"The Finder" (1x01): Mdłe, nijakie, przyjemne

Wiele obiecywałem sobie po "The Finder". Problem w tym, że chyba zbyt wiele. Ale na pewno znajdą się osoby, którym się spodoba.

Pilot "The Finder" był świetny i rozbudził mój apetyt przed regularną premierą spin-offa "Kości". Kłopot w tym, że pierwszy odcinek "The Finder", "An Orphan Walks Into a Bar", moich dużych oczekiwań nie spełnił. Co nie oznacza, że był fatalny. Po prostu niczym specjalnym się nie wyróżnił.

Od lat panuje moda na bohaterów z jakimś problemem, którzy są "sparowani" z kimś nieco bardziej normalnym. Schemat ten świetnie sprawdza się w "Kościach", czemu więc nie miałby się sprawdzić w "The Finder"? I pewnie się sprawdzi, w ocenie widzów, ale już niekoniecznie krytyków. Kłopot bowiem w tym, że jest to wtórne, tylko przeniesione w inne plenery, a zamiast grzebania w kościach mamy grzebanie w przeszłości oraz luźnych powiązaniach. Scenarzyści, na dokładkę, zafundowali nam element oniryczny, co już kompletnie było wzięte z sufitu, choć akurat kupy się w scenariuszu trzymało. Kłopot w tym, że było zbędne.

To wszystko nie oznacza jednak, że "The Finder" jest złą produkcją. Może nie jest rewelacyjny, ale ogląda się go przyjemnie. Ot, dobry serial przed snem - akcji akurat, odpowiedni morał i uspokajający tryumf dobra nad złem. Niczego więcej od bajki nie potrzebujemy.

Nie mam też specjalnie dużych pretensji do twórców, że poszli na łatwiznę. Wiadomo, że ludzie lubią najbardziej te melodie, które już znają i seriali ta reguła również dotyczy. Oczywiście mogli się bardziej postarać, ale w sumie po co się męczyć? Poza tym, kto wie, może serial jednak się rozwinie, w końcu to dopiero pierwszy odcinek.

Jedno jest pewne - "The Finder" znajdzie się na mojej liście "można oglądać". Każdy potrzebuje bowiem czegoś, przy czym może się zrelaksować. A "The Finder" świetnie się do tego nadaje. I to jest podstawowy plus tego serialu. Szczególnie, że da się go oglądać, nie odrywając się od innych czynności.

REKLAMA