Złote Globy 2018 - kogo brakuje wśród nominowanych?

"The Good Place" (Fot. NBC)

0

Nieprzewidywalność to znak firmowy Złotych Globów. W tym roku też nie jest nudno, pozytywnych zaskoczeń nie brakuje, ale pewne braki jak zwykle dają po oczach.

Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej to jedna z tych instytucji, które rządzą się własnymi prawami. Kiedy więc przychodzi do ogłaszania nominacji do Złotych Globów i później wybierania zwycięzców, eksperci powtarzają, że nie powinniśmy tego traktować w stu procentach poważnie. I coś w tym jest. Ale też jest faktem, że zagraniczni dziennikarze, będący członkami stowarzyszenia, często dokonują interesujących, odważnych wyborów. Seriale, które nigdy nie miałyby szansy na Emmy (jak "Mozart in the Jungle" czy "The Affair"), tutaj rządzą.

Nie wszystkie wybory są trafione, nie z wszystkimi wyborami się zgadzamy, ale przynajmniej zwykle nie jest nudno. Udowadnia to także tegoroczna lista nominowanych do Złotych Globów, na której nie brakuje świeżej krwi. A zaraz obok są te same uznane nazwiska, nominowane co roku nie wiadomo za co właściwie. Złote Globy w pigułce.

Najnudniejszy jest w tym roku zestaw nominowanych w kategorii "Najlepszy serial dramatyczny" - to czwórka sprzed sprzed roku plus "Opowieść podręcznej", która wskoczyła na miejsce "Westworld". Dokładnie odwrotnie jest z komediami, gdzie tylko jeden tytuł sprzed roku się powtórzył i jest to "Black-ish".

ZASKOCZENIA NA PLUS:

"Gra o tron" nie zdominowała wszystkich kategorii. Dokładniej - dostała tylko jedną nominację, dla najlepszego serialu dramatycznego. To spore zaskoczenie, że zignorowano wszystkich aktorów, ale bynajmniej nie zamierzam na to narzekać. Ta ekipa już dużo wygrała i zapewne jeszcze wygra za finałowy sezon. A tymczasem jest tyle innych seriali, które zasługują na zaszczyty.

Nie zapomniano o "Opowieści podręcznej" i Elisabeth Moss . Ekranizacja powieści Margaret Atwood zgarnęła wszelkie możliwe nagrody Emmy, tutaj ten sukces się nie powtórzy, bo nominacje są "tylko" trzy, a konkurencja w kategoriach aktorskich wydaje się silniejsza. Będę jednak bardzo zdziwiona, jeśli nie będzie nagrody dla najlepszego serialu dramatycznego i najlepszej aktorki pierwszoplanowej.

Zestaw nominowanych aktorek z seriali dramatycznych jest naprawdę mocny. Elisabeth Moss powinna to wygrać i to wygra, ale cieszą mnie także wszystkie pozostałe nominacje. O żadnej z nich nie można powiedzieć, że jest niezasłużona. Gdyby nie Moss, pewnie kibicowałabym Maggie Gyllenhaal i "The Deuce". Najbardziej kontrowersyjny wybór to prawdopodobnie Katherine Langford i "13 Reasons Why", ale ja go popieram w stu procentach, przynajmniej dopóki mówimy o samej nominacji.

Wśród aktorów rządzi Sterling K. Brown, który powinien to wygrać i zapewne to wygra (a przypominam, że rok temu w ogóle nie miał nominacji za "This Is Us"!). Freddie Highmore zasługiwał na nominację za "Bates Motel" i prawdopodobnie zasługuje także za "The Good Doctor". Pewnie bym to mogła potwierdzić, gdybym była w stanie oglądać jego nowy serial.

Nominację dostał David Harbour - jako jedyny ze "Stranger Things". I śmiem twierdzić, że w tym przypadku to zdecydowanie najlepszy wybór. Szef policji Jim Hopper przebił w 2. sezonie wszystkich, a poza tym nikt tak wspaniale nie przemawia na galach jak Harbour. Choć konkurencja jest mocna, nie obrażę się, jeśli to on zostanie zwycięzcą w tym roku.

W komediach jest bardzo dużo świeżości, co zawsze popieram. Zestaw seriali komediowych jest dużo ciekawszy i moim zdaniem też dużo bardziej trafny niż w przypadku dramatów. (Prawie) nie ma nudy i stagnacji.

"The Marvelous Mrs. Maisel" i Rachel Brosnahan zasługują na wszystkie nagrody świata, więc świetnie, że mają szansę i tutaj.

Uff, jest nominacja dla "Master of None" w najważniejszej kategorii. Czas najwyższy! To naprawdę zasłużona nominacja, bo 2. sezon był jeszcze lepszy od pierwszego.

Dostrzeżony został "SMILF" i jego gwiazda/twórczyni - i ostrożnie jestem na tak, bo choć serialowi do ideału sporo brakuje, lepiej widzieć tutaj ten tytuł niż "Modern Family" czy "The Big Bang Theory". Nominację ma także Pamela Adlon, ale na tym zaszczyty dla "Better Things" się kończą. Zauważono fantastyczną Alison Brie i "GLOW". To wszystko razem stanowi fajny, świeży zestaw - będzie z czego wybierać!

Nominacjami obsypano "Wielkie kłamstewka" i o żadnej z tych nominacji nie możemy powiedzieć, że jest niezasłużona. Pozostaje oczywiście jeszcze kwestia kategorii - gdybym była złośliwa, powiedziałabym, że HBO czekało z ogłoszeniem 2. sezonu na zamknięcie głosowania. W kategoriach miniserialowych Nicole Kidman i spółka zgarną wszystko. W serialach dramatycznych trafiłyby na bardzo mocną konkurencję w postaci "Opowieści podręcznej" i różnie mogłoby to się skończyć.

A skoro już jesteśmy przy tych dwóch tytułach, jakże się cieszę, że telewizją wreszcie rządzą kobiety! Kiedy chodziłam do szkoły, na małym ekranie prawie nie było bohaterek, które miałyby inne cele życiowe niż poszukiwanie tego jednego, jedynego. Dziś coraz więcej dziewczyn jest w stanie zobaczyć w telewizji kogoś, kim chciałyby kiedyś być. To bardzo budujące, że matki, żony i kochanki są zastępowane przez królowe, wrestlerki, komiczki stand-upowe, prawniczki, prezydentki. I to widać w tych nominacjach. A kategoria "Najlepsza aktorka w serialu limitowanym lub filmie telewizyjnym" wygląda wręcz oscarowo!

W miniserialach jest prawie tak, jak być powinno. Doceniono "Fargo", "Wielkie kłamstewka", "Feud: Bette and Joan", a także świetne "Top of the Lake: China Girl". Liczyłam na podwójną nominację dla Elisabeth Moss, ale rozumiem, czemu mogło zabraknąć miejsca.

Wreszcie ktoś zauważył "Młodego papieża"! Nominacja należała się także dla miniserialu, ale dobrze, że chociaż Jude Law nie został zignorowany. Mam wrażenie, że amerykańska widownia, jak również amerykańscy krytycy kompletnie nie zrozumieli, o co chodzi w specyficznej opowieści Paolo Sorrentino. Ale zagraniczni dziennikarze już tego problemu nie mieli.

Nominację dostał także Kyle MacLachlan, który był rewelacyjny w powrocie "Twin Peaks" jako agent Cooper w kilku różnych wersjach. Mam nadzieję, że to wygra, dokładnie tak jak w 1990 roku. Wtedy pokonał samego porucznika Columbo, teraz zmierzy się z papieżem, Einsteinem, oszustem wszech czasów i dwoma braćmi bliźniakami z Minnesoty granymi przez tego samego aktora.

ZASKOCZENIA NA MINUS:

"Najlepszy serial dramatyczny" to jedno wielkie nieporozumienie. Czwórka nominowanych została przepisana z zeszłorocznego zestawu i nikomu z tej czwórki nie jestem w stanie życzyć zwycięstwa. Oczywiście, to dobre seriale, jeśli mierzymy jakość wielkością smoka albo innego pałacu. Ja jednak wolę mierzyć jakość skalą innowacyjności i dlatego...

...wolałabym zobaczyć na ich miejscu "Pozostawionych". To, że dosłownie wszyscy, włącznie z krytykami, zignorowali najlepszy serial tego roku, jest dla mnie niepojęte. "Pozostawieni" wyprzedzili swoją epokę o dobrych kilka lat, więc rozumiem, że Akademia Telewizyjna może ich nie rozumieć. Ale Hollywoodzkie Stowarzyszenie Prasy Zagranicznej docenić ich powinno.

A przede wszystkim wypadało docenić Carrie Coon - jeśli nie za rolę Nory Durst z "Pozostawionych", to chociaż jako policjantkę z "Fargo".

Na zaszczyty dla "Halt and Catch Fire" nawet nie liczyłam, ale nie mam wątpliwości, że to serial, którego obecność w tym gronie powinna być oczywistością. Zwłaszcza po doskonałym finałowym sezonie, który ugruntował jego pozycję wśród najlepszych. A już zwłaszcza dziwi mnie pomijanie tego serialu w kategoriach aktorskich - oto mamy kolejne szacowne jury, które zdaje się nie kojarzyć takich nazwisk, jak Mackenzie Davis, Kerry Bishe czy Scoot McNairy.

Powrócono także do ignorowania "The Americans" i duetu grającego główne role. Bo inaczej byłoby zbyt pięknie.

Liczyłam na coś więcej dla "The Deuce" i oczywiście, że się przeliczyłam. OK, podwójna rola Jamesa Franco aż tak wybitna nie jest, ale wciąż widzę przynajmniej dwie osoby, które mogłyby ustąpić mu miejsca. Nie wspominając już o tym, że serial Davida Simona błyszczałby wśród nominowanych w kategorii "Najlepszy serial dramatyczny".

A poza tym zero "Legionu"! Tego akurat się spodziewałam, bo superbohaterom nie jest łatwo w takich wyścigach. Ale ucieszyłaby mnie chociaż jakaś jedna mała nominacja aktorska - zasłużył na nią Dan Stevens, zasłużyła Aubrey Plaza i nie tylko oni.

Podobnie rzecz się ma z "American Gods", które zasługuje na uwagę z wielu powodów, a tym najważniejszym jest Ian McShane.

W komediach jest nieźle, ale wciąż nie jest idealnie. "Black-ish" wyraźnie zostało nowym "Modern Family", czego nie rozumiem, bo to zaledwie niezły sitcom sieciówkowy. Obecność "Will & Grace" wśród najlepszych to chyba jakiś ponury żart - czy jurorzy doczytali, że mamy rok 2017 i mówimy o anachronicznym koszmarku, który odstaje od współczesnych komedii pod każdym względem? Bo fakt, że kiedyś to był dobry sitcom, naprawdę nie wystarczy.

Najbardziej w tym zestawie brakuje mi "The Good Place" i jego fantastycznej ekipy z Kristen Bell na czele. To właśnie ten sitcom, a nie "Black-ish" - czy nieszczęsny powrót "Will & Grace" - jest dziś dowodem na to, że także w telewizji ogólnodostępnej jest miejsce na innowację.

Zignorowano "Crazy Ex-Girlfriend" i Rachel Bloom, akurat w tym roku, kiedy ten serial rzeczywiście dołączył do ścisłej czołówki.

Nominacji nie dostała Kathryn Hahn za "I Love Dick", za to otrzymał ją Kevin Bacon. Wiecie czemu? Bo nazywa się Kevin Bacon, a ci państwo są przywiązani do nazwisk, które znają.

Zarówno "GLOW", jak i "Niepewne" zasługują na więcej, niż po jednej nominacji w kategoriach aktorskich. Oba należą do kategorii "Najlepszy serial komediowy", a i nominacja dla Betty Gilpin byłaby miłą niespodzianką (choć jej brak da się zrozumieć - nie starczyło miejsca).

Zdecydowanie brakuje mi także Titusa Burgessa, bo nawet jeśli "Unbreakable Kimmy Schmidt" ma za sobą słabszy sezon, akurat on wymiatał. W kategoriach drugoplanowych ogólnie brakuje miejsca, bo wszystkich wrzuca się do jednego worka, a miejsc jest tylko pięć. I właśnie dlatego wiele świetnych ról przepada - ot, choćby Alexis Bledel i "Opowieść podręcznej". Aktorka dostała Emmy, ze Złotym Globem już gorzej, bo w tej samej kategorii nagle pojawiły się choćby panie z "Wielkich kłamstewek".

W kategoriach miniserialowych jest dużo dobrych tytułów i jeden żart. Ten żart to gniot pt. "The Sinner", na który na początku też daliśmy się nabrać. Czyżby ktoś tu widział tylko pierwsze odcinki?

"Młody papież" zasługuje na więcej. "Twin Peaks" prawdopodobnie zasługuje na więcej. "Top of the Lake" także. Wyraźnie widać, że nie tylko w kategoriach drugoplanowych brakuje miejsca - dużo dobrych ról w miniserialach przepadło, bo trudno było nie nominować całej ekipy "Wielkich kłamstewek" czy "Feud".

A przede wszystkim brakuje "Godless"! Bardzo dobry miniserial w rewelacyjnej obsadzie - i zero nominacji. A tymczasem "The Sinner"... ech.

Na tym kończę narzekanie, choć wiem, że to i owo można by jeszcze dopisać. Dopisujcie więc w komentarzach!