Bez przewijania. "Everything Sucks!" - recenzja komedii o latach 90. od Netfliksa

"Everything Sucks!" (Fot. Netflix)

0

"Nie da się przewinąć liceum" – głosi hasło promujące "Everything Sucks!", nową komedię Netfliksa. Opowieść o nastolatkach z miejscowości Boring ma tyle uroku, że ani przez chwilę nie miałam ochoty na przewijanie.

"Everything Sucks!" rozgrywa się w 1996 roku w fikcyjnej szkole Boring High School, w miasteczku Boring w stanie Oregon. Twórcami są Michael Mohan ("Dobra partia") oraz Ben York Jones, który napisał scenariusz i wystąpił w nagrodzonym na Sundance "Like Crazy".

Początek roku szkolnego. Trójka pierwszoklasistów – Luke, McQuaid i Tyler – wiedzą, że nadchodzi ich najlepszy czas w życiu. Przyjaciele trafiają do AV Club, czyli klubu filmowego (w jego szefa fenomenalnie wcielił się Ben York Jones). Tam Luke poznaje Kate, starszą o rok dziewczynę, w której z miejsca się zakochuje. Lekkim utrudnieniem jest fakt, że nastolatka to córka dyrektora szkoły. W liceum działa także klub teatralny. W wyniku nieporozumienia między grupami dochodzi do poważnego spięcia. Luke wraz z przyjaciółmi muszą znaleźć sposób, by ponownie wpisać się w łaski przedstawicieli szkolnego teatru.

Początek serialu - który widzieliśmy przedpremierowo w całości - to mały zgrzyt, bo twórcy aż za bardzo chcą nam pokazać, że jesteśmy w latach 90. Wystarczyłoby subtelnie zaznaczyć to muzyką, jednym nawiązaniem, a nie montażem najbardziej kultowych napojów, chipsów, bransoletek i gadżetów z tamtej dekady. Na wszelki wypadek w szkolnej telewizji słyszymy datę, a trójka głównych bohaterów rozmawia o kawałku "Ironic" Alanis Morissette. Suchy dialog słyszeliśmy już w zwiastunie i pomyślałam wtedy, że w 2018 roku bardziej zabawne niż żartowanie z Kanady jest to, że w Ameryce wciąż próbują żartować z Kanady.

Gdy już jednak wszyscy jesteśmy na sto procent przekonani, w jakich czasach się znajdujemy, "Everything Sucks!" wraca na właściwe tory, czyli do pokazywania swoich bohaterów. I robi to dobrze – pod warunkiem, że otrzymują oni odpowiednio dużo czasu ekranowego. Luke (Jahi Di'Allo Winston) jest bardzo hop-do-przodu jak na pierwszoklasistę i sprawia wrażenie nad wiek dojrzałego, jednak w odpowiednim momencie przypominamy sobie, że ma 14 lat i nie na wszystko reaguje tak jak powinien.

Kate (Peyton Kennedy) na początku wydaje się przerażona wszystkim, co dzieje się dookoła, bardzo zamknięta w sobie, typ, który chowa się pod biurko, gdy tylko ktoś na nią spojrzy albo powie jej imię. Z biegiem wydarzeń dowiadujemy się jednak, że jest zdolna do pokonania lęku i zrobienia czegoś szalonego. Kennedy to największe aktorskie odkrycie "Everything Sucks!" i choć dziewczyna ma już dość imponującą filmografię, liczę, że po występie w serialu Netfliksa jej kariera nabierze takiego rozpędu jak u Millie Bobby Brown.

Tyler (Quinn Liebling) i McQuaid (Rio Mangini) są świetni jako towarzysze Luke'a, niestety dowiadujemy się o nich bardzo mało. Wydarzenia zaczynają skupiać się w większym stopniu na McQuaidzie dopiero po 7. odcinku, choć wciąż pozostaje duży niedosyt. Podobnie jest z Tylerem. Chętnie zobaczyłabym na przykład, z czego wynikają jego trudności z nauką.

Emaline (Sydney Sweeney) to początkowo licealna wredna dziewczyna. Warto tu zwrócić uwagę na pewne odświeżenie konwencji, mianowicie że bohaterka nie jest szefową cheerleaderek, lecz gwiazdą szkolnego teatru (!). Jej partner na scenie i w życiu, Oliver (Elijah Stevenson), to ciekawa krzyżówka Steve'a i Jonathana ze "Stranger Things". Nie jest futbolistą, a na kurtce ma m.in. naszywkę Joy Division. Nie pamiętam, kiedy po raz ostatni humaniści byli bardziej cool od osiłków. Przemiana Emaline następuje trochę za szybko, jednak zmierza w bardzo ciekawym kierunku i to jedna z najlepszych metamorfoz serialu.

Everything Sucks!

"Everything Sucks!" (Fot. Netflix)

Dorośli w "Everything Sucks!" to przede wszystkim matka Luke'a (Claudine Nako) i ojciec Kate (Patch Darragh). Ich problemy wcale nie ustępują atrakcyjnością rozterkom młodzieży. Scena, gdy dyrektor Messner tańczy do "Breakfast at Tiffany's" to jeden z najbardziej uroczych momentów serialu.

Już po zwiastunie wszyscy okrzyknęli, że "Everything Sucks!" to nowe "Freaks and Geeks". Podobieństwa są oczywiste już nawet na podstawie wyglądu i zachowań postaci: Kate = Lindsay, McQuaid = Bill Haverchuk, Tyler = Neal Schweiber, Oliver = Daniel, Emaline = Kim, Leslie = Millie. Problematyczne jest to, że poza Luke'iem i Kate mało który z dzieciaków otrzymuje wystarczająco przestrzeni, by opowiedziano jego historię. To była przewaga "Freaks and Geeks": więcej odcinków, do tego dłuższych, pozwoliło na poznanie każdego z osobna. Do tego serial poruszał wiele ważnych i trudnych tematów, co w "Everything Sucks!" również się pojawia, ale w trochę bardziej powierzchowny sposób, stąd też nowa produkcja Netfliksa nie mogła prześcignąć kultowej produkcji Judda Apatowa.

"Everything Sucks!" bardzo sprawnie nawiązuje do twórczości Richarda Linklatera, bo podobnie jak w filmach teksańskiego reżysera, teoretycznie niewiele się dzieje, ale bohaterowie prowadzą naturalne i mądre rozmowy, są jak mili sąsiedzi, łatwi do polubienia. Produkcja Netfliksa w pewnym momencie wręcz dosłownie nawiązuje do "Boyhood" – zwróćcie uwagę, w jaki sposób Luke kładzie się na łóżku w pierwszym odcinku. Można się założyć, że dorastające dzieciaki z Boring High School będą robiły imprezy w klimacie "Dazed and Confused", a jak wyjadą do college'u, to będą przeżywali podobne rozterki jak bohaterowie "Everybody Wants Some!!".

Muzyczne smaczki to wielki atut komedii o nastolatkach dorastających w latach 90. Świetny jest motyw z odtwarzaniem teledysków – tu Luke zawstydził innych młodzieżowych bohaterów, którzy zatrzymali się na etapie mixtape'ów. Oasis staje się ważnym elementem fabuły w pierwszych odcinkach, a w kolejnych na prowadzenie wysuwa się Tori Amos. Teraz napiszę coś, co katapultuje mnie do półki narzekających dziadów, ale trudno: dzięki "Everything Sucks!" można przypomnieć sobie te czasy, kiedy wychodziła płyta naszego ulubionego wykonawcy i trzeba było na nią polować w sklepach, czasami długo czekać. Teraz wybija północ i wszystkie nowości mam w zasięgu kliknięcia na Spotify, a gdy czegoś mi tam brakuje, zawsze mogę odpalić YouTube. Absolutnie mi to nie przeszkadza, jednak wewnętrzna nostalgia zawsze sprawia, że nic nie ma takiego uroku jak obcowanie z fizycznym nośnikiem, zwłaszcza zdobytym w trudach.

Wielbiciele filmów z lat 90. także znajdą dla siebie wiele smaczków, zwłaszcza podczas przesłuchań do filmu tworzonego przez bohaterów. Na scenie recytowania reklamy można popłakać się ze śmiechu. Uświadamia to, że w tamtej dekadzie nawet telewizyjne spoty były ciekawsze niż obecnie.

W humorystyczny sposób, ale z odpowiednim wyczuciem, potraktowano w "Everything Sucks!" aspekt homoseksualizmu. Nie będę więcej zdradzać, by nie psuć zabawy, ale sceny "nawracania" czy testu na orientację seksualną w bibliotece to kolejne przejawy świetnego dowcipu twórców.

Everything Sucks!

"Everything Sucks!" (Fot. Netflix)

Komedia Netfliksa zrezygnowała z (wydawałoby się) obowiązkowych elementów jak cheerleaderki i drużyna futbolowa, ale pojawia się faza "As if!" oraz scena, w którym dotychczasowa szara myszka schodzi po schodach w pięknej sukience. Wielbiciele nastoletnich filmów i seriali nie powinni być więc rozczarowani. W bardzo ciekawych okolicznościach pojawia się też obowiązkowy motyw budowania licealnej tożsamości. Okazuje się, że popularni zazdroszczą tym, którzy nie znajdują się na świeczniku i na odwrót. Trawa jest zawsze bardziej zielona.

Największą zaletą "Everything Sucks!" jest jego bezpretensjonalność i zwyczajność. Oglądamy ludzi z krwi i kości, którzy mają różne problemy, ale wciąż są one bliskie naszym doświadczeniom. Na końcu otrzymujemy naturalny cliffhanger. Zostajemy z poczuciem, że 2. sezon wręcz musi się wydarzyć, bo zostało jeszcze dużo do powiedzenia o naszych bohaterach.

"Everything Sucks!" – wszystkie 10 odcinków dostępne od 16 lutego w serwisie Netflix.