Girl power, co góry przenosi. "GLOW" – recenzja 2. sezonu serialu Netfliksa

"GLOW" (Fot. Netflix)

0

Kicz wprost z lat 80., chemia między dziewczynami i bijąca z ekranu energia. Wszystko, za co pokochaliśmy "GLOW" poprzednio, w 2. sezonie jest jeszcze lepsze. Oceniamy bez spoilerów.

Pomyślcie przez chwilę, przed jak trudnym wyzwaniem stanęły twórczynie "GLOW" w 2. sezonie. Nie dość że same zawiesiły sobie wysoko poprzeczkę, to jeszcze musiały się obejść bez efektu świeżości, który pomógł im rok temu. Tym razem nikogo już nie mogły zaskoczyć faktem, jak inteligentną historię ukryły za tandetną otoczką, ona sama też mogła nieco spowszednieć, podobnie jak tłum kryjących się za niesamowitymi kostiumami, makijażami i fryzurami bohaterek. Liz Flahive, Carly Mensch i serialowe dziewczyny nic sobie jednak z tego nie zrobiły. Wręcz przeciwnie, wróciły w jeszcze lepszej formie, udowadniając, że wcześniej tylko się rozkręcały.

Widać to w każdym elemencie nowego sezonu "GLOW", który obejrzałem już w całości i wciąż nie mogę wyjść z podziwu nad tym, jak czysty kicz zamienia się tu w ekranowe złoto. Inspirowana prawdziwymi wydarzeniami historia uczestniczek programu "Gorgeous Ladies of Wrestling" dojrzała wraz ze swoimi bohaterkami, śmiało poruszając jeszcze więcej poważnych kwestii, ale nie tracąc przy tym niczego z komediowego zacięcia. Rozwinięto poszczególne wątki i dodano nowe, doskonale łącząc emocjonalny dramat z kompletną farsą. Wszystko wciąż zachwyca tutaj pod względem realizacyjnym, zabawy formą są nawet odważniejsze, lecz w żadnym momencie nie przykrywają one treści.

glow1

A tej nie brakuje, bo po otrzymaniu zamówienia na cały sezon swojego programu Sam Sylvia (Marc Maron) i dziewczyny stają przed szeregiem nowych wyzwań. Jak zdobyć widownię i ją utrzymać? Jak odnaleźć się w telewizyjnych realiach, gdzie nie wszystkim może się podobać to, co wyczyniają na ringu? Jak spełnić swoje ambicje w zdominowanym przez mężczyzn świecie, gdzie seksizm jest niepisaną zasadą, której nikt nawet nie próbuje kwestionować? A to przecież tylko praca – w życiu osobistym problemów jest drugie tyle.

Serial stara się to wszystko umiejętnie równoważyć, skupiając się w największym stopniu na Ruth (Alison Brie), Debbie (Betty Gilpin) i Samie. Nie zapomina jednak przy tym o pozostałych, bo praktycznie każdy ma tu swoje pięć minut, coś po sobie zostawiając. Jeśli nie szczególnie rozbudowany wątek, to przynajmniej niezapomniane wrażenie. Trudno oczywiście wymagać, żeby każdej z bohaterek poświęcano tyle samo czasu, ale i tak widać pod tym względem postęp w stosunku do zeszłego sezonu. Twórczynie zyskały wyraźnie większą wprawę w żonglowaniu wieloma postaciami, unikając rozbijania całej historii na szereg mniejszych.

glow2

Większa fabuła nigdy nie znika nam więc z pola widzenia także dzięki temu, że pojedyncze wątki udało się zgrabnie ze sobą połączyć. I tak trzęsienie ziemi w życiu Debbie spotyka się z jej aspiracjami zostania poważnie traktowaną producentką bez zdejmowania kostiumu Liberty Belle. Ciągle żywy jest jej konflikt z Ruth, która nieśmiało szuka szczęścia w miłości (tu pojawia się pewien przystojny operator), nie porzucając również artystycznych ambicji. To z kolei punkt zapalny w jej relacji z Samem, która i bez tego jest wystarczająco skomplikowana, bo gburowaty reżyser do najłatwiejszych ludzi zdecydowanie nie należy.

Najlepsze w "GLOW" jest jednak to, że podobną opinię można tu wyrazić właściwie o każdym. Wprost niesamowite, jak te postaci się rozwinęły od ostatniego razu i jak wciąż się rozwijają na naszych oczach. O ile poprzednio najbardziej w pamięci mogły utkwić otoczka i starcia w ringu, które miejscami przyćmiewały bohaterki, tak tym razem proporcje się odwracają. Skutkuje to szeregiem scen, w których od emocji aż kipi.

glow3

Smutek, szok czy gniew czasami rozsadzają ekran, a pojedyncze odcinki potrafią przeprowadzić nas z buzującej złości w depresyjną melancholię. Bohaterki mogą odgrywać schematyczne role na ringu, ale same absolutnie takie nie są, zaliczając różnego rodzaju wzloty i upadki. Zaręczam, że na przestrzeni całego sezonu Wasze zdanie o niektórych tutaj ulegnie kompletnej zmianie, kogoś zrozumiecie nieco lepiej, a jeszcze kogoś innego zobaczycie w zupełnie nowym świetle.

I tyczy się to nie tylko tych, którym poświęcamy najwięcej czasu. Tak, nasza uwaga skupia się przede wszystkim na Debbie, Ruth i Samie, ale na własnych nogach staje tu znacznie więcej postaci. W jednym z najlepszych odcinków sezonu prawdziwy popis daje Kia Stevens, czyli serialowa Tammé, w bolesny sposób wychodząca z roli Welfare Queen. Justine (Britt Baron) świetnie ożywia stare jak świat stereotypy w relacji ojca z nastoletnią córką. Kolejną porcję energii wnosi do serialu Yolanda – nowa bohaterka grana przez Shakirę Barrerę. Bash (Chris Lowell) zmienia się z głupkowatej ozdoby drugiego planu w pełnoprawnego bohatera. I tak dalej, bo to wcale nie koniec.

Przy takim nagromadzeniu postaci nie dało się rzecz jasna uniknąć czyjegoś zmarginalizowania (najmocniej w stosunku do 1. sezonu ucierpiały Sheila i Carmen) lub drobnych fabularnych mielizn, ale trzeba przyznać, że twórczynie nie dają nam tego specjalnie odczuć. Zapewniają po prostu po drodze tyle atrakcji, byśmy nie mieli czasu skupiać się na szukaniu dziury w całym.

glow4

Jak zawsze nie boją się przy tym żadnego tematu, w sprawy społeczne wchodząc nawet odważniej niż poprzednio, zabierając głos choćby w kwestii #MeToo. Nie ma jednak mowy o wpychaniu czegokolwiek na siłę. Ba, choć wiele produkcji odnosiło się już do sprawy w ten czy inny sposób, "GLOW" zrobiło to wyjątkowo udanie. Jedna przykra scena i kilka świetnie napisanych dialogów nie tylko dało do myślenia, ale przedstawiło upokorzenie towarzyszące kobietom w show-biznesie lepiej, niż jakiekolwiek relacje medialne.

Nie myślcie jednak, że serial zamienia się w lekcję poglądową na temat seksizmu. Nic z tych rzeczy, istotne kwestie są tu świetnie wplatane w fabułę. "GLOW" nieraz wychodzi z własnej strefy komfortu, ale zawsze w konkretnym celu, pozwalając rozwinąć się bohaterkom (lub bohaterom), czy dając im szansę na naprawę własnych błędów. Tonąc w obraźliwych stereotypach, tworzy piekielnie silne postaci, które są w stanie sprostać każdemu wyzwaniu, nawet jeśli towarzyszą mu łzy i ból.

Jest przy tym produkcja Netfliksa bardzo wiarygodna, pomimo wszechobecnych grubych warstw makijażu, brokatu i lakieru do włosów. Gdy zza całego tego kiczu wyraźnie wyglądają historie prawdziwych kobiet zmuszonych do zmagania się z uprzedzeniami ze względu na płeć, rasę czy pochodzenie etniczne, wypada tylko przyklasnąć umiejętnościom twórczyń.

GLOW sezon 2

Zwłaszcza że mimo swojej wagi, "GLOW" jest przede wszystkim niesamowicie wciągającą historią, która w 2. sezonie nabrała wręcz zuchwałej pewności siebie. Czasem stawia na prostą komedię, kiedy indziej na poruszający dramat, ale absolutnie nigdy się przy tym nie nadyma, dając przykład serialom aspirującym do miana "inteligentnej rozrywki", jak skutecznie połączyć jedno z drugim.

Jeszcze bardziej pomysłowe walki przeplata więc fabularyzowanymi wstawkami pomiędzy nimi. Teledyskowe sekwencje miesza z efektownymi montażami w rytmie najbardziej kiczowatych przebojów, jakie znały lata 80. Pełne napięcia sceny stawia obok luźnych momentów, a życiowe wątki przerywa totalnymi odlotami. Momentami szaleństwa przybierają tak absurdalne rozmiary (przy finale cała reszta wygląda na zwykły dzień w pracy), że nie mogłem uwierzyć, jakim sposobem to wszystko nie pęka w szwach. A nie dość że nie pęka, to daje jeszcze dziką satysfakcję z oglądania.

I oby trwała ona jak najdłużej (mam nadzieję, że zamówienie kolejnego sezonu będzie tylko formalnością), bo ze świecą szukać serialu, który w tak porywający sposób potrafiłby łączyć czystą rozrywkę w wyjątkowo niedorzecznym opakowaniu, z dużymi i w niemal stu procentach spełnionymi ambicjami. W błyskawicznie się rozrastającej, a jednocześnie mniej jakościowej ofercie Netfliksa "GLOW" pozostaje jedną z tych produkcji, których omijać pod żadnym pozorem nie wolno. W tym sezonie nawet bardziej niż poprzednio.

Premiera 2. sezonu "GLOW" w Netfliksie 29 czerwca.