Czarne sukienki i trzęsienie ziemi z kobietami w roli głównej. 10 moich uwag na temat gali Złotych Globów

Fot. GoldenGlobes

0

Wszystkie gwiazdy ubrane na czarno, przypinki z napisem Time's Up! i kobiety oraz przedstawiciele mniejszości, sięgający po to, czego przez lata im odmawiano. Takiej gali jeszcze nie było.

Złote Globy to sympatyczna, pijacka impreza, którą szalenie lubię, nawet jeśli werdykty Hollywoodzkiego Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej nie zawsze do mnie przemawiają. To, co się dzieje na kolejnych galach, czasem mnie nudzi, czasem irytuje, czasem szczerze bawi (pamiętacie imprezy prowadzone przez Ricky'ego Gervaisa, a potem Tinę Fey i Amy Poehler? Czysta frajda!), ale rzadko zmusza mnie do zastanowienia się nad czymkolwiek. I wydawałoby się, że wszystko jest OK, w końcu mówimy o przemyśle rozrywkowym skoncentrowanym w kraju, który walkę o wolność i równość już dawno wygrał. A tu... niespodzianka.

Dziś już wiemy, że to bujdy, bo amerykańską popkulturą przez lata rządziła hipokryzja. To biznes, który jedne grupy promował, a innych nie dopuszczał do głosu. Biznes, który uważał, że kobiecie można płacić za tę samą pracę płacić mniej niż mężczyźnie, i w którym niezwykle trudno się przebić, jeśli masz inny kolor skóry niż biały. A już zwłaszcza jeśli chcesz pisać i produkować. Ostatnie lata są dla Hollywood jak trzęsienie ziemi, a wychodzące na jaw kolejne seksskandale przypominają wycinanie raka. Bezlitosne są statystyki, które pokazują, jak mało jest nominowanych reżyserek, producentek, Latynosów, Afroamerykanów i wszelkich przedstawicieli mniejszości.

I nie chodzi o to, że oni nie są aż tak dobrzy. Chodzi o to, że oni mają w życiu mniej szans. Ich historie ten biznes przez lata odrzucał. Nie chciano ich słuchać, bo rządzącym tym światkiem facetom pokroju Weinsteina wydawało się, że lepiej sprzedaje się coś innego. Rasizm i seksizm były stanem umysłu przez lata. Czasy prawdziwego pluralizmu dopiero się zaczynają - a wraz z nimi czasy historii, w których oglądać będziemy więcej ludzi innych niż my. Cieszę się z tego i na dzień dobry mówię, że nic nie zrobiło na mnie takiego wrażenia jak...

1. ...cała sala ubrana na czarno i zjednoczona w dobrej sprawie

Kobiety odzyskały głos, który dzisiejszej nocy zabrzmiał z całą mocą. Elisabeth Moss cytująca Margaret Atwood (nie jesteśmy wypełniaczem w męskiej opowieści, jesteśmy opowieścią!), a do tego Nicole Kidman, Laura Dern, Reese Witherspoon, Oprah Winfrey, Greta Gerwig (jak dobrze, że spin-off "Jak poznałem waszą matkę nigdy nie powstał!), Amy Sherman-Palladino i Rachel Brosnahan, Amy Poehler... Ta gala należała do kobiet, które zasłużyły na wszelkie laury. A to, że prawie nikt nie przyszedł ubrany inaczej niż na czarno, pokazuje, jak bardzo potrzebna jest ta zmiana w Hollywood. Kobietom, mężczyznom - każdemu, kogo interesuje różnorodność na ekranie.

2. Wygrały seriale, którym zwycięstwo się należało

Z werdyktami Hollywoodzkiego Stowarzyszenia Prasy Zagranicznej rzadko zgadzam się w stu procentach, ale tym razem jest blisko. Nie nagrodzono nikogo, kto by nie zasłużył. Żadna Lady Gaga nie odebrała nagrody Kirsten Dunst. Możemy się spierać, czy wolimy "The Marvelous Mrs. Maisel", czy jednak "Master of None" - moje zdanie na ten temat znacie, a jeśli nie, to wiedzcie, że zawsze jestem #TeamAziz - ale generalnie wygrały dobre seriale. Nie ma ani żadnej wtopy, ani nawet totalnie odjechanej decyzji, która usprawiedliwiałaby powtarzanie co roku, jakie to nieprzewidywalne są Złote Globy.

3. Seth Meyers nie istniał, bo i nie miał po co istnieć

Jeśli potrzebujecie kompletnie nijakiego gospodarza odpustu, wiecie, do kogo iść. Seth Meyers już raz podczas gali Emmy udowodnił, że się do tego nie nadaje, teraz to się potwierdziło. Z jego monologu otwarcia zapamiętam rewelacyjną Amy Poehler, odgrzewany żart o Trumpie i Hollywoodzkim Stowarzyszeniu Prasy Zagranicznej (rok temu powtórzono kilka razy podczas gali, że to muszą być wszystkie znienawidzone słowa prezydenta USA w jednym), a także naprawdę ostry żart o Weinsteinie, skomentowany buczeniem, na które Meyers dokładnie wiedział, co odpowiedzieć. Billy Eichner i Kevin Spacey również do zapamiętania. A reszta... Hm, jaka reszta?

4. Pierwszy Złoty Glob dla Amy Sherman-Palladino

Choć kibicowałam "Master of None", nagroda dla "The Marvelous Mrs. Maisel" ucieszyła mnie bardzo. Miło było po tylu latach od debiutu "Gilmore Girls" zobaczyć, że wreszcie doceniono niezwykły styl Amy Sherman-Palladino. Swoboda, z jaką właścicielka najdziwniejszych kapeluszy w całej tej branży, dziękowała za "zaproszenie do tańca", była absolutnie ujmująca. I jakże się cieszę, że wszystkie czeki od Amazona się pokrywają! Swoją drogą, mina Jeffa Bezosa absolutnie bezcenna.

5. Sterling K. Brown znów zrobił różnicę (i nikt mu nie przerwał)

Gdyby nie był aktorem, Sterling K. Brown prawdopodobnie mógłby założyć własny kościół i przekonać mnie, żebym go czciła po wsze czasy. Jego przemowy to ozdoba każdej gali (nawet jeśli zostają przerwane, jak ostatnio podczas rozdania Emmy), bo on po prostu ma do tego talent. Mówi płynnie, barwnie i z uczuciem, a do tego ma coś do powiedzenia. Jego podziękowanie dla Dana Fogelmana za rolę, którą mógł zagrać tylko on - po to, żeby inni tacy jak on mogli zobaczyć siebie na ekranie - było przepiękne. Chciałabym, żeby wygrywał wszystko, co jest do wygrania.

6. A skoro przy facetach jesteśmy...

...to nie jest tak, że oni nie istnieli. Showrunnerem "Opowieści podręcznej" jest mężczyzna. Scenariusz do "Wielkich kłamstewek" napisał mężczyzna. Amy Sherman-Palladino pracuje nie sama, tylko w duecie z mężem, Danielem Palladino. Nikt tym znakomitym twórcom nie próbuje niczego odbierać i nikt im niczego nie odbierze. To nie jest wojna płci, to "jedynie" walka o to, żeby wszyscy mieli równe szanse i żeby kobiety nie musiały przechodzić upokorzeń, zgadzać się na niższe płace i zwiedzać wieczorową porą pokojów hotelowych, by dostać tę samą pracę co mężczyźni.

7. I właśnie dlatego potrzeba kobiet także za kamerą

Moment, w którym Ron Howard i Natalie Portman odczytywali nazwiska najlepszych reżyserów, był prawdopodobnie jednym z najbardziej niezręcznych podczas całej gali. Portman wypaliła: "Oto nominowani - sami mężczyźni" i nie było to specjalnie miłe dla tychże nominowanych. Być może nie był to najlepszy sposób na oznajmienie tego, co jest oczywiste: różnorodność jest potrzebna nie tylko przed kamerą. Dopóki producentami, reżyserami i scenarzystami są sami biali faceci, wiele się nie zmienia. Potrzebne są takie osoby jak Reed Morano, Greta Gerwig albo Jill Soloway, żeby rzeczywiście było widać zmiany.

globes-natalie

8. Oprah na prezydenta?

Ikona, chodząca inspiracja i jedyna osoba, która może mówić milionom Amerykanów, jak żyć. Oprah Winfrey była jedną z największych bohaterek tej gali, a jej przemowa - w której przypomniała, dlaczego małe dziewczynki potrzebują dobrych wzorców - trafiła w punkt i pasowała idealnie do imprezy, którą zdominowała walka kobiet o równe traktowanie.

NBC całkiem serio zasugerowało na Twitterze - w tweecie, który został usunięty, ale jak wiecie, z internetu nic nie znika - że to może być przyszła prezydent USA. I choć za tweeta przepraszano (podobno to nie miało być polityczne oświadczenie, tylko odniesienie do żartu Meyersa), wiele osób prawdopodobnie po prostu się z tym zgodzi.

9. Nie mogę nie zauważyć, że Aziz Ansari był przeuroczy

Też bym była zdziwiona wygraną, gdyby wszystkie strony internetowe zgodnie twierdziły, że przegram. Włącznie z Serialową.

10. No dobrze, ale Ewan McGregor nie tylko mnie zaskoczył?

I nie, nie mam na myśli jego podziękowań, w których znalazło się tyle samo miejsca dla każdego, w tym jego byłej i obecnej ukochanej. Sama jego wygrana była zaskoczeniem, bo przecież walczył z Kyle'em MacLachlanem i Jude'em Lawem jednocześnie. Nie kibicowałam mu, byłam przekonana, że w ogóle się tutaj nie liczy, a po wszystkim myślę, że to w sumie dobra wiadomość. Nawet najsłabszy sezon "Fargo" nie przeszedł niezauważony, bo to, co robi Noah Hawley, jest niezwykłe. Ta nagroda to głos za 4. sezonem "Fargo", który tak właściwie popieram.