Betty Gilpin o rolach w telewizji: faceci mogą grać seksownych geniuszy, a kobiety to ciągle chlipiące cycki

"Jimmy Kimmel Live" (Fot. ABC)

0

Na wypadek gdybyście nie wiedzieli, czym się różni praca aktora i aktorki, Betty Gilpin z "GLOW" Wam to wyjaśni w zabawny i trafny sposób.

W tym tygodniu w "Jimmy Kimmel Live" pojawiła się Betty Gilpin, czyli serialowa Debbie z "GLOW", która opowiadała m.in. o tym, jak to jest dostać nominację do Emmy po kilkunastu latach grania raczej mniejszych niż większych ról. Warto zobaczyć całą rozmowę, bo Gilpin jest mistrzynią zabawnych ripost.

Na pytanie o swoje nietypowe imię wypaliła: "Wiem, zostałam już tylko ja i grupka starszych pań, które niedługo poumierają" - po czym zorientowała się, że w tej grupce znajduje się Betty White. Opowiedziała także, jak na planie "GLOW" doznała wstrząśnienia mózgu i nie chciała nikomu robić kłopotu, więc poszła tak dzień później na galę SAG Awards, niczym "Kopciuszek na kacu" i jeszcze zmusili ją do popijania szampana i powtarzania: "Witam".

Przede wszystkim jednak zobaczcie fragment, który zaczyna się od minuty 5:40, kiedy to Gilpin opowiada, czym się różnią role, jakie ona grała przez lata, od ról męskich.

- Pracuję jako aktorka od jakichś 13 lat i mam już zdrowe poczucie realizmu. I choć sprawy zmieniają się w ekscytującym kierunku, mężczyźni ciągle mogą grać wielowymiarowych, zawsze seksownych, pierdzących geniuszy. [Tu nastąpiła przerwa na podziękowanie od Kimmela] A ja grałam sporo różnych chlipiących cycków albo chlipiących koszy z praniem. Dużo różnych takich: "Wróciłeś do domu, heeej. Jesteś taki dzielny" - wyjaśniła Gilpin.

Wystarczy spojrzeć na listę tegorocznych nominacji do Emmy, żeby przekonać się, że takie role odchodzą już do lamusa (przynajmniej w telewizji) i to w kategoriach kobiecych jest dziś większa konkurencja. Czasy chlipiących cycków powoli się kończą, a i pierdzących geniuszy zaczynają zastępować mężowie, sympatyczni stróże prawa i panowie, którzy chlipania się nie boją, jak Sterling K. Brown.

Ale dekada grania płaczliwych, jednowymiarowych postaci to rzeczywiście trochę za dużo jak na aktorkę, która potrafi zagrać wszystko - co 2. sezon "GLOW" udowadnia jeszcze bardziej niż pierwszy.