Jak łyse konie. "Broad City" - recenzja finału 4. sezonu

"Broad City" (Fot. Comedy Central)

0

W odcinku "Friendiversary" konia udaje tylko Ilana. Jednak fakt, że bohaterki znają się jak łyse konie, a widzowie po czterech sezonach też wiedzą, czego się spodziewać, ma równocześnie pozytywny i negatywny wpływ na ocenę. Finałowe spoilery!

Pierwsze minuty "Friendiversary" zawierają tyle gagów, że można by nimi obdarować kilka odcinków innego serialu. W sekwencji szukania wskazówek przez Abbi "Broad City" ponownie udowadnia, że da się przełożyć pomysły, które pozornie można zobaczyć tylko w kreskówkach, na sceny w serialu z aktorami. Ilana podwieszona na drzwiach sypialni Abbi oraz wynurzająca się z trocin w akwarium to widoki, które zostaną ze mną na dłużej.

Później jest jednak słabiej. Jako że wypadająca z okna "kobieta" ewidentnie wygląda na manekina, trudno uwierzyć w napędzającą odcinek intrygę. Właściwie cały czas liczyłam na jakiś zaskakujący zwrot akcji, drugie dno. Fantastyczny Dennis O'Hare robi tu, co może, ale wątek z rozwiązywaniem sprawy "morderstwa" nie wciągnął mnie szczególnie.

Większe nadzieje wiązałam więc z tym, co w "Broad City" najlepsze – z emocjami wokół przyjaźni Abbi i Ilany. Finał czwartej serii nawet mocniej niż poprzednie odcinki uświadomił mi jednak, że chyba niewiele nowego można tu jeszcze powiedzieć. Jacobson i Glazer stworzyły bardzo potrzebny ekranowy wizerunek silnej kobiecej przyjaźni. Czystej, niepodszytej intrygami lub zazdrością o kolejnych facetów. Ta zaleta powoli jednak zmienia się może nie tyle w wielką wadę, ale w przyczynę fabularnej stagnacji. Na dodatek twórczynie serialu coraz częściej sięgają po najprostszy środek pokazywania nam tej przyjaźni: mówienie o niej.

We "Friendiversary", pewnie pod wpływem nastroju tytułowej okazji, Abbi i Ilana wciąż powtarzają, jak się kochają i jaka szalona jest ich przyjaźń. To wszystko prawda, ale dużo lepiej wypadają sceny, w których przyjaźń widzimy bez łopatologicznego komentarza. Jak wtedy, gdy Ilana może liczyć na schronienie tylko u Abbi. Kiedy którejś z dziewczyn coś się uda, a druga reaguje nieudawaną radością. Lub gdy coś nie wyjdzie i zawsze można liczyć na wsparcie i komentarz, że to wina świata, bo przecież Abbi/Ilana jest idealna taka, jaka jest.

Mam wrażenie, że scenarzystki zdają sobie sprawę z tej stagnacji, która grozi "Broad City". Czwarty sezon próbowały ożywić na kilka sposobów. Przypomniały ulubionych bohaterów drugiego planu takich jak Lincoln czy Jaimé, ale ci nie pokazali nic nowego. Przełomowy w teorii wątek stałego związku Ilany wyszedł jakiś rozmyty, bez ikry. Pojawiła się masa gościnnych aktorów z najwyższej półki, ale chociaż grali na swoim poziomie (wspomniany O'Hare, Fran Drescher, Steve Buscemi) lub wręcz pozytywnie mnie zaskoczyli (Shania Twain), to podnosząc wartość pojedynczych scen, nieszczególnie wpłynęli na jakość całej serii. Nie podzielam też medialnych zachwytów postacią Marcela (RuPaul). Zresztą cały wątek pracy Ilany nie zapadł mi w pamięć.

Ożywienie, chociaż przymusowe, miała też zapewne wprowadzać wizja Ameryki pod rządami Donalda Trumpa. O ile jednak podzielam obawy bohaterek w kwestii tego, dokąd ten świat zmierza, to związane z tą warstwą żarty średnio mnie bawiły. Brak orgazmu w prawicowej Ameryce? Ocenzurowanie nazwiska prezydenta? Chyba stać serialowy duet na większą kreatywność. I widać to choćby w odcinku "Florida", gdzie przez chwilę nawet Abbi i Ilana dają się zaślepić plusom życia poza Nowym Jorkiem i ignorują problemy rasistowskiej, uzbrojonej po zęby wspólnoty, do której trafiają.

"Broad City" to nigdy nie był serial subtelny, ale nie był też nudny. Teraz wkradła się do niego rutyna. I nie pomógł nawet najwyraźniejszy sygnał szukania wyjścia z tej sytuacji: eksperymenty formalne. Część z nich była według mnie całkiem udana. Świetne otwarcie sezonu ("Sliding Doors") z dwiema wersami początków przyjaźni przypomina nieco "Przypadek" Kieślowskiego i inne tego typu refleksje nad znaczeniem drobnych spraw dla przebiegu całego życia. "Mushrooms" to przykład niebanalnej animacji, które idealnie współgra ze światem stworzonym przez Jacobson i Glazer. "Florida" daje szansę pokazania bohaterek poza Nowym Jorkiem. "House-Sitting" dzięki zamknięciu bohaterów w jednej przestrzeni dobrze pokazuje napięcia między nimi (chociaż wątek z byłym nauczycielem Abbi wydaje mi się niesmaczny).

Te nowe środki wyrazu są odważne i niektóre odcinki dzięki temu zapamiętam na dłużej. Jednak takie nagromadzenie eksperymentów trochę przypomina na przykład późniejsze sezony "Community", kiedy serial był już cieniem samego siebie, ale udawał, że jest inaczej. W czwartej serii oglądałam "Broad City" trochę z przyzwyczajenia, z sympatii dla bohaterek i z poczucia, że seriale o takiej kobiecej przyjaźni warto wspierać. Nie było już we mnie tego podziwu dla pomysłowości każdego odcinka, a i przyjaźń Abbi i Ilany trochę mi spowszedniała. Nie wyobrażam sobie jednak, że serial mógłby w tej relacji zaproponować jakąś rewolucję, jakiś poważny konflikt bez zniszczenia ducha całej produkcji. Może więc lepiej zejść ze sceny, póki jest jeszcze znośnie?