Jak "House of Cards" zabiło Franka Underwooda? Obejrzeliśmy serial do końca, żebyście wy nie musieli

"House of Cards" (Fot. Netflix)

Finałowy sezon "House of Cards" to rozczarowanie, ale naprawdę strasznie wypadło samo zakończenie serialu. Streszczamy je dla was, po to byście mogli sobie odpuścić. Uwaga na duże spoilery!

Pytaniem, które najczęściej słyszę od wczoraj jest: "Czy mogę sobie darować oglądanie 6. sezonu 'House of Cards' i zobaczyć tylko finał?". Odpowiadam: tak. Jak najbardziej. Dokładnie tak powinniście zrobić, bo szkoda ośmiu godzin na oglądanie, jak powoli umiera serialowy dinozaur, którego już dawno nie powinno być z nami. Przeczytajcie streszczenia odcinków, zobaczcie samą końcówkę i tyle. Szkoda życia na całą resztę.

Żałujemy, że nie mogliśmy udzielić Wam tej rady już przed premierą, ale pierwsze pięć odcinków, które dostaliśmy do recenzji, nie wypadło aż tak źle. Fabułę napędza zagadka śmierci Franka Underwooda i polityczna walka Claire Underwood z całym światem. Jak zauważył w swojej recenzji Michał Kolanko, Claire ma wyrazistych przeciwników politycznych w osobach członków rodziny Shepherdów, oligarchów, którym jej mąż naobiecywał za dużo. Choć nie do końca wiadomo, skąd ci ludzie nagle się wzięli w finałowym sezonie, trudno na nich narzekać, bo Diane Lane, Greg Kinnear i Cody Fern wnoszą sporo życia do serialu.

W pierwszych pięciu odcinkach mamy też retrospekcje z Claire w różnym wieku, ogłoszenie gabinetu złożonego wyłącznie z kobiet i Douga Stampera, dbającego jak pies o interesy Franka nawet po jego śmierci. Przyczyna wychodzi na jaw w finale i jest kuriozalna, jak wszystko tutaj. To Doug zabił byłego prezydenta Underwooda, a teraz podporządkował wszystko walce o jego dobre imię. Co takiego!?

Momentów, które sprawiają, że widz ma ochotę podrapać się po głowie i zapytać: "Eee, serio?", jest w ciągu sezonu naprawdę dużo. Jak słusznie pisał Kolanko, cała sfera polityczna – w tym także geopolityczna – jest w "House of Cards" w tym momencie bardziej umowna niż kiedykolwiek. Absurdalne intrygi, morderstwa jak w Putinowskiej Rosji, powolne zmierzanie w kierunku republiki bananowej, a teraz jeszcze dziwaczny, wypaczony feminizm, szybko pozamiatana afera z trzema aborcjami (żadna amerykańska polityk by tego nie przetrwała!), ciąża-cud po pięćdziesiątce, kolejne morderstwa (Tom, Cathy, Jane) i zmartwychwstania, a do tego jeszcze atomówki. I rosyjski prezydent całkiem serio przekonujący amerykańską prezydent, żeby ich jednak nie zrzucała na świat. Uff...

Oglądając te wszystkie bzdury, liczyłam wciąż na w miarę sensowne zakończenie. I się przeliczyłam. W reżyserowanym przez Robin Wright finale serialu dochodzi do rozwiązania wątku budowanego w ostatnich odcinkach: Shepherdowie, Doug Stamper oraz kilkoro innych mniej i bardziej ważnych graczy przygotowywało zamach na życie Claire Underwood. Doug ma swoje wątpliwości – co by zrobił Frank Underwood, gdyby wiedział, że ona nosi jego dziecko? – i nie jest w stanie podjąć decyzji aż do samego końca. Claire oczywiście o wszystkim wie, bo ludzie o nazwisku Underwood najwyraźniej są wszechwiedzący.

Z kolei rosyjski prezydent Petrov wie, jak nieczysto gra Claire, żeby utrzymać się na stanowisku. Przestrzega ją, bo nawet dla niego polityk sięgający po atomówki, po to by odwrócić uwagę od problemów na własnym podwórku i we własnym rządzie, to za dużo. Kobiecy gabinet też zaczyna orientować się, jaką osobą naprawdę jest pani prezydent. Szanse, że Claire przetrwa do samego końca, zdają się maleć. Ale choć macki zamachowców sięgają nawet do Białego Domu, to przestaje mieć znaczenie w kulminacyjnym momencie. Pani prezydent jest jak ninja – rozwala każdego, kto tylko pomyślał, żeby jej zagrozić.

Ostateczna konfrontacja rozgrywa się pomiędzy Claire i Dougiem, który wchodzi do prezydenckiej siedziby niczym do knajpy, na dodatek w slow motion. "Co tak długo?" – pyta pani prezydent, przygotowana na jego przybycie. Ale Doug, zamiast wbić nóż, a właściwie otwieracz do listów, który dostał od Franka, w plecy Claire, wręcza jej listę osób, które wzięły udział w spisku na jej życie.

Dochodzi między nimi do szczerej rozmowy. Doug proponuje imię dla dziecka Underwoodów: Frances Underwood, z "e". A Claire go pyta: "To byłeś ty, prawda?"

hoc011

Co takiego zrobił Doug? Niespodzianka – to on zabił Franka. A powody miał dość pokręcone. "On miał zamiar cię zabić. Nie miałem planu. Nie wiedziałem. Użyłem jego leków. Nie wiedziałem, ile czasu to zajmie, ale... wiedziałem. Nie mogłem mu pozwolić, żeby zniszczył wszystko, co zbudowaliśmy. Musiałem chronić dziedzictwo przed człowiekiem" – wyznaje ze łzami w oczach Doug.

hoc02

A kiedy Claire próbuje go zmusić, żeby przyznał, że jest szczęśliwy z powodu śmierci Franka, Doug przykłada jej otwieracz do listów do gardła. Ona uwalnia się, po czym przejmuje nieszczęsny otwieracz i wbija go Dougowi w brzuch. A następnie wieńczy dzieło, dusząc go i mówiąc, że jego ból się kończy. To nawiązanie do sceny z 1. odcinka, kiedy Frank w podobny sposób zakończył cierpienie psa.

hoc033

Takie zakończenie na papierze pasuje z dwóch powodów: ze względu na czytelne nawiązanie do sceny z Frankiem i psem, jak również do brytyjskiego oryginału, gdzie też doszło na końcu do morderstwa usprawiedliwionego "ochroną dziedzictwa". Problem w tym, że lepiej to wygląda na papierze niż w rzeczywistości. Doug zachowuje się absurdalnie, finałowy "akt miłosierdzia" Claire jest efektem bardzo pokręconego rozumowania, a przede wszystkim Ameryka nie zostaje uwolniona od czystego zła o nazwisku Underwood.

Diaboliczna małżonka Franka dalej rządzi, za chwilę pewnie urodzi Antychrysta (powtórzmy, w wieku 50 lat), rozwali świat za pomocą atomówek i zacznie się... "American Horror Story: Apokalipsa"? Po przebrnięciu przez prawie osiem godzin bzdur spodziewałam się innego rozwiązania. Postawiono na kuriozalny ostatni akt morderczej opery mydlanej. Rozumiem, dlaczego to zrobiono, ale jednocześnie dopisuję cały finałowy sezon "House of Cards" do listy najgorszych, najbardziej tandetnych rzeczy, jakie widziałam w tym roku.

Dobrze, że Netflix zdecydował się uśmiercić tego serialowego dinozaura. Szkoda, że zamówiono aż osiem odcinków, wypełnionych politycznymi absurdami, melodramatycznymi twistami i niekończącymi się rozmowami o niczym pomiędzy bohaterami, którzy nas nie obchodzą. Dwugodzinny finał spokojnie by wystarczył. Też pewnie by nas nie zadowolił, ale przynajmniej zaoszczędzilibyśmy trochę czasu.

"House of Cards" jest dostępne w serwisie Netflix.

REKLAMA