Kawa, papierosy i placek wiśniowy. "Twin Peaks" - recenzja 11. odcinka

"Twin Peaks" (Fot. Showtime)

Szalona podróż pod przewodnictwem Davida Lyncha trwa w najlepsze. W tym tygodniu zatrzymujemy się na stacjach rodzinny dramat, paranormalny horror i komediowa farsa. Trzymajcie się mocno i uwaga na spoilery.

Biorąc pod uwagę standard, do jakiego zdążył nas już przyzwyczaić David Lynch w nowej odsłonie "Twin Peaks", 11. odcinek serialu miał bardzo czytelną strukturę. Podzielono go na trzy zgrabne części, z których każda rozgrywała się w innym miejscu i miała inną tonację. W Twin Peaks skupiliśmy się przede wszystkim na rodzinnych problemach Shelly (Mädchen Amick), w Buckhorn towarzyszyliśmy agentom FBI, a w Las Vegas naszemu ulubieńcowi, czyli Dougiemu. Na tym jednak porządek i logika się kończą, bo reszta to już "Twin Peaks", jakie znaliśmy do tej pory, potrafiące opowiadać całkiem sensowną historię, po czym przerwać ją czymś absolutnie niedorzecznym. Ewentualnie od początku do końca nurzać się w absurdzie.

Mogło się wydawać, że i tym razem tak będzie, wszak początek z Becky (Amanda Seyfried) w szaleńczej wściekłości przewożącą matkę na masce samochodu raczej nie zwiastował spokojnej godziny. Ta jednak mieszała momenty czystego odlotu ze znacznie bardziej przyziemnymi, serwując nam w rezultacie istną składankę charakterystycznych dla Lyncha motywów i emocji. Jak zwykle momentami za długą, kompletnie niespójną i zbyt często wydającą się nie mieć żadnego znaczenia, ale do tego już przecież przywykliśmy.

twinpeaks1

Skupmy się zatem na tym, co mogliśmy z tego odcinka wynieść, poczynając od dramatów w rozbitej rodzinie Briggsów (wprawdzie zaczęliśmy od Miriam, która jednak przeżyła atak Richarda, ale że tyle ją widzieliśmy, to i na tym zakończmy jej temat). No właśnie, dowiedzieliśmy się, że Bobby (Dana Ashbrook) jest ojcem Becky, ale on i Shelly nie są już parą - muszę przyznać, że zrobiło mi się tego bohatera naprawdę żal. Nie przekonywał mnie Ashbrook na początku, ale im więcej go na ekranie, tym bardziej rośnie jego kreacja w moich oczach. Może to po prostu zasługa faktu, że Bobby jest jedną z nielicznych postaci, których los wywołuje w widzu szczere emocje?

Bo prawda jest taka, że żaden z nowych mieszkańców Twin Peaks nie dorasta naszym starym znajomym do pięt. Widać to doskonale po Becky, którą kilka odcinków temu zdążyliśmy nawet ogłosić nowym wcieleniem Laury Palmer - zdecydowanie przedwcześnie. Dziewczyna ma problemy, ale patrzy się na nie raczej z szeroko otwartymi oczami, niż z przejęciem. Inna sprawa, że zasługa w tym przede wszystkim twórców, którzy dali jej wątkowi skrawki czasu antenowego. Nic więc dziwnego, że uwagę przykuwają postaci, które znamy lepiej, nawet jeśli nie widzieliśmy ich przez 25 lat.

Dlatego właśnie zarówno rzucający Shelly tęskne spojrzenia Bobby, jak i jego była żona padająca na jego oczach w ramiona innego (jeśli nie pamiętacie, to Red, ten od sztuczek z monetą - biorąc pod uwagę dziwny charakter całej sceny, nie dam głowy, czy aby Shelly nie jest przez niego jakoś kontrolowana), robią większe wrażenie, niż rozhisteryzowana Becky. Swoją drogą, wiecie, z kim zdradza ją mąż? To Gersten Hayward (Alicia Witt), młodsza siostra Donny we własnej osobie.

twinpeaks2

"Twin Peaks" musi być jednak sobą, więc jeśli choć przez moment w tej umiarkowanie normalnej, rodzinnej scenerii poczuliście się komfortowo, to można się było spodziewać, że za moment ten komfort zostanie zburzony. No i proszę bardzo - dzieciak strzelający w Double R Diner i złowrogo spoglądający na Bobby'ego, kobieta trąbiąca klaksonem, a potem wydzierająca się wniebogłosy, a wreszcie dziewczynka żywcem wyjęta z "Egzorcysty". I to by było na tyle, jeśli chodzi o normalność.

Na tym tle w sumie całkiem zwyczajnie wyglądał cały wątek w Buckhorn. W końcu Leśnicy i tajemnicze przejścia do innego wymiaru w dziwnych miejscach to nie pierwszyzna dla fanów (albo i nie) Lyncha. No dobrze, zakończony czarną dziurą wir, do którego niemal wpadł Gordon - dzięki Bogu za Alberta - to pewna nowość, głowy eksplodujące same z siebie (tak jakby) również. Ale na przykład pozbawione ich ciała to nic nowego. Podobnie jak fakt, że nic nie pasuje do kawy lepiej niż papieros, nawet pączki. Wnioski? Brak. Zabawa? Przyjmując Lyncha z całym dobrodziejstwem inwentarza, przyznaję, że nawet niezła.

twinpeaks3

A jeśli w tym punkcie serialu jeszcze tego nie zrobiliście, to radzę szybko zmienić nastawienie. Pewnie, że wyobrażałem sobie "Twin Peaks" zupełnie inaczej i nadal po cichu marzę, że Lynch przynajmniej w minimalnym stopniu te nasze pospolite życzenia w stylu zobaczenia lubianych bohaterów razem i w dobrej formie, spełni. Zamiast tego dostajemy jednak Dougiego, który pewnie będzie Dougiem niemal do samego końca, w towarzystwie Jima Belushiego i Roberta Kneppera, a także Candie, Mandie i Sandie. I wiecie co? To nawet nie jest najgorsze.

Ba, bywają chwile, że jak najbardziej doceniam radosną twórczość Lyncha. Ot, choćby wtedy, gdy okazuje się, że Dougie nie tylko rusza się jak kobra i jest niezwykle sprawny w łóżku, ale potrafi też zdemaskować działania mafii i korupcję w policji bazgrząc po dokumentach. Albo w każdym momencie, gdy bracia Mitchumowie występują razem na ekranie. Albo gdy Jim Belushi mówi "Cherry Piiiiiiie!", a potem wyje pośrodku pustyni z czekiem na 30 milionów w ręce. Albo wreszcie, gdy Dougie stwierdza, że placek wiśniowy jest "cholernie dobry".

twinpeaksgif2

Jest to bez dwóch zdań pozbawione sensu, ale wreszcie mogę szczerze powiedzieć, że przez większość czasu oglądałem to z przyjemnością. Nie licząc absolutnie na nic, a dostając emocje w tak absurdalnych scenach, jak ze staruszką, której życie uratował Pan Kumulacja. Być może cała ta podróż rzeczywiście dokądś nas finalnie zaprowadzi? Może do ognia, który wskazuje bardzo stara, ale zawsze aktualna mapa Hawka i o którym wspominała Dama z Pieńkiem, może gdzieś zupełnie indziej, a może po prostu obwiezie nas po Las Vegas i okolicy z Dougiem, plackiem w pudełku i "Viva Las Vegas" w tle. Wszystkie opcje brzmią w porządku.

REKLAMA