"Watchmen" Damona Lindelofa nie będzie adaptacją. Twórca wyjaśnia przyczyny w bardzo osobistym liście

Fot. "Watchmen. Strażnicy"

0

Choć "Watchmen" jest na bardzo wczesnym etapie powstawania, już teraz dużo się o nim mówi. Głos w sprawie zabrał sam twórca, który w liście do fanów tłumaczy swoją wizję serialu.

Mimo że HBO nie zdążyło jeszcze nawet zamówić całego sezonu "Watchmen", serialowa wersja komiksu Alana Moore'a już zapowiada się na jedną z najgłośniejszych telewizyjnych produkcji najbliższych lat. Wszystko dlatego, że nowe dzieło Damona Lindelofa ("Pozostawieni"), ma bardzo mocno odejść od oryginału, co niekoniecznie podoba się jego wiernym fanom. To właśnie do nich twórca skierował długi na pięć stron list, który opublikował na Instagramie.

Day 140.

Post udostępniony przez Damon (@damonlindelof)

Całego nie będziemy Wam przytaczać, choć warto się z nim zapoznać (wystarczy kliknąć post wyżej, żeby zobaczyć wszystkie pięć stron), bo Lindelof opisuje tam dokładnie swój szczególny stosunek do komiksu, który towarzyszył mu niemal przez całe życie. Dlatego właśnie stwierdził, że jego serial nie może być adaptacją, lecz czymś zupełnie nowym - oryginalną historią czerpiącą z ducha pierwowzoru.

- Nie mamy zamiaru "adaptować" 12 zeszytów, które Panowie Moore i Gibbons wydali 30 lat temu. Są święte i nie zostaną w żaden sposób odtworzone, zreprodukowane czy zrebootowane. Zostaną jednak "zremiksowane". Bo ich podstawy są tak dobre, że bylibyśmy głupi, nie korzystając z nich. Oryginalne wydania będą naszym Starym Testamentem. Gdy nadszedł Nowy Testament, nie wymazał poprzednich wydarzeń. Stworzenia, Rajskiego ogrodu. Abrahama i Izaaka. Potopu. Tak samo będzie z "Watchmen". (...) Żeby był jasne - "Watchmen" to kanon - tłumaczył w liście Lindelof.

Nie znaczy to jednak, że serial będzie sequelem komiksu. Historia ma być osadzona w tamtym świecie, ale zupełnie inna - ma zadawać nowe pytania i patrzeć na współczesny świat. Tak jak komiks był zakorzeniony w erze Reagana, Thatcher i Gorbaczowa, w serialu zobaczymy epokę Trumpa, May i Putina. Będą nowi bohaterowie, ale nie zabraknie też wizyt w przeszłości, którą mamy zobaczyć w "zaskakujący, ale znajomy sposób".

Brzmi to wszystko dość zagmatwanie, ale przede wszystkim bardzo ambitnie. Niewielu jest w telewizji twórców, którzy byliby w stanie udźwignąć ciężar takiego projektu, ale Damon Lindelof wydaje się jednym z nich. Trzymamy kciuki, żeby mu się udało.