Netflix przekracza kolejne granice żenady. "Disjointed" - recenzja nowego sitcomu z Kathy Bates

"Disjointed" (Fot. Netflix)

0

Tego lata Netflix postanowił nam udowodnić, że jego produkcje to wcale nie jest telewizja jakościowa. Do puli serialowych koszmarków dorzuca więc jeszcze "Disjointed", marnując przy tym talent Kathy Bates.

Jeśli uważaliście Netfliksa za źródło samych dobrych i bardzo dobrych seriali - przestańcie. Najlepiej w tej chwili. Streamingowy gigant w tym roku zaczął spełniać swoje groźby, że będzie mieć w swojej ofercie coś dla każdego, a "Disjointed" miało chyba trafić do publiki, która nie jest w stanie zrozumieć "Broad City", "Trawki" czy "W potrzebie".

Netflix, do spółki z Chuckiem Lorre'em ("Dwóch i pół", "Teoria wielkiego podrywu"), postanowił tym biednym ludziom pomóc i stworzył siermiężny sitcom, w którym każdy gag serwowany jest za pomocą łopaty, po kilkukrotnym upewnieniu się, że nie, na pewno nie jest za trudny, aby przyswoił go każdy widz, i tak, na pewno wszyscy już go słyszeli w jakiejś innej wersji. Mainstreamowa telewizja, wiecie, rozumiecie.

Problemy "Disjointed" zaczynają się już na przyjętej formule - jest to toporny sitcom, kręcony kilkoma kamerami i uzbrojony w donośny rechot publiczności, zadziwiająco żywiołowo reagującej na kolejne suchary - ale bynajmniej się na niej nie kończą. "One Day at a Time" udowodniło, że nawet z tego okropnego, przestarzałego formatu, który telewizja już dawno powinna złożyć do trumny, da się coś wycisnąć. Wystarczy nie podchodzić do widza jak do idioty. Niestety, w przypadku Chucka Lorre'a takie podejście to norma i pozostaje tylko załamać ręce nad faktem, że znalazł poklask akurat w Netfliksie.

Do siermiężnej formuły dochodzą więc nieśmieszne żarty poniżej jakiegokolwiek poziomu, brak choćby zalążków sensownej fabuły i fatalnie napisane oraz nie najlepiej zagrane postacie, przy których nawet ekipa "Fuller House" wypada całkiem charyzmatycznie. Gwiazdą serialu i magnesem mającym przyciągać widzów, jest Kathy Bates, wspaniała, wielka aktorka, której obecności tutaj nijak nie potrafię wytłumaczyć (i błagam, nie mówcie mi, że pieniądze, bo rzucę to wszystko i wyjadę w Bieszczady). Wciela się ona w Ruth, hipisowską właścicielkę sklepu z marihuaną medyczną w Los Angeles, a wcześniej aktywistkę walczącą o legalizację trawki. To postać, w której Bates mogłaby błyszczeć, gdyby nie to, że scenariusz nie dorasta jej do pięt. Kończy się więc na banałach, na które takiej aktorki po prostu szkoda.

Cała reszta serialowej ekipy właściwie nie istnieje i z biegiem czasu wcale istnieć nie zaczyna, ale z kronikarskiego obowiązku podaję, że w mniejszych i większych rolach pojawiają się tutaj Elizabeth Alderfer, Dougie Baldwin, Elizabeth Ho, Aaron Moten, Tone Bell i inni. Jedni grają pracowników, inni klientów sklepu, wszystkich zapomina się w ułamek sekundy po obejrzeniu ich występów, choć trzeba przyznać, że niektóre postacie, jak duet klientów grany przez Betsy Sodaro i Chrisa Redda, wyróżniają się wyjątkowym zamiłowaniem do zwiedzania okolic dna absolutnego. Na przestrzeni pierwszych siedmiu odcinków (więcej przemęczyć nie dałam rady) serial powtarza kilkakrotnie, że trawka nie jest tylko dla idiotów, a jednak wyraźnie uczynił swoją misję z udowadniania dokładnie przeciwnej tezy.

"Disjointed" to męczarnia pod każdym względem, przy której najgorsze sitcomy telewizji CBS, kasowane po paru odcinkach, wypadają całkiem korzystnie. Ich twórcy przynajmniej nie próbują wmówić publice, że ma do czynienia z czymś więcej. Tutaj takie próby podjęto, a drogą do celu są nonszalancko rzucane przekleństwa, wyjątkowo nieśmieszne parodie youtube'owej twórczości, animowane fragmenty dziejące się w wyobraźni jednego z bohaterów czy też "artystyczne" wstawki stylizowane na stare reklamy. Jednym z efektów ubocznych tej radosnej zabawy twórców jest skuteczne obrzydzenie mi piosenki "Jack, I'm Mellow", którą wykorzystano w całkiem klimatycznej, ale kompletnie nie pasującej do serialu czołówce.

Określenie tego, co jest największym problemem "Disjointed", nie jest takie proste, bo aż chce się krzyknąć: wszystko! A najbardziej chyba to, że twórcy sami nie wiedzą, co chcą nam pokazać. Schematyczne gagi, wykorzystywanie najgorszych stereotypów czy sztuczny śmiech z puszki sugerują, że to serial, który kompletnie nie wie, jaki teraz mamy rok. A jednak wyraźnie chce być kojarzony z nowoczesną produkcją, więc a to uśmiechnie się do youtuberów, a to coś sparodiuje, a to puści oczko do fanów starych filmów. Za każdym razem wypada to dziwnie, sztucznie i nie na miejscu, jak gdyby ktoś to powciskał na siłę pomiędzy żarty toaletowo-seksualne i banalne interakcje bohaterów.

To ostatnie prawdopodobnie zabije "Disjointed" (choć na premierę czeka jeszcze 10 odcinków, zamówionych wcześniej), bo bez postaci, których losy chcemy śledzić, żaden serial nie jest w stanie przetrwać. Tymczasem tutaj nawet PTSD ochroniarza, mającego za sobą służbę w Iraku, czy skomplikowaną relację pomiędzy Ruth a jej synem sprowadza się do serii żenujących dowcipów, pod którymi trudno jest dostrzec prawdziwych ludzi.

Trawka też nie gra w serialu większej roli, poza tym że służy do wygłaszania byle jakich żartów o tym, jak to jest być zjaranym. Nie wyobrażam sobie, żeby ci, którzy lubią sobie zapalić - czyli najczęściej po prostu młodzi ludzie - mieli ekscytować się topornym serialem, przypominającym to, co oglądają ich dziadkowie w CBS. Chuck Lorre równie dobrze mógł osadzić tę historię w sklepie ze skarpetkami, rybami albo czymkolwiek innym, efekt prawdopodobnie byłby ten sam.

Nie tak to się robi, Netfliksie. Utożsamianie masowej publiki z bandą idiotów ma swoje granice, a przekonały się o tym już amerykańskie stacje ogólnodostępne. Przykro patrzeć, jak serwis, który jeszcze do niedawna uchodził za źródło rozrywki dobrej jakości, postanowił sprawdzić na własnej skórze, jak to jest zapukać w jakościowe dno od spodu.