Dreptanie w miejscu. "Shameless" - recenzja finału 8. sezonu

"Shameless" (Fot. Showtime)

0

Finał sezonu w "Shameless" to zawsze sporo atrakcji. Tym razem była choćby wojna z lokatorami, ślub, włamanie i ucieczka przed szaloną żoną. Tylko emocji w tym wszystkim niewiele. Spoilery.

Dzisiaj brzmi to już jak bardzo odległe wspomnienie, ale fakty są takie, że jeszcze kilka tygodni temu miałem duże nadzieje na to, że czeka nas świetny sezon "Shameless". Serial wystartował z dawno niespotykaną werwą, otwierając przed swoimi bohaterami szereg nowych możliwości, a ja liczyłem, że mamy do czynienia ze stałym trendem. Z czasem jednak pierwsze wrażenie się rozmyło, a my pogrążyliśmy się w fabularnym chaosie (nawet nie liczę zasygnalizowanych i porzuconych wątków) i typowych dla Gallagherów szaleństwach, które po ostatnim odcinku nie wydają się ani odrobinę bardziej znaczące, niż do tej pory.

A przecież nie tak miało być, czego zdecydowanie najlepszym przykładem jest Fiona. Wydawało się, że przed nią przełomowy sezon – odważnie postawiła na siebie, w znacznym stopniu odcięła się od reszty zwariowanej rodzinki, w pewnym momencie zdecydowała się nawet na wyprowadzkę i życie na własną rękę. I co? No właśnie problem w tym, że kompletnie nic.

Zamiast istotnej zmiany w jej życiu, dostaliśmy wojenkę z lokatorami, która przypomniała bohaterce, że może opuścić rodzinny dom, ale Gallagherem będzie zawsze. Nie było tu żadnego znaczącego momentu, nie ma też wynikających z tego szczególnych perspektyw na przyszłość. Ot, wątek jakich w "Shameless" wiele, o którym za moment nikt już nie będzie pamiętał. Potencjał "nowej" Fiony rozpłynął się gdzieś po drodze, pozostawiając ją właściwie w tym samym miejscu, w którym była kilkanaście odcinków temu.

shameless3

I niewiele tu zmienia obecność Forda (Richard Flood), który wprawdzie wygląda na lepszy wybór, niż poprzedni partnerzy dziewczyny, ale jest również wyjątkowo nijaki. Ktoś powie, że to objaw dojrzałości zarówno Fiony, jak i serialu, ale nie na tym owa dojrzałość powinna polegać, by robiło się nudno. Tymczasem zarówno Ford, jak i Nessa (Jessica Szohr) wydają się dodani bez większego pomyślunku. Są, bo wypadałoby, żeby Fiona miała wokół siebie innych ludzi, skoro V i Kevin żyją już w kompletnie innym serialowym świecie (do tego jeszcze dojdziemy). Wszyscy służyli jakimś konkretnym fabularnym celom, ale czy ktoś urósł do rangi pełnoprawnego charakteru? Nie, równie dobrze można ich uznać za chodzące rekwizyty.

To samo tyczy się zresztą wszystkich nowych postaci, do których ostatnio serial wyjątkowo nie miał szczęścia. Weźmy Kassidi (Sammi Hanratty) – docelowo źródło jednoczesnej udręki i szczęścia Carla, który miał z nią stworzyć toksyczny związek na wzór Franka i Moniki. Wyszła karykaturalna postać, która przez chwilę była zabawna, ale jak zawsze w przypadku trwającego zbyt długo dowcipu, szybko stała się irytująca. Efekt końcowy też trudno nazwać zadowalającym, bo cała ta historia nie zaprowadziła nas donikąd. Carl miał wrócić do szkoły, więc wrócił i nawet w jego ucieczce nie było nic spektakularnego. Wątek Kassidi można więc uznać za marnotrawstwo ekranowego czasu i dowód na to, że twórcom brakowało w tym sezonie pomysłów na wszystkich swoich bohaterów.

shameless1

A gdy już taki się pojawił i nawet nieźle funkcjonował przez jakiś czas, z kompletnie niezrozumiałych powodów zostawał porzucony. Tak było w przypadku Franka, u którego wprawdzie należało się spodziewać, że przemiana będzie krótkotrwała, ale mimo wszystko szkoda, że jego powrót na utarte ścieżki nastąpił tak nagle i bez większego pomyślunku. Zwłaszcza że zrobienie z niego wzorowego pracownika okazało się zaskakująco dobrym pomysłem i mogło przecież posłużyć choćby za inteligentną kpinę z american dream klasy pracującej.

Wytrwali w tym jednak twórcy niedługo, wracając do znanych schematów w jednej chwili, jak za naciśnięciem przełącznika. Frank wspinający się po drabinie społecznej i zajmujący się Liamem, pstryk, Frank przemycający ludzi do Kanady i włamujący się do luksusowej rezydencji. Jeszcze tylko zanurzyć go po szyję w odchodach i gotowe, typowy Frank. Jasne, pasuje to do niego jak ulał, ale gdy już dostaliśmy dowód na to, że można z tym bohaterem zrobić coś więcej, wygląda to wszystko na spory krok wstecz oraz marnotrawstwo talentu Williama H. Macy'ego na zwykłe wygłupy.

shameless5

Jedynym bohaterem "Shameless", którego wątek w 8. sezonie rzeczywiście posunął się do przodu, został więc Lip. Co więcej, jego historia robiła tu zdecydowanie najlepsze wrażenie, bo nie tylko posiadała solidne fundamenty (alkoholizm i upadek na samo dno), ale potrafiła je też sensownie rozwijać, czasem uderzając w bardzo gorzkie nuty (jak w historii Youensa), a kiedy indziej udanie wikłając bohatera w miłosne dylematy. Ba, nawet dalekie od cukierkowego zakończenie pasuje do niej jak ulał, bo szczęście Lipa w związku z Sierrą (Ruby Modine) wydawało się tu brzmieć nieco fałszywie.

Brawa więc dla twórców, że przynajmniej na razie oparli się pokusie happy endu dla tej dwójki - to jeszcze nie jest odpowiedni moment. Lip uświadamiający sobie, że musi najpierw popracować nad samym sobą to zresztą świetny przykład tego, jak serial i jego bohaterowie mogą dojrzeć i wcale nie tracić na tym uroku. Da się drodzy scenarzyści? Pewnie, że tak. Jedyną łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest dorzucenie do mieszanki niejakiej Xan (Scarlet Spencer), przy pomocy której Lip ma najwyraźniej zaspokoić swoją potrzebę bycia ojcem.

shameless6

Ją da się uzasadnić, bo oznaki pojawiały się u Lipa już wcześniej, więc należało się spodziewać jakiegoś rozwiązania. Ale czemu u licha załatwia się to przy pomocy bohaterki, która do tej pory odezwała się dosłownie kilka razy i o której nie mamy bladego pojęcia? Co więcej, jej kosztem bez słowa pożegnano Eddie (Levy Tran), która zaczynała się już wpasowywać w krajobraz serialu. Naprawdę nijak nie potrafię wytłumaczyć tej decyzji twórców. No ale przynajmniej jest powód, by rzeczywiście z niecierpliwością czekać na rozwinięcie tej historii.

Nie mogę natomiast tego samego powiedzieć o wątku Iana, mimo że jako jedyny tutaj pozostał bez rozstrzygnięcia. Aresztowanie naszego rudowłosego "gejowskiego Jezusa" spłynęło po mnie jak woda po kaczce, na co niestety "Shameless" mocno pracowało już od jakiegoś czasu. Poczynania tego bohatera przestały wyglądać racjonalnie mniej więcej od czasu konfliktu z Fioną i choć nie wiem, czy ma to związek z chorobą dwubiegunową (nie zostało ostatecznie wyjaśnione, czy Ian odstawił leki), czy jednak nie, efekt był taki, że stały się nużące. Wygląda to tak, jakby twórcy mieli coś ważnego do powiedzenia w związku z Ianem, ale z jakiegoś powodu przeciągali to w nieskończoność, by w końcu kompletnie wyprać jego historię z emocji. Oby to rzeczywiście był tylko kiepski timing, a nie brak sensownej koncepcji.

Shameless

Ten staje się bowiem coraz większym problemem "Shameless", które albo krąży wciąż wokół tych samych tematów, nie rozwijając swoich bohaterów (oprócz Lipa), albo nie ma bladego pojęcia, co z nimi zrobić (Debbie!), albo przemienia się w czysty absurd, jak w historii V, Kevina i Svetlany. Jasne, tych troje zawsze stanowiło przede wszystkim humorystyczny akcent, ale w tym sezonie dowcip przybrał tak monstrualne rozmiary, że ich wątek stał się wręcz serialem w serialu. Zabawnym ("Zlata Super Long Last Name"), ale kompletnie oderwanym od reszty i to całkiem dosłownie. Pamiętacie jeszcze te czasy, gdy V i Fiona były nierozłączne? Dzisiaj trójka z Alibi wchodzi w interakcje z Gallagherami od wielkiego dzwonu i nie wynika z tego kompletnie nic.

Choć w podobnym tonie można się wypowiedzieć o całym 8. sezonie i jego finale, nadal trzymały one na tyle przyzwoity poziom, że fani "Shameless" pewnie i tak są zadowoleni. Ja jednak odczuwam duży niedosyt, bo zamiast kroku naprzód dostałem dreptanie w miejscu i niewiele wnoszące historyjki, które już widziałem. Recepta? Może świadomość bliskiego zakończenia zmusiłaby twórców do konkretniejszych posunięć względem swoich bohaterów? Może. Ale o końcu na razie nic nie wiadomo, za to sezon numer 9 jest już od jakiegoś czasu zamówiony. Wypada sobie tylko życzyć, by był naprawdę dobry w całości, a nie tylko przez chwilę.