejściem Noory można łatwo odczytać jako stosunek znacznego grona fanów do zakończenia ich ulubionego serialu i jest jednym z wielu sposobów, w jaki Julie Andem zwraca się w tym odcinku właśnie do swoich widzów. Oczywiście najmocniejszym tego wyrazem jest finałowa przemowa, ale zanim zagłębię się w nią bardziej, na myśl nasuwa się jeszcze jedno pytanie – co z Saną, która miała być przecież bohaterką tego sezonu?

Kiedy trzeci sezon wyniósł popularność serialu na jeszcze większe niż dotychczas poziomy, a Evak momentalnie stał się jedną z najbardziej ulubionych serialowych par, przed twórcami serialu pojawiło się dodatkowe wyzwanie, jakim było zaspokojenie wymagań tych fanów, dla których właśnie związek Isaka i Evena był elementem, który przyciągnął ich do serialu. To, jak ważna dla twórców była relacja z fanami, chyba najlepiej ilustruje fakt, że w pierwszym odcinku czwartego sezonu została odtworzona scena z jednego z fanartów. Jasne więc było, że nieważne kto by został bohaterem kolejnej odsłony, i tak zwiększyłaby się liczba wątków dotyczących innych postaci.

Fakt, że to właśnie Sanie poświęcony został nowy sezon, przyjąłem z ogromnym entuzjazmem, bo to właśnie ją najbardziej chciałem zobaczyć jako bohaterkę własnej serii, o czym wspominałem już we wcześniejszym artykule, w którym wymieniałem powody, dla których warto "Skam" oglądać. Z ulgą mogę teraz stwierdzić, że wątki serialu poświęcone bezpośrednio Sanie były najsilniejszą stroną tego sezonu, niezależnie od tego czy dotykały jej skomplikowanej relacji z religią, sytuacji rodzinnej (która w tej odsłonie pełniła ważniejszą rolę niż w historiach innych bohaterów), czy też kiedy serial pokazywał nam sposoby, w jakie Sana radzi sobie z islamofobią w norweskim społeczeństwie.

Jednak najbardziej udanym osiągnięciem tego sezonu pozostanie dla mnie sposób, w jaki serial zaprezentował spokojnie rozwijającą się relację Sany i Yousefa. Szczególnie przykład dwóch scen ich spotkań wieńczących czwarty i dziewiąty odcinek, pokazuje, że "Skam" przedstawia relacje młodych ludzi w znacznie bardziej realistyczny i zarazem emocjonalnie angażujący sposób, niż robią to zazwyczaj seriale młodzieżowe. Sceny między Saną i Yousefem to fantastycznie długie sekwencje, które nie pędzą w kierunku szybkiego rozwoju ich relacji, ale pozwalają bohaterom na szczerą, intymną rozmowę i możliwość skonfrontowania swoich postaw, chociażby na temat religii. Fakt, że w finale Yousef "powraca" jedynie w formie SMS-a, jest nietypowym zakończeniem dla serialu, w którym w każdym sezonie główne wątki dotyczyły związków. Ale też w satysfakcjonujący sposób kontynuuje ich świetnie napisaną relację i wzmacnia wrażenie, że życie tych serialowych postaci trwać będzie jeszcze długo po ostatnim odcinku.

skam1

Jednak czwarty sezon, dodatkowo obarczony rolą ostatniego, musiał balansować wątki związane z Saną z historiami kontynuowanymi z poprzednich sezonów, a w szczególności relacji Isaka i Evena oraz Noory i Williama. Połączenie kilku historii w zupełnie innych niż dotychczas proporcjach okazało się w tutaj problematyczne i przełożyło się na krytykę niektórych fanów, zarzucających serialowi, ze marginalizuje swoją główną postać. Priorytetem okazało się jednak zwieńczenie wszystkich wątków, co szczególnie widać w ostatnich odcinkach, kiedy to serial zmienia w pewien sposób swój ton z realistycznego na bardziej bajkowy, a prawie wszystkie wątki zaczynają pędzić do szczęśliwego zakończenia, w którym każdy sobie wybacza i wszyscy się nawzajem kochają (wspomniany wcześniej wątek Evy i Jonasa jest tego najbardziej widocznym przykładem). I chociaż to podejście przeczy tej spokojnej, osadzonej w rzeczywistości wersji "Skamu" serwowanej przez ostatnie cztery sezony, to ostatecznie jest jak najbardziej zgodne z ogólnym przekazem serialu. "Skam" niesie ze sobą morał i lekcję o tym, jak być lepszym człowiekiem, i absolutnie się tego nie wstydzi, co znajduje swoje największe odzwierciedlenie w finałowej przemowie.

Ostatnie słowa wypowiadane przez Jonasa nie tylko stanowią idealną klamrę dla serialu, który przecież zaczął się podobnym przemówieniem, ale też w najmocniejszy sposób zbliżają do "Skamu" swoich fanów, do których Julie Andem zwraca się tutaj bezpośrednio. Serial od samego początku zwracał widzom uwagę na życie innych ludzi dookoła i fakt, że "każdy, kogo spotykasz, toczy wewnętrzną walkę, o której nie wiesz". Trzeci i czwarty sezon potraktowały tę inność jeszcze bardziej dosłownie, skupiając się na reprezentantach mniejszości cały czas dyskryminowanych w społeczeństwie, i przybliżyły widzom ich specyficzne punkty widzenia. Podzielenie ostatniego odcinka na perspektywy wielu osób jest naturalną kontynuacją tego zadania, ale być może największym sukcesem jest uczynienie z fanów "Skamu" ostatniego bohatera serialu.

Ujęcia, które widzimy w finałowej minucie, to serial oglądany przez widzów. Nie pozostawia to już chyba żadnej wątpliwości, że twórcy za pomocą słów wypowiadanych przez Jonasa i na tle przewijających się internetowych hejtów ze strony fanów, skontrastowanych z pozytywnymi wiadomościami, zwracają się właśnie do swojej widowni. Sentencja "Nienawiść się rozprzestrzenia, ale na szczęście miłość także", która zamyka serial, zawiera w sobie esencję "Skamu" i tego, co poprzez opowiadanie historii młodzieży z Oslo twórcy od początku próbowali przekazać. I jak na produkcję, która tak dużą wagę przywiązywała do komunikacji, zwłaszcza internetowej, ostatnie ujęcie, przedstawiające serduszka w komentarzach, wydaje się być szczególnie trafione.

Fakt, że "Skam" z drobnego internetowego eksperymentu, który miał przyciągnąć młodzież do korzystania ze strony norweskiej telewizji NRK, stał się światowym fenomenem, jest ogromną zasługą fanów, którzy szerzyli jego popularność wśród zagranicznych widzów. Dzięki nim angielskie napisy do najnowszych klipów ukazywały się zaledwie po kilku minutach, a nawet na polskie tłumaczenie nie trzeba było czekać długo. Nowy rodzaj doświadczenia serialowego, jakie "Skam" zaoferował, uczynił z tej produkcji wyjątkowe przeżycie i niewykluczone, że spełnił wyznaczone sobie zadanie, czyli zachęcił widzów do refleksji, o tym jakim człowiekiem warto być w europejskim społeczeństwie (i nie tylko) w 2017 roku.

Czy amerykańska wersja, która ma pojawić się jesienią, odniesie podobny sukces? Ciężko na razie przewidywać co zaoferuje nam "Shame", ale zainteresowanych odsyłam do wnikliwej analizy kanadyjskiego krytyka Mylesa McNutta, który szczegółowo przyjrzał się wyzwaniom, jakie stawia przed Amerykanami adaptacja tego formatu. Choć obawiam się, że wersja zza oceanu będzie jedynie marną kopią oryginału, to nie wyobrażam sobie, żeby mogła zniszczyć reputację "Skamu" jako najlepszej produkcji młodzieżowej ostatnich lat, która znalazła unikalny sposób na opowiadanie swojej historii w dobie serialowego przesytu.

REKLAMA