Serialowa alternatywa: "Babylon Berlin", czyli niemiecka dekadencja z lat 20.

"Babylon Berlin" (fot. Sky 1)

0

Berlin z dwudziestolecia międzywojennego. Miejsce, w którym przepych spotyka się z nędzą, a polityka, seks i morderstwa idą ze sobą ramię w ramię. Czy może być lepsze tło serialowej historii?

Patrząc na rozmach, z jakim w przeszłość przenieśli nas twórcy "Babylon Berlin", może się wydawać, że nie. Najdroższa produkcja w historii niemieckiej telewizji (budżet rzędu około 40 mln euro) to wizualna perełka, która zachwyca każdym kadrem, czasem porywając do tańca, a kiedy indziej zanurzając się po szyję w realiach życia najbiedniejszych mieszkańców stolicy. Czy jednak poza niesamowitą podróżą w czasie "Babylon Berlin" ma do zaoferowania coś jeszcze?

Serial będący koprodukcją niemieckich Sky 1 i ARD (w Polsce oglądać go można w HBO GO, premiera w HBO 6 listopada) to już na pierwszy rzut oka jedna z tych gigantycznych produkcji, które mają przyciągać wzrok wszelkiego rodzaju ekranowymi atrakcjami. A nie od dziś wiadomo, że takie często spychają scenariusz na drugi plan, traktując go jak niezbyt istotny dodatek do realizacyjnego przepychu. Tutaj jednak idą one ze sobą w parze, dzięki czemu dostaliśmy serial olśniewający, a przy tym niegłupi i naprawdę wciągający.

Rozgrywająca się w Berlinie w 1929 roku historia jest ekranizacją powieści autorstwa Volkera Kutschera i w największym skrócie opowiada o młodym inspektorze policji imieniem Gereon Rath (Volker Bruch), który trafia do niemieckiej stolicy z Kolonii, odkrywając stopniowo wszystko, co tytułowe miasto grzechu ma do zaoferowania. Wliczając w to zarówno dekadenckie rozrywki, którym trudno się oprzeć, jak też ścierające się ze sobą polityczne siły i coraz mocniej dochodzące do głosu ekstremizmy.

babylon1

Rath zostaje członkiem wydziału obyczajowego stołecznej policji, w czym, jak się szybko okazuje, ma swój osobisty interes. To jednak tylko jeden z kilku toczących się równolegle wątków, które początkowo mogą się Wam wydać nieco niejasne. Powiązania pomiędzy nimi zaczną być wyraźniej widoczne w okolicach trzeciego, czwartego odcinka, gdy zdołamy w pewnym stopniu poznać bohaterów, ale przede wszystkim zanurzyć się w specyficznym środowisku, jakim jest tutejszy Berlin. Twórcy, czyli trio Tom Tykwer ("Atlas chmur"), Achim von Borries i Henk Handloegten ("Good Bye Lenin!"), zadbali bowiem o to, by jak najdokładniej odwzorować stan, w jakim znalazły się Niemcy pomiędzy dwiema wojnami.

Serial nie przemilcza ani nie tuszuje historii, starając się raczej znaleźć przyczyny nadchodzących wydarzeń i zaglądając w głąb duszy rozdartego pomiędzy sprzecznościami narodu. Kontrasty odgrywają bardzo dużą rolę w fabule, poczynając od ekonomicznych i społecznych, a kończąc na politycznych, lecz nie przesłaniają całej opowieści. Ta zgrabnie łączy wątki kryminalne z obyczajowymi i czasem wręcz naturalistyczny realizm ze światem rodem z "Kabaretu".

Efektem tego połączenia jest serial tętniący życiem, przypominający chwilami zwariowaną fantazję, by zaraz potem brutalnie sprowadzić nas na ziemię. Różne oblicza tutejszego Berlina odstają od siebie diametralnie, ale twórcom udało się jakimś cudem sprawić, że każde z nich wygląda autentycznie. Swego rodzaju łączniczką pomiędzy roztańczonym miastem nieograniczonych możliwości, a pogrążoną w ekstremalnej nędzy metropolią jest tu Charlotte 'Lotte' Ritter (znakomita Liv Lisa Fries).

babylon2

Młoda bohaterka to zdecydowanie najjaśniejsza gwiazda serialu i postać trudna do jednoznacznego sklasyfikowania, choć wydaje się, że takich jak ona widzieliśmy już mnóstwo. Prowadząca podwójne życie, by utrzymać swoją rodzinę; delikatna, a zarazem twarda jak skała; zupełnie zwyczajna i potrafiąca zamienić się w pełną ognia kobietę – Lotte ma wiele twarzy i każdą równie fascynującą. Na jej tle bladziej i bardziej stereotypowo wypada Gereon, choć i jego twórcy obdarzyli skomplikowanym charakterem i niejasną przeszłością, czyniąc z niego swego rodzaju wyrzutka.

Ten duet (choć ich wątki początkowo tylko lekko się przecinają) napędziłby niejedną produkcję, lecz "Babylon Berlin" wcale na nich nie kończy, wrzucając nas jeszcze w środek konfliktu pomiędzy stalinistami i trockistami (tak, nadal jesteśmy w Berlinie), co dodatkowo komplikuje sprawy. Może nawet za bardzo, choć gdy już otrzymamy odpowiedni kontekst, wątek lepiej wkomponuje się w fabułę. Jeśli jednak szukać słabszych punktów serialu, to właśnie w nim, bo zbyt mocno odbiega od reszty i niepotrzebnie odwraca naszą uwagę od pozostałych atrakcji.

Inna sprawa, że gdyby to ode mnie zależało, pewnie w ogóle nie opuszczalibyśmy klubu Moka Efti, czyli centrum tutejszego nocnego życia i grzesznych rozrywek. W pełnej krasie zobaczycie to miejsce w 2. odcinku i gwarantuję, że razu porwie Was ono niezwykłym klimatem, którego rytm wyznacza hipnotyzująca muzyka. Bardzo mocno czuć w tym rękę Toma Tykwera potrafiącego przemienić pojedyncze sekwencje w istne spektakle. Muzyka, taniec i seks połączone w niesamowitym montażu robią ogromne wrażenie, więc jeśli wcześniej "Babylon Berlin" nie zdoła Was do siebie w pełni przekonać, to ani myślcie, by rezygnować przed pierwszymi dźwiękami "Zu Asche, zu Staub".

babylon3

Bo właśnie wtedy serial, który do tej pory wyglądał świetnie, nabiera własnego charakteru. Przestaje być tylko efektowną błyskotką i zamienia się w audiowizualną ucztę, ale przede wszystkim staje się historią prawdziwych ludzi, nawet jeśli ci funkcjonują w czasem nierealnej rzeczywistości. Twórcy wzięli na warsztat temat bardzo trudny ze względu na okres, w jakim rozgrywa się akcja, ale nie zrobili z tego podręcznika do historii.

Widać tu raczej ścieżkę, jaką w swoich serialach obiera David Simon, wplatając losy zwykłych ludzi w szerszy kontekst. "Babylon Berlin" kolejnym "The Deuce" nie będzie (choć pomysł hardcorowych jasełek pasowałby tam jak ulał), ale wcale nie musi. Wystarczy, że oferuje ucieczkę w inny, wyjątkowy świat i pozwala utonąć w nim po uszy. Chociaż na chwilę, nim i jego zniszczy brutalna rzeczywistość.

***

Kolejna Serialowa alternatywa za dwa tygodnie, a w niej zmieniamy kraj i gatunek - zajmiemy się szwedzką "Rodziną plus" ("Bonusfamiljen").