Morgan w Brooklynie. "The Last O.G." - recenzja premiery nowego serialu komediowego

"The Last O.G." (Fot. TBS)

Tracy Morgan powraca do telewizji w serialu, który z czasem może się przebić w zatłoczonej komediowej kategorii, ale na razie nie zachwyca.

"The Last O.G.", serial, który stworzyli Jordan Peele i John Carcieri, zasługuje na uwagę jako powrót Tracy'ego Morgana na ekran po ciężkim wypadku samochodowym. Główna rola - Traya, wypuszczonego z więzienia po 15 latach handlarza marihuany, który postanawia zmienić swoje życie i odkrywa, ile przegapił przez wyrok - wydaje się pod tego aktora skrojona. Sam serial jednak póki co nie robi wielkiego wrażenia.

Morgan dobrze sobie radzi, a to, czy kupi się jego postać, to kwestia podejścia do tego charakterystycznego aktora. Przyznaję, że nie byłam jego fanką w świetnym "30 Rock" i pewnie teraz też nie zostaną zagorzałą zwolenniczką, ale trudno odmówić Morganowi indywidualnego stylu. Żeby porządnie zainteresować widza scenariuszem, w którym Tray poznaje zmieniony, zgentryfikowany Brooklyn i walczy o dawną ukochaną, która zdążyła w międzyczasie wyjść za mąż, "The Last O.G." musiałoby mieć jednak coś więcej niż jednego charyzmatycznego aktora. A na razie widać tylko rzadkie przebłyski oryginalnego pomysłu.

"The Last O.G." (Fot. TBS)

Najpierw to, co się udaje. Twórcy pilnują, żeby było szczegółowo, osadzając otwarcie sprzed lat w bardzo konkretnym momencie – finału pierwszej edycji programu "American Idol", który świetnie sprawdza się jako znak pewnej epoki, zaskakująco odległej. Niezłe są sceny dotyczące gentryfikacji, gdy Tray przyjmuje błędne, zdecydowanie przeterminowane założenia wobec swojej dawnej dzielnicy i szybko zostaje sprowadzony na ziemię. Chemia między Morganem a Tiffany Haddish ("The Carmichael Show") grającą jego byłą dziewczynę, Shay, też wypada przekonująco.

To serial o drugiej szansie w życiu i jeśli scenarzyści mają pomysł, jak ciekawie o tym opowiedzieć, to z czasem "The Last O.G." może wykształcić własny styl. Póki co jednak dostaliśmy pilotowy odcinek składający się ze scen, z których nie wynika głębsza myśl. Na dodatek większość odkryć dokonywana jest przez Traya poprzez jego monologi – i to nie wewnętrzne, tylko głośne. Zasadniczo, jeśli bohater chce nam coś w założeniu dowcipnego powiedzieć, to mówi do siebie, co może sprawdzać się w stand-upie, ale w serialu wypada sztucznie.

"The Last O.G." (Fot. TBS)

Trudno też na razie ocenić jednoznacznie drugi plan. Allen Maldonado ("Black-ish") jako kumpel pomagający Trayowi ma potencjał, ale póki co jest nieco przejaskrawiony. Mąż Shay, Josh (Ryan Gaul, "Superstore"), wygląda na razie na miłego faceta, którego jednak główny bohater musi według schematu pokonać, by odzyskać kobietę swojego życia. A wynajmujący Trayowi łóżko w wieloosobowym pokoju Miniard (Cedric the Entertainer) składa się na razie głównie z dowcipów o penisach. Dowcipów, które mają być śmieszne właśnie dlatego, że nie są śmieszne – ale efekt odbiega nieco od oczekiwań.

Jest tu potencjał na dobrą komedię i na nieco bardziej złożony dramat o człowieku, który próbuje odbudować relacje z ludźmi i odnaleźć się w obcym świecie. Wątki komediowe i poważniejsze nie zostały jednak na razie ustawione tak, by płynnie się przenikały, więc raczej skaczemy od (w założeniu) dramatycznej sytuacji do (też w założeniu) zabawnych scen.

"The Last O.G." trudno na razie z przekonaniem polecić, ale równocześnie jest za wcześnie, by do niego całkiem zniechęcać. Fani Morgana i tak pewnie obejrzą, a reszta z nas musi chyba uzbroić się w cierpliwość i sprawdzić, czy teraz, kiedy podstawowe fakty zostały już w pilocie ustalone, serial znajdzie pomysł na cotygodniowe zapewnienie widzom dawki śmiechu i przemyśleń. Jeśli się okaże, że w każdym odcinku będziemy mieli tylko powtarzalne sceny z odkrywania, że przez 15 lat świat się zmienił, to trzeba będzie dać sobie spokój. Nie przekreślam jednak opcji, że zostanę pozytywnie zaskoczona.

REKLAMA